Czysta magia słów, czyli Brzezińskiej apokryf czarownicy

Rok temu czytelniczy świat mówił prawie wyłącznie o „Córkach Wawelu” Anny Brzezińskiej, monumentalnym dziele, łączącym ze sobą powieść historyczną i obszerne wywody eseistyczno-dokształcające. Byłam nieco rozczarowana tą formą wyrazu, stąd do „Wody na sicie”, najnowszej książki autorki, podchodziłam raczej z ostrożnym zainteresowaniem. Nawet jeśli temat jest mi szczególnie bliski, wszak ta powieść to apokryf czarownicy. Ale tym razem — tym razem będę się zachwycać! Continue reading „Czysta magia słów, czyli Brzezińskiej apokryf czarownicy”

Madeline Miller i jej „Kirke” potrafią zaczarować

Gdzieś na Adriatyku, a może na morzu Jońskim? Kto wie, gdzie leżała Ajaja? Może do dziś można odnaleźć do niej drogę, bez lęku żeglując przez niespokojne wody? Ale ostrożnie, nawet, jeśli zostaniecie powitani uprzejmie i ugoszczeni przez mieszkającą tam damę, nie próbujcie wina. Nie od dziś wiadomo, że wino ma dar przemiany ludzi w bestie, zwłaszcza to zaprawione odrobiną ziół i magii. Zwłaszcza to warzone przez Kirke, jedną z najsłynniejszych czarodziejek starożytności. Continue reading „Madeline Miller i jej „Kirke” potrafią zaczarować”

Biblia diabła, czyli duże ilości wątków naraz

Ujmijmy to następująco: każda książka w jakiś sposób powiązana z czarownicami budzi moje natychmiastowe zainteresowanie. Więc kiedy w mojej skrzynce mailowej wylądowała zapowiedź kolejnej powieści Leszka Hermana z silnymi wątkami czarowniczymi, od razu byłam na tak. „Biblia diabła” to trzecia odsłona przygód tria Paulina-Igor-Johann, niemniej można czytać bez prerekwizytów – ja tak zrobiłam i dzięki wielokrotnym a subtelnym nawiązaniu do poprzednich części nie czułam się pokrzywdzona. Sama powieść natomiast… ciekawa, choć mam parę zastrzeżeń. Continue reading „Biblia diabła, czyli duże ilości wątków naraz”

Kroniki Jaaru, czyli spora dawka magii

Nie da się ukryć, że raz na jakiś czas potrzebna jest w życiu powieściowa dawka smoków i/lub czarownic. Wiedźmio-magiczne opowieści czytam zawsze chętnie (ostatnio na przykład z ukierunkowaniem słowiańskim), łącznie z tymi skierowanymi do raczej młodszego czytelnika (a potem realizuję misję edukacyjną, pożyczając je dzieciakom w rodzinie). I właśnie w tej kategorii plasuje się pierwsza część „Kronik Jaaru” Adama Fabera, czyli „Księga Luster” – historia początkującej wiedźmy imieniem Kate i mieszkańców magicznego świata. Continue reading „Kroniki Jaaru, czyli spora dawka magii”

Boginie już nie mieszkają w Žítkovej

Bardzo, bardzo dawno temu przeczytałam gdzieś recenzję powieści „Boginie z Žítkovej” autorstwa czeskiej pisarki, Kateřiny Tučkovej, i wciąż gdzieś z tyłu głowy tkwiła mi myśl, że muszę ją kiedyś przyswoić w całości. Nie tak dawno temu natomiast w Book rage można było się zaopatrzyć w pakiet czeskiej literatury – i gdy zobaczyłam na liście „Boginie”, od razu pośpieszyłam nabyć cały komplet, po czym… kompletnie Continue reading „Boginie już nie mieszkają w Žítkovej”

Gdy odchodzą czarownice, czyli pożegnanie ze Światem Dysku

Właściwie to planowałam tylko wspomnieć słów parę w cyklu #DziełaZebrane, ale wyszło inaczej. Czasem po prostu siada się do pisania, a słowa same spływają spod palców. Z reguły dzieje się tak przy książkach wyjątkowych – a „Pasterska korona”, ostatnia powieść Świata Dysku sir Terry’ego Pratchetta jest książką wyjątkową. Ze wszech miar. Bardzo się cieszę, że mogliśmy ją przeczytać, choć, jak dowiadujemy się z posłowia – „nadal nie była ukończona całkiem tak, jak by sobie tego życzył [autor]”.

„Pasterska korona” jest dla mnie o tyle osobista, że po pierwsze traktuje o czarownicach, a po drugie, to pożegnanie też z moją ulubioną Dyskową postacią – babcią Weatherwax. Nie powiem, otwarcie książki mocno mnie przygnębiło, niemniej: taka kolej rzeczy. Jak powiedziała Niania Ogg, „my, czarownice, niedługo nosimy żałobę. Wystarczą nam szczęśliwe wspomnienia. To one są cenne”. A gdy zabraknie babci, która była przywódczynią-wiedźm-które-co-prawda-przywódczyń-nie-mają-ale-gdyby-miały-to-byłaby-nią-babcia… cóż, różne rzeczy mogą się zdarzyć. Granica między Krainą Baśni a spokojną Kredą i sielskim Lancre staje się niebezpiecznie cienka, ustalenie nowych porządków czarowniczych zajmuje trochę czasu i wysiłku, a Tiffany Obolała, dziedzicząca po babci chatkę i przywództwo-którego-właściwie-nie-ma, będzie musiała nie tylko zdwoić czarownicze wysiłki, ale też podjąć nowe wyzwania i dojść do ładu z samą sobą – bo określenie, kim się jest naprawdę, to bardzo trudne zadanie.

Nie bez przyczyny czarownice to moje ulubione postaci w Świecie Dysku. Nie chodzi tylko o sam fakt, że wiedźmy wszelkiego kalibru mają u mnie sympatię zapewnioną na dzień dobry, ale chodzi o specyficzną czarownicy dyskową konstrukcję. Otóż u Pratchetta mag składa się z laski, spiczastego kapelusza, szat oraz nadziei, by nigdy nie musieć robić czegoś naprawdę magicznego. Czarownica natomiast składa się z miotły, spiczastego kapelusza oraz – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało – misji pomagania ludziom („Czarownictwo to męska robota. Dlatego trzeba do niej kobiet” wzdycha pewnego razu Tiffany). Bycie wiedźmą to męczące, niewdzięcznie i najczęściej mało magiczne powołanie. Bardzo trafne ujęcie tematu. Bardzo… życiowe.

Takich trzech, jak nas dwie, to nie ma ani jednej.

Zresztą wszystko w tej książce jest takie, jak być powinno. Od spotkania ze starymi przyjaciółmi, jak odwieczna  Niania Ogg (zakonserwowana przez życie i inne używki tak, że Śmierć nierychło zapuka do jej rezydencji), aż do poznania nowych znajomych, jak Geoffrey, który udowadnia, że jak się chce, to można, a wręcz trzeba. Nawet jeśli pół świata uważa inaczej. Skore do nieustannej bitki hordy Nac Mac Feeglów przynoszą odpowiednią ilość groteski, a wątek królowej elfów – poznającej ludzki świat – mógłby rozwinąć się w ckliwy banał, ale został poprowadzony tak, jak powinien zostać poprowadzony.

I teraz rzecz najważniejsza. O ile na początku mojej przygody widziałam Świat Dysku bardziej jako błyskotliwe popkulturowe hocki-klocki, znakomicie napisane, ale jednak głównie humorystyczne, to z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej mądrości. Humor oczywiście pozostaje, bez niego to zupełnie nie to samo — ale „Pasterska korona” jest wybornym przykładem książki po prostu mądrej, taką zwykłą-niezwykłą życiową mądrością. Że trzeba pozostać sobą, bo wtedy jest się najbardziej autentycznym… i skutecznym. Że choć w głowie kłębią się Pierwsze i Drugie (a czasem nawet Trzecie) Myśli, podpowiadając zupełnie sprzeczne auto-opinie, to trzeba zagryźć zęby i robić tak, żeby było przyzwoicie. Że trzeba mieć jakiś cel w życiu i coś do roboty, nawet, gdy będzie to zwykła szopa. Bo jeśli jedyna aktywność, jaką podejmuje się w ciągu dnia, to podniesienie nóg, kiedy żona zamiata podłogę, to jest z nami raczej słabo. Nawet nie wiecie, cholera, jak to mi dało to myślenia — może nie ta szopa konkretnie, ale całokształt.

Sir Terry, dziękuję. Znów i zawsze.

PS. Ślę stosowne podziękowania za ebook (podziękowania wiezione miotłą, rzecz jasna) wydawnictwu Prószyński i S-ka!
PPS. Było jeszcze co najmniej z pięć różnych cytatów, które chciałam upchnąć do powyższego tekstu, ale po namyśle zrezygnowałam – sami znajdźcie swoje ulubione. Mądre, dowcipne, słodko-gorzkie, każde.

Mości panowie, kupą na Śląsk, czyli trylogia husycka vol. 2

Boży bojownicyŻadne korki w Krakowie mi niestraszne, ba, nawet nie odczułam czasowego zamknięcia kluczowego dla mnie odcinka linii tramwajowej. Wszystko to dzięki rowerowym wycieczkom, bo całe to zamieszanie remontowo-korkowo-samochodowe elegancko omijam. No, chyba, że pada. Niemniej, abstrahując od pogody, jazda rowerem posiada jeszcze jeden atut: można spokojnie słuchać audiobooków. Innymi słowy, mknę wzdłuż Błoń, a tak naprawdę właśnie przechadzam się ulicami Pragi i pukam do drzwi apteki, w której zbierają się mistrzowie magii. Czasem tylko, jak spotykam kogoś znajomego, muszę szybko wyskoczyć z tego innego świata, co z reguły dość zabawnie wychodzi: wyplątuję się ze słuchawek, tłumacząc „czekaj, czekaj, bo ja jestem na polu bitwy”. A bitew imię – legion!

Tym oto wstępem przechodzę do „Bożych bojowników” czyli to drugiego tomu trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego w epickim (tak, tak) wydaniu słuchowiskowym. Za sprawą znanego już nam trio – impulsywny a uparty Reynevan, cyniczny demeryt Szarlej oraz  skrywający potężną tajemnicę Samson Miodek – wpadamy w sam środek wojen husyckich, targających Śląskiem. Sam Reynevan co i rusz wpada w tarapaty, choć trzeba przyznać, że nie zawsze z własnej winy. Ale cóż, kiedy jasno a z przekonaniem opowiada się za sprawą Kielicha i pragnie dla sprawy działać… wojna jest wojna i nie ma na to rady. Ergo Śląsk Anno Domini 1427 znów staje się areną, na której ścierają się religie, herezje, armie, oddziały zorganizowane, osoby zupełnie prywatne, Inkwizycja oraz magiczna konfraternia. Reynevan, rzecz jasna, a z nim Szarlej i Samson podążają na sam środek ten areny. A jak gdyby było mało tych wyzwań, Reynevan będzie musiał odnaleźć odpowiedź na szalenie ważne pytanie: czy poświęcić sprawę dla miłości, czy miłość dla sprawy?

Reżyser słuchowiska, Janusz Kukuła, określa trylogię husycką jako połączenie Sienkiewicza z Tolkienem – i fakt, to mariaż imponującej historycznej narracji i umiejętnie poprowadzonych wątków fantastycznych. Może i tych czarów wśród „Bożych bojowników” znajdzie się nieco mniej niż w „Narrenturmie”, przynajmniej mniej czarownic, a więcej ceremonii wysokiej magii. Jednak drugi tom to dla mnie przede wszystkim kampania wojenna, okrutna, krwawa i prześcigająca się w okrucieństwach każdej ze stron (ot, spalmy te wioski, będzie wygodniej walczyć w nocy przy świetle ognia). Te dwie partie „małżeńskie” doskonale ze sobą u Sapkowskiego współgrają.

Raz jeszcze dodam, że produkcja słuchowiska jest znakomita. Wybornie zagrana, klimatycznie wyprodukowana (muzyka, efekty, wszystko). Plus wyjątkowo zabawnie ogląda się wszystkie ujęcia „z planu” – o ile filmowe making of często daje zabawną konfrontację elementów bardzo współczesnych z bardzo niewspółczesnymi (greenbox i elfy), to w tym przypadku uderzyło mnie, jak o ogromną wyobraźnią muszą dysponować aktorzy. Bo nawet elf w greenboxie posiada jakiś tam strój, a tutaj dysponujemy li i jedynie mocą swojego głosu. Podziwiam i głosy, i całokształt – i zgrywam na odtwarzacz tom trzeci.

[tl;dr]Boży bojownicy maszerują na Śląsk i będą z tego same nieszczęścia. Ale jak opisane! Jak zagrane!

PS. Znów, Tata-Malita pożyczył wszystkie Bojownikowe płyty.