Kroniki Jaaru, czyli spora dawka magii

Nie da się ukryć, że raz na jakiś czas potrzebna jest w życiu powieściowa dawka smoków i/lub czarownic. Wiedźmio-magiczne opowieści czytam zawsze chętnie (ostatnio na przykład z ukierunkowaniem słowiańskim), łącznie z tymi skierowanymi do raczej młodszego czytelnika (a potem realizuję misję edukacyjną, pożyczając je dzieciakom w rodzinie). I właśnie w tej kategorii plasuje się pierwsza część „Kronik Jaaru” Adama Fabera, czyli „Księga Luster” – historia początkującej wiedźmy imieniem Kate i mieszkańców magicznego świata. Continue reading „Kroniki Jaaru, czyli spora dawka magii”

Boginie już nie mieszkają w Žítkovej

Bardzo, bardzo dawno temu przeczytałam gdzieś recenzję powieści „Boginie z Žítkovej” autorstwa czeskiej pisarki, Kateřiny Tučkovej, i wciąż gdzieś z tyłu głowy tkwiła mi myśl, że muszę ją kiedyś przyswoić w całości. Nie tak dawno temu natomiast w Book rage można było się zaopatrzyć w pakiet czeskiej literatury – i gdy zobaczyłam na liście „Boginie”, od razu pośpieszyłam nabyć cały komplet, po czym… kompletnie Continue reading „Boginie już nie mieszkają w Žítkovej”

Gdy odchodzą czarownice, czyli pożegnanie ze Światem Dysku

Właściwie to planowałam tylko wspomnieć słów parę w cyklu #DziełaZebrane, ale wyszło inaczej. Czasem po prostu siada się do pisania, a słowa same spływają spod palców. Z reguły dzieje się tak przy książkach wyjątkowych – a „Pasterska korona”, ostatnia powieść Świata Dysku sir Terry’ego Pratchetta jest książką wyjątkową. Ze wszech miar. Bardzo się cieszę, że mogliśmy ją przeczytać, choć, jak dowiadujemy się z posłowia – „nadal nie była ukończona całkiem tak, jak by sobie tego życzył [autor]”.

„Pasterska korona” jest dla mnie o tyle osobista, że po pierwsze traktuje o czarownicach, a po drugie, to pożegnanie też z moją ulubioną Dyskową postacią – babcią Weatherwax. Nie powiem, otwarcie książki mocno mnie przygnębiło, niemniej: taka kolej rzeczy. Jak powiedziała Niania Ogg, „my, czarownice, niedługo nosimy żałobę. Wystarczą nam szczęśliwe wspomnienia. To one są cenne”. A gdy zabraknie babci, która była przywódczynią-wiedźm-które-co-prawda-przywódczyń-nie-mają-ale-gdyby-miały-to-byłaby-nią-babcia… cóż, różne rzeczy mogą się zdarzyć. Granica między Krainą Baśni a spokojną Kredą i sielskim Lancre staje się niebezpiecznie cienka, ustalenie nowych porządków czarowniczych zajmuje trochę czasu i wysiłku, a Tiffany Obolała, dziedzicząca po babci chatkę i przywództwo-którego-właściwie-nie-ma, będzie musiała nie tylko zdwoić czarownicze wysiłki, ale też podjąć nowe wyzwania i dojść do ładu z samą sobą – bo określenie, kim się jest naprawdę, to bardzo trudne zadanie.

Nie bez przyczyny czarownice to moje ulubione postaci w Świecie Dysku. Nie chodzi tylko o sam fakt, że wiedźmy wszelkiego kalibru mają u mnie sympatię zapewnioną na dzień dobry, ale chodzi o specyficzną czarownicy dyskową konstrukcję. Otóż u Pratchetta mag składa się z laski, spiczastego kapelusza, szat oraz nadziei, by nigdy nie musieć robić czegoś naprawdę magicznego. Czarownica natomiast składa się z miotły, spiczastego kapelusza oraz – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało – misji pomagania ludziom („Czarownictwo to męska robota. Dlatego trzeba do niej kobiet” wzdycha pewnego razu Tiffany). Bycie wiedźmą to męczące, niewdzięcznie i najczęściej mało magiczne powołanie. Bardzo trafne ujęcie tematu. Bardzo… życiowe.

Takich trzech, jak nas dwie, to nie ma ani jednej.

Zresztą wszystko w tej książce jest takie, jak być powinno. Od spotkania ze starymi przyjaciółmi, jak odwieczna  Niania Ogg (zakonserwowana przez życie i inne używki tak, że Śmierć nierychło zapuka do jej rezydencji), aż do poznania nowych znajomych, jak Geoffrey, który udowadnia, że jak się chce, to można, a wręcz trzeba. Nawet jeśli pół świata uważa inaczej. Skore do nieustannej bitki hordy Nac Mac Feeglów przynoszą odpowiednią ilość groteski, a wątek królowej elfów – poznającej ludzki świat – mógłby rozwinąć się w ckliwy banał, ale został poprowadzony tak, jak powinien zostać poprowadzony.

I teraz rzecz najważniejsza. O ile na początku mojej przygody widziałam Świat Dysku bardziej jako błyskotliwe popkulturowe hocki-klocki, znakomicie napisane, ale jednak głównie humorystyczne, to z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej mądrości. Humor oczywiście pozostaje, bez niego to zupełnie nie to samo — ale „Pasterska korona” jest wybornym przykładem książki po prostu mądrej, taką zwykłą-niezwykłą życiową mądrością. Że trzeba pozostać sobą, bo wtedy jest się najbardziej autentycznym… i skutecznym. Że choć w głowie kłębią się Pierwsze i Drugie (a czasem nawet Trzecie) Myśli, podpowiadając zupełnie sprzeczne auto-opinie, to trzeba zagryźć zęby i robić tak, żeby było przyzwoicie. Że trzeba mieć jakiś cel w życiu i coś do roboty, nawet, gdy będzie to zwykła szopa. Bo jeśli jedyna aktywność, jaką podejmuje się w ciągu dnia, to podniesienie nóg, kiedy żona zamiata podłogę, to jest z nami raczej słabo. Nawet nie wiecie, cholera, jak to mi dało to myślenia — może nie ta szopa konkretnie, ale całokształt.

Sir Terry, dziękuję. Znów i zawsze.

PS. Ślę stosowne podziękowania za ebook (podziękowania wiezione miotłą, rzecz jasna) wydawnictwu Prószyński i S-ka!
PPS. Było jeszcze co najmniej z pięć różnych cytatów, które chciałam upchnąć do powyższego tekstu, ale po namyśle zrezygnowałam – sami znajdźcie swoje ulubione. Mądre, dowcipne, słodko-gorzkie, każde.

Mości panowie, kupą na Śląsk, czyli trylogia husycka vol. 2

Boży bojownicyŻadne korki w Krakowie mi niestraszne, ba, nawet nie odczułam czasowego zamknięcia kluczowego dla mnie odcinka linii tramwajowej. Wszystko to dzięki rowerowym wycieczkom, bo całe to zamieszanie remontowo-korkowo-samochodowe elegancko omijam. No, chyba, że pada. Niemniej, abstrahując od pogody, jazda rowerem posiada jeszcze jeden atut: można spokojnie słuchać audiobooków. Innymi słowy, mknę wzdłuż Błoń, a tak naprawdę właśnie przechadzam się ulicami Pragi i pukam do drzwi apteki, w której zbierają się mistrzowie magii. Czasem tylko, jak spotykam kogoś znajomego, muszę szybko wyskoczyć z tego innego świata, co z reguły dość zabawnie wychodzi: wyplątuję się ze słuchawek, tłumacząc „czekaj, czekaj, bo ja jestem na polu bitwy”. A bitew imię – legion!

Tym oto wstępem przechodzę do „Bożych bojowników” czyli to drugiego tomu trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego w epickim (tak, tak) wydaniu słuchowiskowym. Za sprawą znanego już nam trio – impulsywny a uparty Reynevan, cyniczny demeryt Szarlej oraz  skrywający potężną tajemnicę Samson Miodek – wpadamy w sam środek wojen husyckich, targających Śląskiem. Sam Reynevan co i rusz wpada w tarapaty, choć trzeba przyznać, że nie zawsze z własnej winy. Ale cóż, kiedy jasno a z przekonaniem opowiada się za sprawą Kielicha i pragnie dla sprawy działać… wojna jest wojna i nie ma na to rady. Ergo Śląsk Anno Domini 1427 znów staje się areną, na której ścierają się religie, herezje, armie, oddziały zorganizowane, osoby zupełnie prywatne, Inkwizycja oraz magiczna konfraternia. Reynevan, rzecz jasna, a z nim Szarlej i Samson podążają na sam środek ten areny. A jak gdyby było mało tych wyzwań, Reynevan będzie musiał odnaleźć odpowiedź na szalenie ważne pytanie: czy poświęcić sprawę dla miłości, czy miłość dla sprawy?

Reżyser słuchowiska, Janusz Kukuła, określa trylogię husycką jako połączenie Sienkiewicza z Tolkienem – i fakt, to mariaż imponującej historycznej narracji i umiejętnie poprowadzonych wątków fantastycznych. Może i tych czarów wśród „Bożych bojowników” znajdzie się nieco mniej niż w „Narrenturmie”, przynajmniej mniej czarownic, a więcej ceremonii wysokiej magii. Jednak drugi tom to dla mnie przede wszystkim kampania wojenna, okrutna, krwawa i prześcigająca się w okrucieństwach każdej ze stron (ot, spalmy te wioski, będzie wygodniej walczyć w nocy przy świetle ognia). Te dwie partie „małżeńskie” doskonale ze sobą u Sapkowskiego współgrają.

Raz jeszcze dodam, że produkcja słuchowiska jest znakomita. Wybornie zagrana, klimatycznie wyprodukowana (muzyka, efekty, wszystko). Plus wyjątkowo zabawnie ogląda się wszystkie ujęcia „z planu” – o ile filmowe making of często daje zabawną konfrontację elementów bardzo współczesnych z bardzo niewspółczesnymi (greenbox i elfy), to w tym przypadku uderzyło mnie, jak o ogromną wyobraźnią muszą dysponować aktorzy. Bo nawet elf w greenboxie posiada jakiś tam strój, a tutaj dysponujemy li i jedynie mocą swojego głosu. Podziwiam i głosy, i całokształt – i zgrywam na odtwarzacz tom trzeci.

[tl;dr]Boży bojownicy maszerują na Śląsk i będą z tego same nieszczęścia. Ale jak opisane! Jak zagrane!

PS. Znów, Tata-Malita pożyczył wszystkie Bojownikowe płyty.

Takie tam, ze Śląska, czyli trylogia husycka vol. 1

https://i2.wp.com/static.audioteka.com/pl/images/products/andrzej-sapkowski/narrenturm-duze.jpgDziś lubię sobie myśleć, że cała moja bardziej dojrzała przygoda z czytaniem zaczęła się od „Ostatniego życzenia” Andrzeja Sapkowskiego (do dziś podziwiam decyzję Mamy-Mality, która przejrzała tom i zezwoliła na lekturę, choć miałam dopiero jakieś 12 lat). Tysiące stronic później – po sadze o wiedźminie, trylogii husyckiej, esejach, wywiadach, nawet po tej wpadce, jaką była „Żmija” – AS pozostaje dla mnie geniuszem prowadzenia historii, intertekstualnych nawiązań, smakowitego stylu i erudycji wbijającej w siedzenie. Więcej, mistrzu, nie krępuj się. Niemniej, Sapkowską historię o husytach postanowiłam poznać raz jeszcze, tym razem w wersji słuchanej – ot, tęskniło mi się za audiobookami, a „Narrenturm” leżał na półce czas bardzo długi.

Tym razem to nie byle nagranie, w którym kojący głos jednego lektora prowadzi słuchacza przez kolejne rozdziały. „Narrenturm” to mocarnie wielkie słuchowisko, z ponad setką głosów i dźwięków. Całość reżyseruje Janusz Kukuła, występuje plejada polskich aktorów i mistrzowie sztuki radiowej, gra w tle ogrom efektów dźwiękowych i muzyka skomponowana przez Adama Skorupę. Wszystko to składa się na nieprawdopodobny efekt, pozwalający na zanurzenie się w mroki średniowiecza. Rozmach iście jak na polu bitwy (zerknijcie tutaj na coś na kształt making-of, moment nagrywania walki zaiste bezcenny, załapały się też moje ukochane czarownice).

Więcej, punkt wyjścia do tego niezwykłego audio-dzieła jest równie niezwykły: Sapkowski, przekopując się przez całe biblioteki, popełnił powieść wielce bogatą, z pietyzmem odtwarzając realia piętnastowiecznego Śląska, Czech, Polski. Przewodnikiem po tym świecie jest młody Reinmar z Bielawy, zwany Reynevanem, młodzian wykształcony (w medycynie i w magii, to ważne) i zakochany po uszy. Jego namiętność do atrakcyjnej, acz zamężnej Burgundki Adeli sprowadzi na niego szereg nieszczęść i turbacji, będą ucieczki, oskarżenia o czary, nowi wrogowie i nowi przyjaciele. Wszystko zaś w niespokojnej wielce scenerii roku Pańskiego 1425, kiedy to w Czechach umacnia się husycka herezja, a niezmordowane oddziały taborytów i Sierotek podejmują coraz to nowe wyprawy. Na Śląsku zaś katolicka strona konfliktu podejmuje wyprawę krzyżową na heretyckich husytów, gromadzi ludzi (łącznie z rębajłami pokroju raubritterów) i fundusze (te, jak wiemy, lubią ginąć niespodziewanie po drodze). A w sam środek tych politycznych rozgrywek tudzież walk o władzę i o wiarę (choć często to jedna i mocno krwawa walka) wpada Reynevan, nieznośnie uparty i buńczuczny (doskonale, skądinąd, odgrywany przez Lesława Żurka). Zemsta i miłość, dwie pasje targające duszą Reinmara, nie przyniosą raczej spokojnego biegu akcji. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie majaczy złowroga Wieża Błaznów – Narrenturm, tymczasowe więzienie Świętej Inkwizycji…

Vozový šik
Husyckie wojska i wozy bojowe, raz.

Obfitość postaci historycznych i odtworzenie realiów – to jedno. Ale „Narrenturm” posiada też drugie, fantastyczne oblicze: oto demony i zmiennokształtni, wieszczki, czarownice i sabaty (moja dusza naukowca od czarownic aż skakała z radości przy opisie sabatu równonocy jesiennej, po prostu cudo!). Magia na XV-wiecznym Śląsku działa, aż miło – zarówno dzięki odpowiednio wyedukowanym na księgach adeptom, jak i raczej… naturalnie ku tego sposobionym istotom. Tych drugich jednak zostało już bardzo niewiele – a niektóre z fantastycznych stworzeń widzą w husytach także i swój ratunek.

Jako się rzekło, „Narrenturm” już przyjęłam w wersji papierowej (Bardzo Dawno Temu), ale z przyjemnością wróciłam do tej historii. I chyba nawet lepiej mi się słuchało, niż czytało – zdecydowanie łatwiej zapamiętać i rozróżnić mnogość bohaterów, gdy do każdego przypiszemy konkretny głos. Przy okazji odkryłam (tryb Kolumba: mode on), że sprzątanie z audiobookiem w uszach świetnie wychodzi – zwłaszcza, jak trzeba odgruzować dom po remoncie. Na samą kuchnię poszło pięć rozdziałów i już zawsze mycie szafek będzie mi się kojarzyło ze sceną egzorcyzmów…

Ergo: w audiobookowym„Narrenturmie” w parze idzie ze sobą doskonały materiał (czyli proza Sapkowskiego) i doskonała forma (megaprodukcja, zaiste mega). Innymi słowy, znakomita powieść historyczna w godnej swojej znakomitości oprawie.

[tl;dr] Epicko fantastyczna produkcja: Sapkowski, husyci, magia i średniowieczny Śląsk. Oklaski na stojąco!

PS. Tata-Malita pożyczył wszystkie płyty.
PPS. A tu możecie posłuchać początku „Narrenturmu”. Łącznie z miłosnymi uniesieniami Adeli von Stercza.

Seks, betel i czary – Wyspy Trobrianda sto lat po Malinowskim

Kiedy dawno, dawno temu natknęłam się na tę książkę w księgarni, zachłysnęłam się genialnością tego pomysłu – pojechać na Trobriandy śladami Malinowskiego, ach, to lepiej niż płynąć do Indii śladem Kolumba! Natychmiast odżyły mi w głowie wszystkie te stronice o ogrodach koralowych, wymianie kula i magii na drugim końcu świata, przeczytane na pierwszym roku w ramach poznawania podstaw antropologii. Bo wiecie, moi drodzy, jak Słowackim wielkim poetą był, tak Bronisław Malinowski wielki antropologiem był. Ba, ojcem antropologii terenowej! Ów drobny badacz w okularach wstał zza biurka i ruszył w teren. Dosłownie. Sto lat temu, przez łącznie prawie dwa lata, mieszkał wśród Kiriwińczyków na Trobriandach (dziś: Papua-Nowa Gwinea). Chodził, pytał (w tambylczym języku), fotografował, starał się być jak najbardziej obiektywny, zbierał legendy i opowieści, dokumentował obrzędy i rytuały. Po czym opublikował swoje badania w kilku pracach, wykazując przy tym zmysł marketingowo-reklamowy: jedną z nich zatytułował „Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”.

Do tej pracy bezpośrednio nawiązuje Aleksandra Gumowska w podtytule swojego reportażu: „Życie seksualnej dzikich sto lat później”. Sam podtytuł, wraz z trzema tytułowymi słowami (seks, betel i czary – znów wracamy do zmysłu marketingowo-reklamowego), doskonale oddaje zawartość tej książki. Autorka dwukrotnie odwiedziła Kiriwinę, w tym wieś Omarakana, gdzie sto lat wcześniej badał terenowo Malinowski i jakby wskoczyła w jego czarno-białe zdjęcia: bo niby zmieniło się wszystko, a właściwie nie zmieniło się nic.

Malinowski wśród Trobriandczyków, 1918 rok

Aleksandra Gumowska, reporterka i dziennikarka, zdążyła zwiedzić kawał świata, zanim wybrała się na Trobriandy (łodzią z głównej wyspy Papui-Nowej Gwinei, dodajmy, nie poleca). Tam, bardzo gościnnie przyjęta przez wodza Omarakany, zamieszkała w chacie z liści i otrzymała stosowne imię. „Krewna Malinowskiego”, szeptali autochtoni, którzy doskonale wiedzą, kim był polski antropolog. Autorka podąża jego śladami nieustannie, zwiedzając Kiriwinę i sąsiednie wyspy, poszukując podobieństw do czasów Malinowskiego i odkrywając ten niezwykły świat. Świat bez prądu i kanalizacji, bez telefonu i bez wychodków. Gdzie swoboda obyczajowa wśród młodzieży wciąż dorównuje legendzie, ukutej przez Malinowskiego. Gdzie wciąż działają czarownicy (za odpowiednią opłatą rzucą zaklęcie na wrogą osobę), a czarownice – zwane mulukwausi – mogą przybrać postać kogoś bliskiego. Skądinąd, Malinowski miał cudowny sposób na nocne wiedźm odstraszanie, Wagnerowsko-wulgarny, strona 161 dla chętnych.

Sielska Wyspa Miłości, bo tak czasem określana jest Kiriwina, ma jednak swoje ciemne strony i autorka nie waha się pokazać ich palcem – od AIDS, przez nieudolność opieszałych urzędników, po upadek władzy wodzowskiej, dotychczas spajającej wszystko w jeden stabilny organizm. Tak, Zachód zawitał na Trobriandy i wcale nie pomaga tambylcom. Jak gorzko zauważa siostra Valentina, zakonnica mieszkająca na Kiriwinie, Zachód przynosi zmianę, nie rozwój: „Rozwój to coś, co wzrasta powoli, ale pozostaje. Tutaj jest raz lepiej, raz gorzej. To zmiany – nagłe i krótkotrwałe”.

https://i1.wp.com/ocdn.eu/images/pulscms/Mzk7MDQsMCw3NCw0NTAsMjZkOzA2LDMxNCwxYmM7MGMsMTQwYjFjZmU3ZjBhYzUyZWRjMDEwZDcwOTc4ZTg0YmUsMSwxLDYsMA__/a1dad0eeed70e81e8032f5406d6ee25d.jpg
Tak się tańczy kasawagę tomanabweta, czyli taniec zwany przystojnym. Fot.Aleksandra Gumowska

Jak wiecie, nie jestem reportażowa, ale tutaj nie szczędzę zachwytów. Z dwóch powodów. Po pierwsze, do Malinowskiego mam duży sentyment: on wywodził się z Krakowa i zahaczył o moją Alma Mater, a ja z rozrzewnieniem wspominam pierwszy semestr na kulturoznawstwie, kiedy pracowicie wkuwaliśmy schemat rytualnej wymiany kula (do dziś pamiętam, że „raz w kula, zawsze w kula”, że naszyjniki z czerwonej muszli krążą po wyspach zgodnie ze wskazówkami zegara, a naramienniki z muszli białej odwrotnie). Ergo miło było wrócić do tych opowieści i poczytać coś na kształt ciągu dalszego. Po drugie, Aleksandra Gumowska zapewnia kolory opowieściom i fotografiom słynnego antropologa – dosłownie i w przenośni, bo w książce znajdziemy zestawienia zdjęć „dawniej i dziś”. To jak tchnięcie nowego życia w dawne dzieje, fascynująca wyprawa do przeszłości i teraźniejszości jednocześnie. Czasem zabawna, czasem przykra, czasem przerażająca. Nie jest to li i jedynie jednak analiza porównawcza, ale żywa opowieść o własnej podróży, bardzo barwnie napisana.

Na pewno ci, którzy znają choć trochę dzieła Malinowskiego, będą mieć więcej frajdy z „Seksu, betelu i czarów” (pierwotnie stało tu tylko pierwsze słowo z tytułu, ale nie brzmiało to jakoś specjalnie mądrze). Co nie znaczy, że prerekwizytem do lektury powinny być dzieła zebrane Bronisława M., wręcz przeciwnie. Czytajcie bez prerekwizytów, bo Wyspy Trobrianda to miejsce, które warto odwiedzić i dziś. Chociaż czytelniczo.

[tl;dr] Sto lat po słynnym antropologu. Seks, betel, czary – still applies. Warto!

PS. Ok, jedna mała prerekwizytowa sugestia. Bardzo zacny artykuł o Malinowskim, jego badaniach i jego dziennikach (a wyłonił się z nich zupełnie inny człowiek, niż można sądzić po oficjalnych pracach naukowych) – tu, na stronie National Geographic.
PPS. Wywiad z autorką i kilka zdjęć – tuże!

Błogie baśniowe ukontentowanie

Od jakiś dwóch miesięcy ogromnie cniło mi się za jakąś tłusta fantastyczną książką, taką, co wciągnie w świat, zachwyci bohaterami tudzież fabułą i pozostawi uczucie błogiego ukontentowania, jak po trzech talerzach rosołu w mroźny dzień. Panie, panowie, dlaboga. Naomi Novik to jest jedyny słuszny kierunek. A konkretniej, „Wybrana”, którą planowałam kupić na krakowskich Targach Książki, ale myszkovska obiecała mi pożyczyć (przy naszych podróżach na linii Kraków-Warszawa wiele książek zmienia tymczasowych właścicieli). Teraz już właściwie nabrałam pewności, że chcę mieć własny egzemplarz.

Ale o co chodzi, zapytacie. Otóż chodzi o Bór, niebezpieczne skupisko dziwacznych drzew i  potworów między królestwami Polnii i Rusji. Bór, niczym świadomy i niebezpieczny wróg, pochłania kolejne osiedla, zsyłając szaleństwo na ludzi i skażenie na plony. Mieszkańcy wiosek leżących na skraju Boru nie chcą jednak opuszczać swoich domów, wierząc w opiekę, którą zapewnia im potężny czarodziej zwany Smokiem. Raz na dziesięć lat Smok wybiera z owych wiosek dziewczynę, którą zabiera do swojej wieży – krąży dużo mniej lub bardziej wybrednych plotek o charakterze służby w domostwie Smoka, ale wiadomo jedno: czarodziej preferuje osoby niezwykłe, wyróżniające się w lokalnej społeczności. Gdy zbliża się kolejny rok wyboru, wszyscy mieszkańcy są przekonani, że tym razem do Smoczej wieży trafi wielkiej urody Kasia, od dzieciństwa szykowana do tej służby. Najbardziej niepocieszona tym faktem jest jej najlepsza przyjaciółka, Agnieszka, dziewczę dość roztrzepane, o niebywałym talencie do tytłania się w błocie i darcia każdej sztuki odzieży. Nie muszę mówić, że Smok w umówionym dniu dokonuje zupełnie nieoczekiwanego wyboru…

To zaledwie zalążek tej niezwykłej opowieści, bo nie chodzi li i jedynie o historię krnąbrnej wieśniaczki, która trafia do czarodziejskiego domostwa. O nie. Agnieszka uruchomi (mniej lub bardziej świadomie) całą lawinę zdarzeń, która poprowadzi czytelników do stolicy królestwa, Kralii, otrze się o politykę międzynarodową i widmo wojny, a przede wszystkim – pozwoli odkryć tajemnicę Boru. Skądinąd, ten niepokojący, wynaturzony las nieodmiennie przywodził mi na myśl Strefę X — ale tu konwencja jest diametralnie inna, baśniowość zawieszona gdzieś w pół drogi między opowieściami o Babie Jadze a klimatem w stylu Ursuli Le Guin. Naomi Novik, zrodzona z matki Polki, wychowała się na polskich baśniach i wielkiej fantastyce pióra Tolkiena i to jej wychowanie widać w „Wybranej”.

Gdzieś po trzydziestu stronach przepadłam totalnie. Wszystko w tej książce jest. Magia i czarownice i księgi i zaklęcia i quest i niezwykłe stworzenia i miłość taka niełopatologiczna i smok nawet. A właściwie Smok.

A, co mi tam, idę sobie jeszcze raz przeczytać zakończenie.

PS. Dzięki, myszkovsko.
PPS. Oklaski dla tłumacza, Zbigniewa Królickiego, który przełożył „Wood” jako Bór.
PPPS. I jeszcze film będzie!