Boginie już nie mieszkają w Žítkovej

Bardzo, bardzo dawno temu przeczytałam gdzieś recenzję powieści „Boginie z Žítkovej” autorstwa czeskiej pisarki, Kateřiny Tučkovej, i wciąż gdzieś z tyłu głowy tkwiła mi myśl, że muszę ją kiedyś przyswoić w całości. Nie tak dawno temu natomiast w Book rage można było się zaopatrzyć w pakiet czeskiej literatury – i gdy zobaczyłam na liście „Boginie”, od razu pośpieszyłam nabyć cały komplet, po czym… kompletnie Continue reading „Boginie już nie mieszkają w Žítkovej”

A światłość wiekuista… czyli trylogia husycka vol. 3

https://i0.wp.com/fonopolis.pl/userdata/gfx/fa0887ea6867da15a0b95c49c79affd4.jpgJuż się dwa razy spowiadałam z audiobookowego odświeżania trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego (ergo był „Narrenturm” i byli „Boży bojownicy”), spowiadam się i po raz trzeci. Bo skończyłam. Z analogowej lektury trzeciej części lata temu pamiętałam właściwie tylko dwa momenty, które mnie zmierziły (i pewnie dlatego tak mi zapadły w pamięć), więc właściwie poza nimi spotkanie z ostatnią częścią trylogii było jak odkrywanie terra incognito. Dobre i to.

Moje ulubione ostatnio trio – Reynevan, Szarlej i Samson – nie znajduje wytchnienia, a każda próba wyrwania się z błędnego koła wojennych kampanii i osobistych wycieczek kończy się mniej lub bardziej spektakularną porażką. Reynevan zostaje pozbawiony ostatnich złudzeń okołopolitycznych (wiadomo, co wygrywa w starciu między ideą a ordynarnymi rozgrywkami politycznymi), a wojny husyckie wkraczają w krytyczną i ostatnią – my to wiemy, oni jeszcze nie – fazę. Odnalezienie ukochanej, zemsta na bezlitosnym i potwornym wrogu oraz ostatnia próba wdrożenia życiowych ideałów w wyjątkowo nieidealną rzeczywistość, zanim ogarnie nas światłość wiekuista – oto, proszę państwa, „Lux Perpetua”.

Muszę przyznać, że fabularnie jestem nieco obrażona na rozwój akcji, ale spoilerować nie śmiem (ja wiem, że w XXI wieku trudno uniknąć spoilerów, ale come on, ja ich nie cierpię i unikam ich rozprzestrzeniania). Ujmijmy to dyplomatycznie, że losy pewnych postaci, które lubiłam wyjątkowo, nie potoczyły się tak, jak sobie tego życzyłam. Ale to tak, jakby zarzucać George’owi R.R. Martinowi, że metodycznie wybija wszystkich po kolei…

Co nie zmienia faktu, że forma wykonania słuchowiska pozostaje wybitna – aż do bólu, bo co innego czytać o łamiących się kościach i wyciu męczonych ludzi, co innego mieć to w wersji efektów specjalnie dźwiękowych. Skądinąd, „Lux Perpetua” podtrzymuje krwawość tomu poprzedniego, ba, chyba nawet ją przebija – bezlitosność dowódców obydwu stron jest naprawdę przerażająca. Niemniej, po raz trzeci (ale już ostatni, obiecuję) zachwycam się rozmachem tej produkcji, jako że reżyseria Janusza Kukuły i muzyka Adama Skorupy tworzą klimat doskonały. Dodam tylko malutką łyżkę dziegciu, mianowicie interpretacja Pomurnika alias Birkarta Grellenorta w wydaniu Tomasza Marzeckiego jest wyjątkowo ekspresywna i momentami wydawała mi się w tej ekspresji przesadzona. Ale poza tym – klękajcie narody. Nawet w błotko gościńca między Frankensteinem a Ziębicami.

Tyle husytów, na razie. A audiobookowo zapodałam sobie – dla zmiany klimatu – „Pożegnanie  Afryką” Karen Blixen. Klasykę winno się nadrabiać!

PS. Tradycyjnie – wyrywki z planu, czyli jak nagrywano „Lux Perpetua” („bo musimy mieć, jak on odlatuje!” oraz dłuższy fragment w temacie („pochylone kopie i wrzask, żeby przestraszyć wroga”)

Mości panowie, kupą na Śląsk, czyli trylogia husycka vol. 2

Boży bojownicyŻadne korki w Krakowie mi niestraszne, ba, nawet nie odczułam czasowego zamknięcia kluczowego dla mnie odcinka linii tramwajowej. Wszystko to dzięki rowerowym wycieczkom, bo całe to zamieszanie remontowo-korkowo-samochodowe elegancko omijam. No, chyba, że pada. Niemniej, abstrahując od pogody, jazda rowerem posiada jeszcze jeden atut: można spokojnie słuchać audiobooków. Innymi słowy, mknę wzdłuż Błoń, a tak naprawdę właśnie przechadzam się ulicami Pragi i pukam do drzwi apteki, w której zbierają się mistrzowie magii. Czasem tylko, jak spotykam kogoś znajomego, muszę szybko wyskoczyć z tego innego świata, co z reguły dość zabawnie wychodzi: wyplątuję się ze słuchawek, tłumacząc „czekaj, czekaj, bo ja jestem na polu bitwy”. A bitew imię – legion!

Tym oto wstępem przechodzę do „Bożych bojowników” czyli to drugiego tomu trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego w epickim (tak, tak) wydaniu słuchowiskowym. Za sprawą znanego już nam trio – impulsywny a uparty Reynevan, cyniczny demeryt Szarlej oraz  skrywający potężną tajemnicę Samson Miodek – wpadamy w sam środek wojen husyckich, targających Śląskiem. Sam Reynevan co i rusz wpada w tarapaty, choć trzeba przyznać, że nie zawsze z własnej winy. Ale cóż, kiedy jasno a z przekonaniem opowiada się za sprawą Kielicha i pragnie dla sprawy działać… wojna jest wojna i nie ma na to rady. Ergo Śląsk Anno Domini 1427 znów staje się areną, na której ścierają się religie, herezje, armie, oddziały zorganizowane, osoby zupełnie prywatne, Inkwizycja oraz magiczna konfraternia. Reynevan, rzecz jasna, a z nim Szarlej i Samson podążają na sam środek ten areny. A jak gdyby było mało tych wyzwań, Reynevan będzie musiał odnaleźć odpowiedź na szalenie ważne pytanie: czy poświęcić sprawę dla miłości, czy miłość dla sprawy?

Reżyser słuchowiska, Janusz Kukuła, określa trylogię husycką jako połączenie Sienkiewicza z Tolkienem – i fakt, to mariaż imponującej historycznej narracji i umiejętnie poprowadzonych wątków fantastycznych. Może i tych czarów wśród „Bożych bojowników” znajdzie się nieco mniej niż w „Narrenturmie”, przynajmniej mniej czarownic, a więcej ceremonii wysokiej magii. Jednak drugi tom to dla mnie przede wszystkim kampania wojenna, okrutna, krwawa i prześcigająca się w okrucieństwach każdej ze stron (ot, spalmy te wioski, będzie wygodniej walczyć w nocy przy świetle ognia). Te dwie partie „małżeńskie” doskonale ze sobą u Sapkowskiego współgrają.

Raz jeszcze dodam, że produkcja słuchowiska jest znakomita. Wybornie zagrana, klimatycznie wyprodukowana (muzyka, efekty, wszystko). Plus wyjątkowo zabawnie ogląda się wszystkie ujęcia „z planu” – o ile filmowe making of często daje zabawną konfrontację elementów bardzo współczesnych z bardzo niewspółczesnymi (greenbox i elfy), to w tym przypadku uderzyło mnie, jak o ogromną wyobraźnią muszą dysponować aktorzy. Bo nawet elf w greenboxie posiada jakiś tam strój, a tutaj dysponujemy li i jedynie mocą swojego głosu. Podziwiam i głosy, i całokształt – i zgrywam na odtwarzacz tom trzeci.

[tl;dr]Boży bojownicy maszerują na Śląsk i będą z tego same nieszczęścia. Ale jak opisane! Jak zagrane!

PS. Znów, Tata-Malita pożyczył wszystkie Bojownikowe płyty.

Takie tam, ze Śląska, czyli trylogia husycka vol. 1

https://i2.wp.com/static.audioteka.com/pl/images/products/andrzej-sapkowski/narrenturm-duze.jpgDziś lubię sobie myśleć, że cała moja bardziej dojrzała przygoda z czytaniem zaczęła się od „Ostatniego życzenia” Andrzeja Sapkowskiego (do dziś podziwiam decyzję Mamy-Mality, która przejrzała tom i zezwoliła na lekturę, choć miałam dopiero jakieś 12 lat). Tysiące stronic później – po sadze o wiedźminie, trylogii husyckiej, esejach, wywiadach, nawet po tej wpadce, jaką była „Żmija” – AS pozostaje dla mnie geniuszem prowadzenia historii, intertekstualnych nawiązań, smakowitego stylu i erudycji wbijającej w siedzenie. Więcej, mistrzu, nie krępuj się. Niemniej, Sapkowską historię o husytach postanowiłam poznać raz jeszcze, tym razem w wersji słuchanej – ot, tęskniło mi się za audiobookami, a „Narrenturm” leżał na półce czas bardzo długi.

Tym razem to nie byle nagranie, w którym kojący głos jednego lektora prowadzi słuchacza przez kolejne rozdziały. „Narrenturm” to mocarnie wielkie słuchowisko, z ponad setką głosów i dźwięków. Całość reżyseruje Janusz Kukuła, występuje plejada polskich aktorów i mistrzowie sztuki radiowej, gra w tle ogrom efektów dźwiękowych i muzyka skomponowana przez Adama Skorupę. Wszystko to składa się na nieprawdopodobny efekt, pozwalający na zanurzenie się w mroki średniowiecza. Rozmach iście jak na polu bitwy (zerknijcie tutaj na coś na kształt making-of, moment nagrywania walki zaiste bezcenny, załapały się też moje ukochane czarownice).

Więcej, punkt wyjścia do tego niezwykłego audio-dzieła jest równie niezwykły: Sapkowski, przekopując się przez całe biblioteki, popełnił powieść wielce bogatą, z pietyzmem odtwarzając realia piętnastowiecznego Śląska, Czech, Polski. Przewodnikiem po tym świecie jest młody Reinmar z Bielawy, zwany Reynevanem, młodzian wykształcony (w medycynie i w magii, to ważne) i zakochany po uszy. Jego namiętność do atrakcyjnej, acz zamężnej Burgundki Adeli sprowadzi na niego szereg nieszczęść i turbacji, będą ucieczki, oskarżenia o czary, nowi wrogowie i nowi przyjaciele. Wszystko zaś w niespokojnej wielce scenerii roku Pańskiego 1425, kiedy to w Czechach umacnia się husycka herezja, a niezmordowane oddziały taborytów i Sierotek podejmują coraz to nowe wyprawy. Na Śląsku zaś katolicka strona konfliktu podejmuje wyprawę krzyżową na heretyckich husytów, gromadzi ludzi (łącznie z rębajłami pokroju raubritterów) i fundusze (te, jak wiemy, lubią ginąć niespodziewanie po drodze). A w sam środek tych politycznych rozgrywek tudzież walk o władzę i o wiarę (choć często to jedna i mocno krwawa walka) wpada Reynevan, nieznośnie uparty i buńczuczny (doskonale, skądinąd, odgrywany przez Lesława Żurka). Zemsta i miłość, dwie pasje targające duszą Reinmara, nie przyniosą raczej spokojnego biegu akcji. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie majaczy złowroga Wieża Błaznów – Narrenturm, tymczasowe więzienie Świętej Inkwizycji…

Vozový šik
Husyckie wojska i wozy bojowe, raz.

Obfitość postaci historycznych i odtworzenie realiów – to jedno. Ale „Narrenturm” posiada też drugie, fantastyczne oblicze: oto demony i zmiennokształtni, wieszczki, czarownice i sabaty (moja dusza naukowca od czarownic aż skakała z radości przy opisie sabatu równonocy jesiennej, po prostu cudo!). Magia na XV-wiecznym Śląsku działa, aż miło – zarówno dzięki odpowiednio wyedukowanym na księgach adeptom, jak i raczej… naturalnie ku tego sposobionym istotom. Tych drugich jednak zostało już bardzo niewiele – a niektóre z fantastycznych stworzeń widzą w husytach także i swój ratunek.

Jako się rzekło, „Narrenturm” już przyjęłam w wersji papierowej (Bardzo Dawno Temu), ale z przyjemnością wróciłam do tej historii. I chyba nawet lepiej mi się słuchało, niż czytało – zdecydowanie łatwiej zapamiętać i rozróżnić mnogość bohaterów, gdy do każdego przypiszemy konkretny głos. Przy okazji odkryłam (tryb Kolumba: mode on), że sprzątanie z audiobookiem w uszach świetnie wychodzi – zwłaszcza, jak trzeba odgruzować dom po remoncie. Na samą kuchnię poszło pięć rozdziałów i już zawsze mycie szafek będzie mi się kojarzyło ze sceną egzorcyzmów…

Ergo: w audiobookowym„Narrenturmie” w parze idzie ze sobą doskonały materiał (czyli proza Sapkowskiego) i doskonała forma (megaprodukcja, zaiste mega). Innymi słowy, znakomita powieść historyczna w godnej swojej znakomitości oprawie.

[tl;dr] Epicko fantastyczna produkcja: Sapkowski, husyci, magia i średniowieczny Śląsk. Oklaski na stojąco!

PS. Tata-Malita pożyczył wszystkie płyty.
PPS. A tu możecie posłuchać początku „Narrenturmu”. Łącznie z miłosnymi uniesieniami Adeli von Stercza.