Gwałtu, rety, Eka Kurniawan

Dawno, dawno temu, wszedłszy mimochodem do księgarni, natrafiłam na powieść „Piękno to bolesna rana” indonezyjskiego pisarza Eki Kurnawiana. Zachwycił mnie sam tytuł i pierwsze zdanie: „Pewnego niedzielnego popołudnia, w marcu, Dewi Ayu wstała z grobu, w którym przeleżała dwadzieścia jeden lat”. Nabyłam książkę drogą kupna z zamiarem sprezentowania jej Mamie-Malicie – a Mama-Malita niedawno, niedawno temu mi ją pożyczyła. I tak oto zagłębiłam się w zupełnie nowy świat, w samo serce miasteczka Halimunda, gdzie swój niespokojny żywot wiodła Czytaj dalej „Gwałtu, rety, Eka Kurniawan”

Alcatraz, Sanderson, Prima Aprilis

Nie jestem fanką Prima Aprilis z tej przyczyny, że nie cierpię, kiedy ktoś robi mi dowcipy. Owszem, doceniam, niektóre primaaprilisowe kawały są wyjątkowo udane, ale najlepiej, żeby jednak ich docelowym odbiorcą był ktoś inny (choć przyznaję, Hadyna wygrywa w dzisiejszym zestawieniu dowcipów). Niemniej, pierwszy kwietnia jest dniem raczej frywolnym a swawolnym (bardzo lubię te dwa słowa, a rzadko mam okazję użyć!), więc z tego tytułu chciałam Wam dziś opowiedzieć o Alcatrazie.

Nie o Alcatraz. To ważne. Czytaj dalej „Alcatraz, Sanderson, Prima Aprilis”

Lizzie Bennet prowadzi vloga, czyli Jane Austen w XXI wieku

W sprawie retellingów i rozmaitych adaptacji w stylu „przenieśmy coś starego we współczesne realia” jestem bardzo ostrożna. Owszem, zdarzyło mi się natknąć na kilka naprawdę błyskotliwych nawiązań i przeróbek, ale z reguły bardziej kibicuję oryginałowi. Zwłaszcza w przypadku tak klasycznych dzieł, jak powieści mojej umiłowanej Jane Austen. Tym razem jednak przepadłam z kretesem przy pierwszym filmiku. Gdyż, moi drodzy, w XXI wieku Lizzie Bennet prowadzi Czytaj dalej „Lizzie Bennet prowadzi vloga, czyli Jane Austen w XXI wieku”

Rok Królika, dzień grozy, noc horroru. Bator.

Nabieram nieco ambiwalentności w stosunku do twórczości Joanny Bator. Otóż żywię sentyment do „Japońskiego wachlarza” (na pierwsze spotkanie z Japonią naprawdę zacny), pieję peany nad „Piaskową górą”, wychwalam „Rekina z parku Yoyogi”, ale ostatnio trochę nam, dwóm Joannom, nie po drodze (za dużo nut, pamiętacie?). Z pewnym lękiem zatem podchodziłam do lektury „Roku Królika”, powieści, której okładki nie da się określić inaczej, niż creepy Czytaj dalej „Rok Królika, dzień grozy, noc horroru. Bator.”

Jak przez stany POPświadomości wędrował Kuba Ćwiek &co.

https://i1.wp.com/ecsmedia.pl/c/przez-stany-popswiadomosci-b-iext46127396.jpgPamiętacie potargową opowieść o wydawnictwie Sine Qua Non? Tak tak, to właśnie to, które zaspokaja potrzeby sportowo-popkulturowo-fantastyczne jednocześnie. Więc obok opowieści o Clovisie LaFay – średniej, jak pamiętacie – nabyłam również popkulturową gawędę o tym, jak ekipa nerdów pod wodzą Kuby Ćwieka wybrała się w podróż śladami różnych dzieł popkultury. Innymi słowy, trzy tygodnie, kamperem, przez Wschodnie Wybrzeże USA. Przez stany POPświadomości, jak głosi tytuł.

Pomysł prosty a genialny jednocześnie Czytaj dalej „Jak przez stany POPświadomości wędrował Kuba Ćwiek &co.”

Cudne manowce siekierezady

„Siekierezada, czyli Zima leśnych ludzi” Edwarda Stachury kołatała mi się po głowie jako rzecz kiedyś do przeczytania od bardzo, bardzo dawna – moja przyjaciółka jeszcze w czasach gimnazjalnych zwykła zachwycać się twórczością Stachury i stąd cała rzecz. Więc przy kolejnej wizycie w bibliotece zaopatrzyłam się audiobook – czyta Piotr Wyszomirski, przyzwoita interpretacja głosowa, przyznaję.

Otóż historia jest prosta niby-prosta Czytaj dalej „Cudne manowce siekierezady”

Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!

Wiele wody upłynęło od owego spotkania w Matrasie, gdzie zza winkla spozierałam na Szanownych Autorów Konstytuujących Marylę Szymiczkową, to jest Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego (zza winkla, bo tłum był spory i nie załapałam się byłam na pierwszą salę). Ale oto wreszcie nadeszła chwila powtórnego spotkania z profesorową Szczupaczyńską, szacowną damą krakowskiego fin de siècle. Profesorowa na co dzień zajmuje się prowadzeniem domu (kamienicy Pod Pawiem, eleganckiej rezydencji przy św. Jana) i trzęsie nim solidnie, ale w duszy gra jej nutka detektywistyczna, uruchomiona podczas Czytaj dalej „Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!”

Fryzjer damski na tropie, czyli absurdy u Mendozy

Jeśli idzie o Mendozę, to doświadczenia mam dwojakie: po pierwsze, dużej zacności „Walka kotów”, czyli Madryt lat 30-tych, obraz Velázqueza, intrygi polityczne i szczypta romansu. Po drugie, „Przygoda fryzjera damskiego”, czyli jedna z części cyklu o damskim fryzjerze, najgorszym detektywie świata (tak, wiem, że czytam od środka całokształtu, brawo ja). Gdyby ulokować obydwie pozycje na jakieś ogromnej liście the best of Malita, to ta pierwsza plasowałaby się lata świetlne przed tą drugą – z prostej przyczyny, powieści historyczne pełne intryg lubię bardziej niż pastisze. Nie zmienia to faktu, że gdyby w skrzynce odnalazłam przepremierowy egzemplarz piątego tomu przygód damskiego fryzjera, postanowiłam dać mu (i fryzjerowi, i Mendozie) jeszcze jedną szansę w tej kwestii.

Tym razem idzie o ciało topmodelki, Olgi Baxter, znalezione w pewnym ogródku. Nasz bezimienny bohater-fryzjer, wyłuskany z ośrodka dla umysłowo niepełnosprytnych, zostaje najpierw poproszony o rozwikłanie pozornie błahej sprawy zaginionego psa, tylko po to, by nagle stać się głównym oskarżonym w sprawie śmierci Olgi. W toku tejże sprawy co i rusz ucieka, odnajduje rzeczonego psa, zaprzyjaźnia się z transwestytą panną Westinghouse i pożycza od niej (niego?) stroje (męskie, nie damskie) oraz staje się regularnym gościem Casa Cecilia, kuchnia riojańska. Korowód dziwacznych postaci ciągnie się za nim w te i wewte, przybliżając i/lub oddalając naszego bohatera od Ostatecznego Rozwiązania. Oczywiście, nie idzie tu bowiem tylko o śmierć topmodelki, ale o spiski, sekretne organizacje i przejęcie władzy nad światem (a przynajmniej nad okolicą) – i tylko demaskując od lat skrywane tajemnice hiszpańskiego półświatka nasz fryzjer będzie mógł dowieść swojej niewinności.

Absurdy dwoją się i troją w absurdalnym – nomen omen – tempie, a najbardziej spektakularnym z nich jest głosowanie na Pewnej Tajnej Nardzie, gdzie wszyscy są za, wszyscy są przeciw i jednocześnie wszyscy wstrzymują się od głosu (i wszystko jest absolutnie zgodnie z protokołem, dodajmy). Choć, jako się rzekło już w przypadku poprzedniej opowieści o fryzjerze, nie jest to „mój” typ humoru, to jednak ze strony na stronę bawiły mnie nawet nie tyle te absurdy, ale to, do jakiego stopnia Mendoza pociągnie tą groteskowość. Nie można odmówić mu też erudycji, co to, to nie – intertekstualnie załapał się między innymi profesor Higgins, Dasein i Martin Heidegger.

Z tym, że bawiło mnie to mniej więcej przez pół książki, a konkretniej, przez część pierwszą – potem zaczęło nużyć. Skądinąd część druga, która dzieje się kilkanaście lat później, została doklejona w mało sensowny sposób; mam wrażenie, że to było jak poszukiwanie ostatecznej bezsensowności, na zasadzie: co by tu jeszcze dołożyć, żeby było jak najbardziej odjechane… Tytułem stylistycznym dodam jeszcze, że choć, jak wspomniałam, erudycja i nawiązania intertekstualne na pięć plus, to jednak parę czysto językowych rozwiązań wprowadzało mnie w stan prawdziwej irytacji, a zwłaszcza pojawiająca się co parę stron konstrukcja „już to, już to” (przykładowo, za stroną 96, „w pękatej torbie obok próbek i folderów reklamowych nosił pończoch, skarpetki, neseserek z przyborami toaletowym wszelkiego rodzaju, perukę i zestaw sztucznych wąsów, wszystko to w celu składania wizyt swym klientom już to jako mężczyzna, już to jako kobieta”). Nie wiem, czy to ulubiony zwrot Mendozy, czy tłumaczki, ale na pewno nie mój.

Ergo. Jeśli zatem idzie o Mendozę, to podtrzymuję –  powieści na poważnie: tak, powieści na mniej poważnie: jednak dziękuję.

PS. Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!
PPS. Ale okładki ta seria to ma wyjątkowo udane.
PPPS. Warto wpisać w kalendarz: 4 października Mendoza w Polsce!

#Tolkienowski TAG książkowy

Raz na jakiś czas lubię zasiąść do kreatywnego zadania okołoksiążkowego i zebrać kilka książek w zestawie tagu książkowego (pamiętacie ten czarowniczy?). Czasem wymaga to stania przed półkami (nie, żebym się uskarżała, bynajmniej), czasem po prostu od razu wiadomo, która książka, postać, wątek pasuje do danej kategorii. Tym razem Lolanta nominowała mnie do Tolkienowskiego tagu książkowego – no no, pomysł jest zacny!

Ergo:

Drużyna pierścienia, czyli ulubiona książkowa paczka przyjaciół

Ostatnio jestem na bieżąco z trylogią husycką Andrzeja Sapkowskiego (w słuchawkach ostatni tom, tj. „Lux perpetua”) i pewnie dlatego od razu pomyślałam o trio Reynevan-Szarlej-Samson. Przyjaźń między nimi, dość nieoczekiwana i właściwie trochę niezrozumiała, trwa niezmiennie przez wszystkie trzy tomy. I choć wspólne działania całej trójki opierają się głownie na ratowaniu Reynevana lub wszystkich trzech z kłopotów, w które ich Reynevan wpakował, to czasem zdarza się moment wytchnienia, gdy mogą beztrosko i bez pogoni na karku zasiąść w karczmie i zaspokoić sybaryckie potrzeby. Czego im życzę jak najczęściej.

Pierścień, czyli ulubiona książka o władzy

I tu wybór był łatwy – „Diuna” Franka Herberta, monumentalne dzieło otwierające przed czytelnikiem równie monumentalny świat. Tu o władzę walczą wszyscy, a symbol jej posiadania stanowi pozornie jałowa planeta, Arrakis, gdzie wydobywa się przyprawę. A jak wiemy, the spice must flow. W tym korowodzie graczy wszyscy: Bene Gesserit, wysokie rody, Imperator i jego świta, wszyscy grają o władzę. Nawet arrakijskie plemiona, Fremeni, pragną władzy: władzy nad własną ojczyzną. Oprócz tych politycznych rozgrywek „Diuna” fenomenalnie przedstawia rozterki przed podjęciem drogi ku własnemu przeznaczeniu (czyli co zrobić, kiedy wedle wszelkich przepowiedni jesteś obiecanym mesjaszem). Aż sobie chyba przekartkuję na dobranoc, takiej ochoty nabrałam!
PS. Choć czytałam też „Mesjasza” i „Dzieci”, części kolejne, ba, nawet widziałam ich ekranizacje — wypieram. Liczy się tylko „Diuna” i na niej poprzestaję.

https://i0.wp.com/img09.deviantart.net/8b3e/i/2011/223/5/f/arrakis_by_ramasg-d4695xv.jpg

Nazgul, czyli książka, która wzbudziła we mnie strach

Jak wiecie, raczej rzadko czytam typowe horrory, wolę oglądać grozę na ekranie niż poznawać ją na kartach książki (idealny tryb oglądania horrorów: za dnia, najlepiej, gdy światło się odbija w telewizorze, mało co widać, mało co słychać – Król Małżonek zawsze wypytuje „po co ty to oglądasz, jak nie oglądasz?”. Oj tam oj tam.). Więc nie będzie tu o strachu typowo horrorowym, ale o innym. Znów, będąc na bieżąco z trylogią husycką: przeraża mnie fanatyzm religijno-myślowy, przedstawiony po obu stronach konfliktu. Zajadłość w prześladowaniach i rzeziach, ciemnota w przekonaniach, kompletny brak zrozumienia dla inaczej myślących – o tak, tego się boję. Na planie rzeczywistym również.

Bilbo Baggins, czyli książka, która nieoczekiwanie wkradła się do mojego serca

Zupełnie niespodziewanie! Eshkol Nevo i jego „Samotne miłości”, czyli ostatnia mykwa na Syberii – cudowna, słodko-gorzka opowieść o współczesnym Izraelu. Co tu więcej opowiadać, idźcie czytać Nevo (można uprzednio Malitową recenzję).

Sam Gamgee, czyli bohater, który mógłby zostać moim przyjacielem

Hermiona Granger, jak nic. Czuję z nią pokrewieństwo dusz. Wiecie, Hermiona wiecznie siedzi w bibliotece, na wszystkie lekcje i egzaminy przychodzi przygotowana, a dzień bez przeczytania jakiejś opasłej księgi uważa za stracony. Lekko przemądrzała, ale odważna i lojalna – któż nie chciałby mieć takiej przyjaciółki? Choć zakładam, że byłybyśmy w innych domach (Malita, jak wiecie, Ravenclaw through and through), to pewnie i tak siedziałybyśmy razem w ławce i chodziły na wszystkie możliwe dodatkowe przedmioty, jakie tylko można. Wyjąwszy wróżbiarstwo.

https://i0.wp.com/imagesmtv-a.akamaihd.net/uri/mgid:file:http:shared:mtv.com/news/wp-content/uploads/2015/06/Hermione-Now-If-You-dont-Mind-GIF-1433745682.gif
Czyż ona nie jest cudowna?

Eowina i Faramir, czyli ulubiona książkowa para

Tak właściwie, to bardzo lubię parę Eowina-Faramir – obydwoje tak doświadczeni przez los, znajdują razem ukojenie, zawsze wydawało mi się to bardzo sprawiedliwe, a jednocześnie piękne… ale żeby tagowi stało się zadość, to jednak lećmy inną klasyką literatury angielskiej (nie Jane Austen, ale blisko!). Mianowicie: pan Thornton i panna Hale z „Północ Południe” Elizabeth Gaskell. Ich początkowa wzajemna niechęć prowadzi do dojrzałego i pełnego zrozumienia uczucia – bardzo bardzo lubię podczytywać sobie zakończenie tej powieści raz na czas jakiś.

Gandalf, czyli ulubiony pisarz-czarodziej

Zakładam, że genderowy przykład kategorii to tylko sugestia, bo ja tu chciałam zaproponować czarującą pisarkę. Otóż moi drodzy, nikt inny, tylko J. K. Rowling, która pisze doskonale, niezależnie od tego, czy zabiera czytelników do Hogwartu,  czy snuje opowieść o Pagford, małym angielskim miasteczku czy proponuje podążyć tropem mrocznych przygód pewnego detektywa i jego asystentki.

Sauron, czyli znienawidzona książkowa postać

„Nienawiść” jest słowem mocnym i ciężko będzie mi znaleźć postać, co do której żywiłabym tak drastyczne uczucia. Ale jest za to sporo takich, których mniej melodramatycznie, ale po prostu nie cierpię. Ostatnio na przykład nie cierpię Liny i Eleny, dwóch bohaterek opowieści snutych przez tajemniczą Elenę Ferrante. Mamy tu klasyczny przypadek relacji typu ­love-hate, bo nie cierpię obu pań, a książki pochłaniam jak szalona.

Gollum, czyli bohater książki, któremu współczuję

Dużo łatwiej znaleźć mi takich bohaterów, którym współczuję, niż tych, których nie znoszę. Tu niechże będzie za to Poncjusz Piłat z opowieści jerozolimskich w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa (które, skądinąd, przeczytałam same w sobie na parę lat przed samą powieścią”, targany wyrzutami sumienia z powodu śmierci Jeszui Ha-Nocri. Przy okazji – polecam najnowszą rosyjską ekranizację, mini-serial z 2005 roku. Efekty specjalne są fatalne, ale muzyka i klimat bardzo na tak.

Hobbiton, czyli moja książkowa ojczyzna

Mam ich dziesiątki, zależnie od nastroju – czasem chce się bojowo ruszyć na hordy orków, a czasem wyszywać makatki z siostrami Bennet. Ale żeby tak ogólna ojczyzna… hmm,  pomyślmy… musiałyby tam przede wszystkim książki, ładne widoczki i dużo dobrego jedzenia. I trochę magii w codziennym życiu. I dużo świetnych ludzi dookoła.
…Hogwart jak nic.

Zaiste, #tag długi, ale zacny! I miły przyczynek do tego, żeby się wieczorową porą wybrać do Śródziemia i w inne okolice. Aha, a potem na Arrakis. Się podróżuje!

Kartka z kalendarza i po co czytać książki

Ot, i proszę, obfita wielce kartka z kalendarza. 23 kwietnia jest dniem wyjątkowo świątecznym, jubileusz goni jubileusz, okazja przepycha się łokciami z inną okazją… książki, smoki, Szekspir, wszystko. Aż się prosi o wpis okolicznościowy! Zwłaszcza, że, jak wiecie, dziś Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, święto raczej niebezpieczne: co otwieram internety, to jakaś strona kusi zniżkami na książki. Na razie jestem dzielna.

Okolicznościowo zamiatam też kapeluszem przez mistrzem ze Stratfordu (ok, zawsze zamiatam, ale dziś nieco gorliwiej). Wszak w tę oto sobotę przypada czterechsetna rocznica śmierci Szekspira (z tej okazji polecam nowoczesne powieściowe retellingi – była już „Opowieść zimowa” w wizji Jeanette Winterson, na półce czeka „Kupiec wenecki” wedle Howarda Jacobsona). A do tego 23 kwietnia to dzień św. Jerzego (ten od smoka, patron Anglii), ponoć i pogromca smoka dokonał żywota właśnie tą kwietniową porą.

Ale, ale. Przede wszystkim okazja jest książkowa – stąd zastanówmy się, po co w ogóle te książki. Abstrahując od naukowych wywodów, badań, jak lektura wpływa na mózg i co literatura wnosi do życia codziennego, oto przed Wami lista absolutnie randomowych i subiektywnych powodów, dlaczego Malita wiecznie z nosem w książce. Czasem z przymrużeniem oka (ta lista, nie nos w książce).

Więc, po co czytać książki?
Ja czytam:

  1. Bo lubię. Kropka.
  2. Bo czytając, uczę się nowych miejsc, ludzi, rzeczy (trywialne, ale trafne).
  3. Bo lubię wiedzieć.
  4. Bo lubię sobie wyobrażać.
  5. Bo lubię rozmawiać o tym, o czym przeczytałam.
  6. Bo lubię pisać o tym, o czym przeczytałam.
  7. Bo żyję wtedy nie dwa, a pięćset, tysiąc, tysiące razy (też trywialne a trafne).
  8. Bo czasem się śmieję.
  9. Bo czasem się wzruszam.
  10. Bo czasem się irytuję.
  11. Bo się kocham w bohaterach, niektórych.
  12. Bo nie znoszę bohaterów, niektórych.
  13. Bo zachwycam się kunsztem literackim i erudycją niektórych autorów.
  14. Bo mnie to szalenie odpręża.
  15. Bo mnie to bardzo motywuje do Zmian. Różnych.
  16. Bo staję się mądrzejsza.
  17. Bo staję się głupsza.
  18. Bo czasem snobuję, ile to ja nie czytam. Przyznaję się bez bicia.
  19. Bo wciąż lamentuję, że za mało czytam.
  20. Bo łechta moje ego, gdy mnie różni ludzie proszą o polecanki.
  21. Bo tyle jeszcze do przeczytania.
  22. Bo ciągle nowe dobre rzeczy wydają.
  23. Bo – powód pośredni – uwielbiam wypchane do granic możliwości biblioteki.
  24. Bo mi ludzie znoszą, ofiarowują, pożyczają.
  25. Bo lubię wracać do ukochanych historii.
  26. Bo lubię zajmować czymś czas w podróży.
  27. Bo tramwaj/autobus długo jedzie.
  28. Bo nic tak dobrze nie towarzyszy herbacie, jak książka. I popcornowi.
  29. Bo dzień bez czytania to dzień jakiś taki… niecodzienny.
  30. Bo tak właściwie, to… bardzo lubię. Kropka.

Lista bynajmniej nie jest zamknięta, proszę dorzucać swoje pomysły! I, rzecz jasna, wszystkiego pięknego książkowo Wam życzę. Dziś – i zawsze.

Bo wiecie: #TLDRxP!