Dzieła zebrane #22: Rafał Tomański oraz Marie Bennet

Instytucja #dziełzebranych to chyba jeden z moich ulubionych pomysłów (prawo autorskie do tytułu cyklu posiada Król Małżonek), bo pozwala na zestawienie tego, co przeczytałam, a o czym chcę opowiedzieć raczej krótko. Więc dziś zestaw japońsko-dziennikarsko-felietonowy tudzież historyczno-wojenny. Continue reading „Dzieła zebrane #22: Rafał Tomański oraz Marie Bennet”

„W drodze na Hokkaido. Autostopem przez Kraj Kwitnącej Wiśni” Will Ferguson

Japonia i japanofilskie książki nieraz się już na tym blogu zdarzały. Ile niby można o tym Nipponie czytać, hę? W kółko to samo, zwłaszcza, jeśli idzie o gajdzińskie (czyli: cudzoziemskie) relacje – jedna podobna do drugiej. Otóż niekoniecznie. Will Ferguson jest prawdopodobnie pierwszą osobą, która autostopem przejechała CAŁĄ Japonię – od Kiusiu po Hokkaido. Kiedyś w pijanym widzie rzucił hasło, że będzie podróżował wraz z frontem kwitnienia sakury (wiśni właśnie), i uczyni to machając kciukiem na poboczu drogi. Autostop w Japonii (zwany hićci-hajku) to nie nowość, bo czytałam już o tym u Marcina Bruczkowskiego, ale tym razem skala jest nieco większa. Poza tym, szło nie tylko o to, żeby dotrzeć do celu, ale żeby dojechać tam w towarzystwie różnych Japończyków. Co przekładało się na częste wizyty w okolicznych Ważnych Miejscach, odkrywanie setek niezwykłych świątyń/muzeów/hoteli/knajp/zamków etc., itd., itp. Będą smażone ośmiornice, konnyaku (określane przez Autora jako galareta gotowana w bryłkach), śliwki z torebki od starszej pani, a nade wszystko morze alkoholu.

Książka podbiła moje serce na dzień dobry, nie tylko z uwagi na ofiarodawcę i nie tylko z uwagi na dowcipny fragment na skrzydełku okładki. Zachwyciła mnie tabelka*, którą odkryłam, kartkując „W drodze…” zaraz po odpakowaniu prezentu. Pozwólcie, że ją przytoczę, bo wiele mówi o Autorze i charakterze jego historii:

Zjawisko

Pora roku

Właściwa technika kontemplacji

Kwitnienie wiśni

Wiosna

Upojenie sake

Polne kwiaty

Lato

Upojenie sake

Pełnia księżyca

najbliższa równonocy

Jesień

Upojenie sake

Jesienne liście

Jesień

Upojenie sake

Śnieg na zabytkowych
świątyniach

Zima

Upojenie sake

Urocze, czyż nie? Innymi słowy, poziom ironii sięga zenitu, a ja uwielbiam takie poczucie humoru. Niebanalna, dowcipna, przewrotna, trochę obrazoburcza, ale świetnie napisana książka. Naprawdę, przeczytajcie, wszyscy miłośnicy Kraju Kwitnącej Wiśni, wszyscy miłośnicy autostopu, miłośnicy sake… po prostu przejedźcie Japonię, machając na przejeżdżające samochody razem z Willem Fergusonem. Warto.

* Will Ferguson, „W drodze na Hokkaido. Autostopem przez Kraj Kwitnącej Wiśni”, przeł. Przemysław Włodarczyk, Wydawnictwo Dolnośląskie,Wrocław 2011,  s. 15.

„Skarby królestwa grzmiącego smoka. Tajemnice Bhutanu” Ashi Dorji Wangmo Wangchuck

Bhutan. Co my wiemy o Bhutanie? A wiemy, wiemy. Leży obok Tybetu, bardzo niedostępny, wszystko mają z motywem smoka (od flagi przez herb po nazwy partii), młoda monarchia z dość nietypowym królem plus poziom szczęścia narodowego brutto (ang. gross national happiness) zamiast produktu krajowego brutto*. Nie jest źle – zajęcia z cywilizacji Tybetu i okolic dały radę.

Ale ad rem. Autorka to czwarta żona Czwartego Króla Bhutanu i oczywiście dedykuje mężowi swoje dzieło. Poznajemy po trochu jej życiorys oraz geografię i historię Bhutanu. Książka dzieli się na trzy części: w pierwszej Autorka opowiada o swoim dzieciństwie, w drugiej próbuje oddać mentalność Bhutańczyków, w trzeciej zaś opisuje swoje podróże po kraju. Całość poprzedza krótki rys geograficzno-historyczny i okraszają zdjęcia. Dowiadujemy się na przykład, że Bhutan jest wielkości Szwajcarii, plus minus, i że zamieszkuje go 750 tysięcy ludzi.

Żeby się nie rozpisywać zbytnio – jeśli ktoś chce przeczytać totalną i bezgraniczną laurkę Bhutanu – proszę śmiało. Ashi Dorji Wangmo Wangchuck wychwala swój kraj pod niebiosa, co nie oznacza, że złych stron nie dostrzega, ale jakoś nie rzucają się bardzo w oczy w jej opisie. O ile dwie pierwsze części były całkiem ciekawe, to ta trzecia naprawdę mnie znużyła. Królowa przez kilka lat odwiedzała najbardziej odległe zakątki Bhutanu, wspinając się wąskimi ścieżkami, rozmawiając z tambylcami i nawiedzając świątynie. Po kilkunastu stronach jej wizyty zaczęły mi się mylić, bo wszystko było do siebie dość podobne. Osobiście wolałabym się dowiedzieć, jakim cudem dziewczę ze wsi (razem z trzema siostrami) zostało żoną króla. I bardzo jestem rozczarowana brakiem smoków – doliczyłam się jednej wzmianki, a że smokami zajmuję się naukowo, to intrygowało mnie, dalczego Bhutan nazywany jest „Królestwem Grzmiącego Smoka”. A tu nic. Smuteczek. Ogółem, ani to epicko ciekawe, ani świetnie napisane. Nie polecam – chyba że ktoś naprawdę się lubuje w tym typie książek, jak ja.

* Wieść niesie, że gdy Czwartego Króla Bhutanu podczas jednej z zagranicznych podróży zapytano o PKB Bhutanu, ten – prawdopodobnie nie mając pojęcia, ile wynosi – rezolutnie odparł, że Bhutanie nie mierzy się PKB, tylko szczęście narodowe brutto. Za pomocą siedmiu wskaźników oblicza się konkretną liczbę. Co prawda nie ma porównania z żadnym innym państwem – tylko w Bhutanie mierzy się szczęście. I dla porządku dodam, że Ashi Dorji Wangmo Wangchuck o tym nie pisała zbyt szczegółowo…

„Między blaskiem a cieniem” Stella Hamilton

Podczas remontu można wiele ciekawych rzeczy odnaleźć. Do moich najbardziej nietuzinkowych odkryć należą trzy zielone gumowe kaczuszki (skąd się one wzięły akurat w tamtej szufladzie, nie pomnę). Przy okazji odkryłam, że mamy w domu jeszcze mnóstwo książek, których nie czytałam, a które wydają się ciekawe. W łapki wpadł mi też sugestywny tytuł „Między blaskiem a cieniem”.

Rzecz dzieje się pod koniec XIX wieku. Młodziutka Kathy Hartnell mieszka w Leeds, dzieląc swój czas między lekcje tańca i oczekiwanie na listy od rodziców, którzy wyjechali na misję na Cejlon. Jej życie zmienia się w jednej chwili, gdy otrzymuje wiadomość o śmierci matki – tym samym musi wyruszyć w podróż na Cejlon, do ojca. Rejs statkiem „Księżniczka Orientu” potrwa wiele tygodni i będzie prawdziwą szkołą życia dla Kathy: będzie jej towarzyszyła czcigodna żona pastora, Edith Purvis, nieco mniej czcigodna Sophie Simpson, a także doktor Warrender, przyjaciel jej ojca. Romanse na pokładzie, zaraza, śluby, kłótnie i skandale – czyli spokojna podróż statkiem raz. A potem docieramy na egzotyczną wyspę, która drży od niepokojów obyczajowych i wojennych. Tam też będą skandale, romanse i zaraza. Ech, kolonializm.

Tematyka kolonialno-kobieca nie jest mi obca, czytałam choćby wyśmienitą „Ptaszynę” Lindy Holeman (plus inne powieści tejże Autorki, naprawdę, wspaniałe). Tym bardziej oczekiwania były wysokie, ale, niestety, „Między blaskiem a cieniem” nie do końca im nie sprostało. Wiadomo, raz na jakiś czas dobre romansidło nie jest złe – ale to mi jakoś nie spasowało. Ciężko było mi polubić Kathy, jak i jej obiekty uczuć (aczkolwiek ten jeden mnie tak zaskoczył, że hoho). Przeczytałam głównie z uwagi na to, że cienka i dobrze się ją woziło w torbie – była w sam raz na kilka podróży autobusem i poczekalnię u lekarza. Ale nie byłam szczególnie zachwycona.

„Księżna Masako. Zakładniczka Chryzantemowego Tronu” Ben Hills

Chcecie bajki? Oto bajka. Była sobie kiedyś zwykła dziewczyna, piękna, inteligentna i utalentowana, ale „z ludu”. Gdy przystojny następca tronu spotkał ją po raz pierwszy, zakochał się bez pamięci i postanowił, że tylko ona będzie jego wybranką. Wytrwale zdobywał ją i zalecał się, aż zgodziła się wyjść za niego. I tak oto zwykła dziewczyna stała się księżną. Książę William i Kate Middleton? O nie. Książę Naruhito i Masako Owada. I to wcale nie jest bajka.

Masako Owada, córka japońskiego dyplomaty, większość dzieciństwa i młodości spędziła poza Krajem Kwitnącej Wiśni. Chodziła do szkoły w Moskwie, potem na kilka lat wróciła do Tokio i znów wyjechała – tym razem do Stanów Zjednoczonych. Tam ukończyła Wydział Ekonomii na Harvardzie, studiowała też na Uniwersytecie Tokijskim i na Oksfordzie. Pracowała w japońskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych i powoli wspinała się na kolejne szczeble kariery. Marzyła o stanowiska ambasadora, ale cóż, jako kobiecie mogło jej to przyjść bardzo trudno. Nie udało jej się spełnić tego marzenia – ale Naruhito, oświadczając się, obiecał ukochanej, że będzie mogła udzielać się dyplomatycznie. Obietnicy tej nigdy nie mógł dotrzymać. Siedem lat trwało, zanim Masako zgodziła się zostać jego żoną. Ponoć sama cesarzowa Michiko miała w tym swój spory udział. Prawdą jest, że wielu rodziców chętnie widziałoby swoją córkę w roli małżonki następcy tronu – ale nie w Japonii. Tam ojcowie (w tym Hisashi Owada) doskonale zdają sobie sprawę, że to jak zamknięcie dziecka w złotej klatce. Na zawsze i bez możliwości ucieczki. Masako to zamknięcie przypłaciła rozstrojeniem nerwowym, zwłaszcza ciężko odchorowała presję, by szybko urodzić syna – gdyż tylko męski potomek dziedziczy tron.

Co ciekawe, w książce odnajdziemy bardzo różne opinie na temat Masako – niektórzy dziwili się, jak taka ambitna i mądra kobieta dała się zamknąć w pałacu, inni lekceważąco odnosili się do jej studiów, prac dyplomowych i późniejszej pracy w MSZ. Do tego sporo interesujących rzeczy o samej rodzinie cesarskiej, a zwłaszcza księciu Naruhito.

Zaciekawiło mnie dość oryginalne podejście autora do opisywanej postaci – oryginalne o tyle, że bardzo ciężko zdobyć jakiekolwiek informacje o rodzinie cesarskiej (między innymi z uwagi na… autocenzurę dziennikarzy) i Ben Hills konsultował się z nieprawdopodobną ilością ludzi, którzy mogliby rzucić nieco światła na burzliwe losy Masako. Odwiedził nawet prominentną japońską klinikę leczenia niepłodności (nie nie, nie tam leczyła się księżna, miała – w tajemnicy rzecz jasna –prywatnego lekarza). Jego książka została oficjalnie potępiona na konferencji przez japońskie MSZ, były i stosy listów (w tym od cesarskich urzędników), określających biografię jako zbiór niepotwierdzonych plotek, niestosownych opisów, niepotwierdzonych faktów. Choć żaden krytyk nie podał przykładu żadnego błędu czy nieścisłości.

Najbardziej zatrważająca w tej książce była dla mnie instytucja Kunaichō, czyli Urzędu ds. Rodziny Cesarskiej. Nie zdawałam sobie sprawy, jak drobiazgowa, bezwzględna i wszechpotężna to organizacja. Kunaichō kontroluje każdy, słownie KAŻDY aspekt życia w pałacu. Masako – jak wszyscy pozostali członkowie rodziny cesarskiej – nie może wyjść na miasto, kupić książki, ba, nawet zmienić fryzury bez ich zgody. I najgorsze jest to, że nie ma żadnej możliwości zmiany tej sytuacji. Bo nie. Bo tak było zawsze i tradycja jest święta.

Czy więc Masako jest ofiarą swoich własnych decyzji? Pewnie trochę tak. Nie dowiemy się przecież, jakby jej życie potoczyło się, gdyby nie zgodziła się zostać żoną Naruhito. Pełnej prawdy o życiu za drzwiami cesarskiego pałacu nie poznamy nigdy (bo to Japonia), ale Ben Hills robi, co w jego mocy. I nie idzie mu źle.

PS. A na marginesie – dosłownie – uwielbiam pożyczać książki od Natalii. Natalia ze skrupulatnością zaznacza ołówkiem błędy edytorskie i poprawia tłumacza, zamieniając w stosownych miejscach rodzaj męski na żeński (typu: na stronie 119 Masako przyjmuje „rolę nieoficjalnego ambasadora Japonii”, dopisano „nieoficjalnej ambasadorki”), tudzież komentuje ironiczne lub erudycyjnie. Moja radość z lektury wzrasta przy każdym takim zaznaczeniu.

„Gejsza z Gion” Mineko Iwasaki

Kojarzycie „Wyznania gejszy” Arthura Goldena? Na pewno tak. Wpierw książka, potem film w reżyserii Roba Marshalla (Zhang Ziyi w tytułowej roli, czyli Chinka grająca Japonkę…). Ale naprawdę było inaczej: Golden napisał swoją powieść na podstawie życia najsłynniejszej gejszy z Gion Kobu, Mineko Iwasaki. Pani Iwasaki była jedną z gejsz, które udzieliły wywiadu pisarzowi, ale okazało się, że to właśnie na jej losach głównie opiera się książka. Golden pozwolił sobie na sporo niedociągnięć i przekłamań. Iwasaki zwłaszcza protestowała przeciwko opisanemu w „Wyznaniach…” rytuałowi mizuage, który miał niby być aukcją, na której sprzedaje się dziewictwo gejszy. Taki zwyczaj, podtrzymuje Iwasaki, w Gion Kobu nie istnieje, a gejsza to nie prostytutka. Całość skończyła się pozwem do sądu za zniesławienie, sprawę załatwiono polubownie, a Iwasaki zdecydowała się napisać autobiografię, czyli jak to było naprawdę – i na półki księgarń trafił międzynarodowy bestseller, „Gejsza z Gion”.

Tyle słów przydługiego wstępu. Czytałam „Wyznania gejszy” i bardzo mi się podobały, podobnie zresztą jak choćby „Byłam gejszą” Lisy Dalby (czyli jak amerykańska antropolożka stała się gejszą Ichigiku). Wiadomo, japońskie tematy lubimy ogromnie. Tutaj rzecz jest o tyle ciekawa, że to autentyczna gejsza pisze o swoich doświadczeniach. Iwasaki przede wszystkim chciała być tancerką – i stała się jedną z najlepszych w historii. Jednak skostniałe reguły szkoły Inoue (szkoły tańca) nie pozwalały jej na zbyt wiele. Iwasaki na znak protestu przeciwko zasadom obowiązującym w Gion odeszła z zawodu. Miała wtedy 29 lat i była u szczytu kariery. W książce opisuje przede wszystkim to, jak doszła na ten szczyt: swoje lekcje tańca, rozterki związane z zawodem gejszy, małe tryumfy i niepowodzenia. Z własnej woli w wieku 5 lat opuściła rodzinę i została adoptowana przez właścicielkę okiya (coś w stylu domu gejsz) Iwasaki, ciocię Oimę. Wiele lat doskonaliła się w tańcu i innych sztukach artystycznych, bo gejsza to właśnie dosłownie „człowiek sztuki”. Ich świat jest niesamowity: ochaya (herbaciarnie), kimona, ozashiki („imprezy” w ochaya), tańce, muzyka. Spotykają się z niesamowitymi ludźmi: Mineko miała okazję poznać Eliego Kazana, Henry’ego Kissingera, Aldo Gucciego, a nawet stała się przyczyną małej kłótni angielskiej królowej z jej mężem. Iwasaki bezboleśnie przyznaje się do wszystkich gaf i wpadek – mnie najbardziej utkwiło w pamięci to, jak zupełnie nie była przystosowana do „świata zewnętrznego”: przez długi czas zupełnie nie wiedziała, do czego służą pieniądze, a gdy wynajęła samodzielnie mieszkanie, nie wpadła na to, że odkurzacz trzeba włączyć do prądu i chciała do reklamować – bo nie działał…

Nie wiem, na ile prawdziwe są jej opowieści. Faktem jest to, że Mineko Iwasaki zrobiła oszałamiającą karierę. I to, że świat gejsz – tradycyjnych artystek, ubranych w niesamowite kimona – powoli odchodzi w niepamięć. Tym bardziej warto czytać takie książki.

I że w ramach wyzwania „Z półki”.

„Tokijskie ABC” Olgierd Budrewicz

Przeczytałam (no, przyznaję się, raczej przekartkowałam) tę nieco sfatygowaną książeczkę w ramach studiów komparatywno-chronologicznych. To znaczy, bardzo lubię czytać relacje gaijinów z wojaży z Kraju Kwitnącej Wiśni. A porównanie chronologiczne w tym wypadku opiera się na tym, że „Tokijskie ABC” wydano w 1970 roku. To relacja Olgierda Budrewicza, dziennikarza i pisarza, reportera wielu warszawskich – i nie tylko – gazet. Budrewicz odwiedził reportersko ponad 160 krajów, niektóre jako pierwszy polski dziennikarz.

Mamy więc wycieczkę po Tokio Tower, Teatrze Narodowym (zarówno spektakl kabuki, jak i okazały się wyzwaniem ponad możliwości Autora), Kasumigaseki (najwyższy na tamte czasy wieżowiec), rozliczne bary, fabrykę Sony, Canona i wiele innych miejsc. Będzie o hostessach, jedzeniu, górze Fuji, samurajach i supernowoczesnych pociągach (200 km/h, dacie wiarę?). Budrewicz zwiedził Tokio wzdłuż i wszerz, ale nie tylko – wybrał się też do Nary i Kioto (określa to ostatnie jako „Kraków Japonii”). Odwiedził Hiroshimę, zresztą niecałe ćwierć wieku po zrzuceniu bomby atomowej. Wstrząsająco opisuje miasto, które nigdy nie pozbędzie się piętna katastrofy. Od razu przyszła mi na myśl Kesennuma i inne miasta, zniszczone przez zeszłoroczne trzęsienie ziemi i tsunami…

Wrażenie z lektury mam dwa, jedno tyczy zmienności, drugie niezmienności. Primo, zmiany, jakim podlega nasz świat – i ich tempo! – bywają zatrważające. Jako ilustracja – rozczulająca scena w fabryce Sony, kiedy to Autor opisuje swoje poruszenie nowym wynalazkiem, zwanym videocorder. „Posiadacz może nagrywać kolorowy (sic! – JM) program telewizyjny, a następnie odtwarzać go dowolną ilość razy, zatrzymywać obraz, puszczać go w zwolnionym tempie etc., może także filmować i natychmiast odtwarzać scenę z życia, na przykład z sali operacyjnej, ze stadionu sportowego itd.”*, zachwyca się Budrewicz. Ani chybi czary.

Secundo, niezmienność. Niezmienna wydaje mi się japońska mentalność. Honoryfikatywność, uprzejmość. Specyficzne relacje damsko-męskie. Ciężko to uchwycić w słowa. Nie chodzi mi o to, że owa mentalność skostniała gdzieś na poziomie szogunatu Tokugawów, ale że wobec pędu cywilizacyjnego i zmian technologicznych te mentalne bywają… powolniejsze.

Na zakończenie – jeszcze jeden cytat. O sushi. „Dwa kęski, ale jakże to trudne do przełknięcia! O-Sushi to rodzaj japońskiej kanapki. Składa się często z tych samych elementów: surowej ryby, ryżu i „opakowania” w postaci listka wodorostu. Wszystko razem jest zimne i mdłe, stanowi jednak przysmak Japończyków”**. Ach, gdyby Budrewicz wtedy wiedział, że czterdzieści lat później będziemy na te mdłe dwa kęski wydawać ciężkie pieniądze…

* Olgierd Budrewicz, „Tokijskie ABC”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1970, s. 152-153.
** Tamże, s. 215.