Szekspirowski Book Tag

Bardzo dawno nie popełniłam żadnego book taga, a to zasadniczo bardzo przyjemna zabawa. Kiedy zaś u Olgi z Wielkiego Buka zobaczyłam Szekspirowski Book Tag, od razu poczułam przypływ natchnienia. Akurat całkiem niedawno zanurzyłam się w czasy elżbietańskie (odmierzane krokami wampirzymi, tak, jednak zabrałam się za czytanie dalszych części „Księgi Wszystkich Dusz”) i odświeżyłam sobie film „Zakochany Szekspir” (uśmiałam się przy tym serdecznie, nie zdawałam sobie sprawy, że to tak zabawny film!). Innymi słowy, Szekspir był mi pisany jak nic!

Czytaj dalej „Szekspirowski Book Tag”

Transformersi, czyli prześwietna książka o polskiej reklamie lat minionych

Lata 90-te nie bez przyczyny zyskały przydomek „szalonych”. Od powstania wolnego rynku w 1988 roku, przez eksplozję kapitalizmu i zachłyśnięcie się tym, co nowe, aż po stopniową profesjonalizację różnych branż… popisy kreatywności, zwłaszcza tej w mediach, wspaniale pokazuje historia polskiej reklamy telewizyjnej. Kultowe hasła, jak „Ociec, prać?” czy „Mariola okocim spojrzeniu” to tylko przykład. Zagrała wam w duszy nutka sentymentów do lat minionych? Śmiało, pozwólcie sobie na całą symfonię wraz z „Transformersami” Agaty Jakóbczak! Czytaj dalej „Transformersi, czyli prześwietna książka o polskiej reklamie lat minionych”

Ostatnia arystokratka, czyli mieszkańcy zamku Kostka jednak mnie nie bawią

Nie tak dawno zachwycałam się wycieczką do Cieszyna – przy okazji zaliczyliśmy Český Těšín i stosowny spacerek – a już parę dni później odezwało się do mnie wydawnictwo Stara Szkoła, zajmujące się właśnie czeską literaturą. Najbardziej znaną ich książką jest, rzecz jasna, „Ostatnia arystokratka” Evžena Bočka wraz z kontynuacjami, wychwalana nie tylko jako książka szalenie zabawna, ale i jako celny portret czeskiej arystokracji oraz Czechów do szlachty stosunku. Cóż, to chyba jednak nie jest moja bajka. Czytaj dalej „Ostatnia arystokratka, czyli mieszkańcy zamku Kostka jednak mnie nie bawią”

Jak zorganizować epicką imprezę, czyli siódme urodziny blogowe!

Druga połowa kwietnia zawsze jest czasem wyjątkowo książkowym – trwa Weekend Księgarni Kameralnych (krakowskie wydarzenia – tuże!), w poniedziałek czeka nas Światowy Dzień Książki, a Co Czyta Malita obchodzi dziś siódme urodziny (tu można wstawić dowolne westchnienie znamionujące przemijanie, przykładowo „ach, kiedy to minęło” albo „jak ten czas leci”). Przy okazji jubileuszy w latach poprzednich pojawiały się różne Malitowe ulubione książki, ale dziś, proszę ja was, dobieram książkowy komitet organizujący urodziny. Siedmiu bohaterów, po jednym na każdy rok blogowania. Bo świętować trzeba w towarzystwie. Czytaj dalej „Jak zorganizować epicką imprezę, czyli siódme urodziny blogowe!”

Niedyskretnik z irytującą narracją, czyli szukamy wiktoriańskiej sensacji

Fascynujemy się przeszłością, to fakt. Wiek XIX stanowi wyjątkowo wdzięczną czasoprzestrzeń do eksplorowania: ach, te stroje, bale, maniery, anse i awanse… i tyle źródeł do czerpania wiedzy, wszak nie tylko kroniki i pamiętniki, ale prasa, reklamy, fotografie – do wyboru, do koloru! Z tych źródeł wypływa jednak nie romantyczno-idylliczne oblicze epoki wiktoriańskiej, ale to prawdziwe: dużo mniej piękne, jak się można domyślić. Można je pokazać z nutą dowcipu i sensacji – co próbuje zrobić Therese Oneill w świeżo wydanym w Polsce „Niedyskretniku”. Próbuje, podkreślam.  Czytaj dalej „Niedyskretnik z irytującą narracją, czyli szukamy wiktoriańskiej sensacji”

„Musierowicz na dragach”, czyli Osińska, czyli kapitalny „Fanfik”

Z reguły planuję sobie listę czytania dość rygorystycznie: teraz nowość wydawnicza, bo trzeba wiedzieć, w czym rzecz, potem to z biblioteki, bo wstyd przedłużać, a później ta pożyczona od znajomej, bo nie można tyle trzymać. Mieszam gatunki i źródła, żeby nie czytać podobnych rzeczy jedną po drugiej – no, chyba, że to cykl, a ja mam wolne. Ale czasem przychodzi niespodziewana okoliczność życiowa i pozycje na liście ulegają relokacji. Innymi słowy, zmiotła mnie infekcja i dwa dni leżałam na kanapie. Z książkami. W tym z „Fanfikiem” Natalii Osińskiej. Czytaj dalej „„Musierowicz na dragach”, czyli Osińska, czyli kapitalny „Fanfik””

Kisiel na Blue Monday, czyli jak życie umilić wraz z siłą niższą

Tym razem w pucharku budyń, ale dążę do kisielu.

Kiedy za oknem chłodna, przejmująca, styczniowa wilgoć lub mróz, żywot zdaje się być ponury i nudnawy, a organizm po cichu woła o wiosnę – idzie nam inwestować w środki pomagające przetrwać mniej przyjemne zimowe momenta. Na przykład w książki. I powiem Wam, że dwa wieczory spędzone na kanapie z herbatką, kocykiem i „Siłą niższą” Marty Kisiel zdecydowanie przyczyniły się do wzrostu jakości dnia codziennego. Oj, zdecydowanie. Czytaj dalej „Kisiel na Blue Monday, czyli jak życie umilić wraz z siłą niższą”

Nazywajom go ptakiem dobrego Boga, czyli Cybulka, kuniecznie

Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone z czasów wojny secesyjnej i okolic, to czasem czytuję coś w klimacie – jak choćby „Na pokuszenie” Thomasa Cullinana – ostatnio natomiast nadrobiłam głośną w ostatnich latach powieść Jamesa McBride’a. „Ptak dobrego Boga” ukazał się w Polsce w 2016, a jeszcze wcześniej wstrząsnął anglojęzycznym rynkiem książkowym (była nawet National Book Award w 2013!). McBride, skądinąd przeciekawy twórca wszelakich dzieł kultury, bierze na warsztat Johna Browna, postać historyczną i w kulturze znaną jako między innymi bohater pieśni „John Brown’s Body”. I tak przenosimy się do USA tuż przed wybuchem wojny secesyjnej. Czytaj dalej „Nazywajom go ptakiem dobrego Boga, czyli Cybulka, kuniecznie”

Dożywocie lepiej późno niż wcale, czyli Kisiel-prozę nadrabiam

Nie kisiel to, a galaretka, pun intended.

Miewałam niekiedy wrażenie, że jestem jedyną osobą w blogosferze, która nie czytała jeszcze żadnego dzieła Marty Kisiel – gorącym orędownikiem tejże jest na przykład Janek z Tramwaju nr 4, zresztą myszkovska również stosowała na mnie łagodną perswazję w stylu „oj, musisz”. Więc na tegorocznych Targach Książki podjęłam męską decyzję – nadrabiam zaległości – i nabyłam drogą kupna najnowsze wydanie pierwszej powieści Ałtorki (czuły ten epitet wywodzi się z forum Fahrenheita), mianowicie „Dożywocie”. Jeden przyjemny wieczór upłynął mi na podróży do Lichotki i spotkaniu z całym dożywotnim tałatajstwem. Oj, musiałam. Czytaj dalej „Dożywocie lepiej późno niż wcale, czyli Kisiel-prozę nadrabiam”

…a może kaligrafia? Ech, chyba nie.

Zdarzyło się już nieraz w historii tego bloga, że dzieliłam się swoją twórczością mniej lub bardziej artystyczną (projekt „Wreck this journal”, pamiętacie?). Od kilku miesięcy natomiast „chodzi” za mną kaligrafia, choć na razie dotychczas badałam temat raczej z daleka – sprawdziłam oferty kursów w Krakowie, już-już prawie kupiłam książkę czy dwie – aż prawo przyciągania we wszechświecie zadziałało i dostałam od Znaku „Kaligrafię” Grzegorza Barasińskiego. Niestety, nie okazała się ona tym, czego szukałam. Czytaj dalej „…a może kaligrafia? Ech, chyba nie.”