Archanioł śmierci i czarna wdowa, czyli Allon, czyli Silva

Specjalnie pożyczyliśmy rowery w Tel Awiwie, żeby się szybciej dostać na Bulwar Króla Saula – siedzibę Biura.

Jak wiecie, gdy mam do wyboru: smoki czy detektywi, zazwyczaj wybieram to pierwsze. Niemniej dobra sensacja, to znaczy wciągające powieści detektywistyczne i/lub szpiegowskie, raz na jakiś czas znakomicie wpływa na poziom czytelniczego zadowolenia. Jest kilku „dochodzeniowców”, których lubię – jednym z tych „naj” jest Cormoran Strike, na przykład – ale wśród szpiegów i asów wywiadu ten „naj” jest tylko jeden. A imię jego Gabriel. Gabriel Allon. Continue reading „Archanioł śmierci i czarna wdowa, czyli Allon, czyli Silva”

Dzieła zebrane #8

Bardzo lubię pożyczać książki od rozmaitych znajomych i przyjaciół Królika (zwłaszcza, jeśli preludium do tego pożyczenia stanowi długie wystawanie przed półką, połączone z przeglądaniem, kartkowaniem, odstawianiem, skanowaniem wzrokiem etc.). Czasem jest to pożyczenie intencjonalne („masz tu czytaj”), czasem przebłagalne („mogę to pożyczyć? Mogę mogę mogęęęęęę?”), czasem przypadkowe/przechodnie („o skąd masz, pożyczyłaś? Mogę też?”) – mniejsza o to, grunt, że jest co czytać.

W ramach pożyczonych Dzieł Zebranych wpierw „Drzewo migdałowe” Michelle Cohen Corasanti, z którym (żebym nie powiedzieć „pod którym”) spędziłam pewne słoneczne przedpołudnie na tarasowej kanapie. Okoliczności czytania były owszem bardzo miłe, ale „Drzewo” skrywa historię szalenie trudną i przykrą – o konfliktach palestyńsko-izraelskich, widzianych oczami młodego, arcyzdolnego Ahmada, który wraz z rodziną żyje w nieustannym strachu o swój los. Wie, że wojsko może odebrać mu wszystko – dom, pracę, zdrowie, życie – a z terrorem wojny wygrać się nie da. Powiem tak: przyjęłam całość właściwie na jedno posiedzenie, ale przejście od eskalacji wszystkich nieszczęść do słodkiego zakończenia nie bardzo przekonuje. Nie chcę powiedzieć, że to zbyt naiwne, ale może zbyt proste.

A teraz rzutem w zupełnie inny klimat: „Tsugumi” Yoshimoto Banany (tak, to ta od „Kuchni”). Tym razem otrzymujemy lekko nostalgiczną opowieść Marii, która wspomina ostatnie lato spędzone w rodzinnym miasteczku nad morzem. Zajazd Rodziny Yamamoto, gdzie pracują ciotka i wujek Marii, był dla dziewczyny przez wiele lat domem… i nie tylko dla niej. Tytułowa Tsugumi, kuzynka Marii, prawie nie opuszcza miasteczka, gdyż przez całe życie cierpi na skomplikowaną chorobę, a widmo śmierci towarzysz jej krok w krok. Relacja obu dziewcząt, taka troszkę poplątana przyjaźń, stanowi punkt wyjścia do historii o dziecięcych psotach, miłostkach i kłótniach. Całość nie dorównuje dla mnie „Kuchni”, ale ma swoje momenty. Miałaby ich więcej, gdyby nie fatalny przekład, a właściwie łopatologiczne podejście tłumaczki, która uznała za konieczne wyjaśnianie w przypisie każdego – KAŻDEGO – japońskiego terminu czy obyczaju. Naprawdę, trochę byłam zniesmaczona, gdy objaśniano mi, czym jest sushi albo tatami (sic!). Więcej ufności w czytelnika. Nie mówiąc o radosnej konstatacji „Maitreya dla wyznawców New Age jest tym, kim dla chrześcijan Chrystus”. Zalecam przeoczać przypisy.

PS. Podziękowania wędrują w stronę myszkovskiej oraz Natalii.

„Kabalista” Geert Kimpen

J„Kabalista” Geert Kimpenedną z największych zalet pisania o literaturze jest to, że jedna książka prowadzi w sposób naturalny tudzież przewidywalny do drugiej – to może też być zgubne, wszak owo prowadzenie idzie w setki nowych potencjalnie świetnych lektur, ale mniejsza o to. W każdym razie, pojawia się jakiś ciąg mniej lub bardziej logicznych skojarzeń, które kierują do kolejnej powieści. I tak „Gołębiarki” zaprowadziły mnie do „Kabalisty” (poziom symbolicznych interakcji… drżyjcie interpretatorzy!).

Rzecz dzieje się w XVI wieku w Safedzie (dzisiejsza Palestyna), gdzie bije serce myśli kabalistycznej. Młody a ambitny Chaim Wital przeszedł od zapalonych prób alchemicznych (nieudanych) do kabały, która jawi mu się jako droga do zaszczytów, sławy i ogólnie pojętego spełnienia. Po śmierci swego dotychczasowego nauczyciela dość nieoczekiwanie trafia do mocno nietuzinkowego mistrza, Izaaka Lurii. Miała być sława i chwała, a jest krew, pot, zawiść i zawiedzione nadzieje – w każdym razie, bardzo burzliwa to relacja. Zwłaszcza, że Chaim zakochuje się bez pamięci w córce Izaaka, Francesie, a będzie to miłość zgubna i eksplodująca zakazaną namiętnością. W pakiecie do tej miłości mistyczne rozważania, 72 imiona Boga, zadry i zazdrości z przeszłości, zaraza, Arka Przymierza i jeden prawie-że-samozwańczy Mesjasz: nie można odmówić Autorowi rozmachu.

Kimpen bynajmniej nie siadł i nie wymyślił wszystkiego ex nihilo, o nie. Zarówno Chaim, jego mistrz Izaak czy choćby sędzia Karo istnieli naprawdę, a księga spisana przez Chaima, „Drzewo życia”, do dziś pozostaje arcyważnym pismem kabalistycznym. „Kabalista” reprezentuje starą, dobrą tradycję pisarską „jak to było naprawdę”, czyli na gruncie faktycznych wydarzeń snujemy historię intrygującą, wciągającą i naprawdę zacną. Co prawda, czytałam rzecz mocno na wyrywki – ech ech milijon zobowiązań pozostałych – i trochę się gubiłam, zapominałam, zapętlałam. Ale gdyby siąść i przeczytać na spokojnie w dwa dni, byłoby idealnie.

Ps. Dziękując Wojtkowi.

„Dzieci naszej dzielnicy” Nadżib Mahfuz

„Dzieci naszej dzielnicy” Nadżib MahfuzJeśli chodzi o ukierunkowanie kulturoznawcze na wschód, to preferuję ten dalszy – Japonia, Chiny, Korea, wiadomo. Niemniej, Bliski Wschód i szeroko pojęta kultura arabska niesie ze sobą zupełnie inny wymiar egzotyki – barwny i splątany. Swego czasu zachwycałam się książkowym Marokiem, teraz przyszła pora na Egipt, i to w jak najlepszym wydaniu.

Nadżib Mahfuz został uhonorowany w 1988 roku nagrodą Nobla za trylogię kairską; Kair w ogóle w jego twórczości odgrywa niebagatelną rolę. Miejska metafora wyznacza też tok opowieści w „Dzieciach naszej dzielnicy”, książki mocno alegorycznej, napisanej przeszło 50 lat temu, a wydanej w Polsce dopiero teraz. I kontrowersyjnej, trzeba przyznać, bo stała się przyczynkiem do rozlicznych ataków na pisarza, a nawet próby zamachu. Bez niej nie byłoby słynnych „Szatańskich wersetów” Rushdiego.

Całe zamieszanie wzięło się z tego, że na kartach powieści Mahfuz przedstawia religijną historię ludzkości od samego zarania dziejów. Oto Al-Dżabalawi, który na pustkowiu buduje wspaniałą Posiadłość. Powierza zarządzanie wakfem – można to luźno przetłumaczyć jako „majątek” – swemu najmłodszemu synowi, Adhamowi. Najstarszy syn, Idris, traktuje to jako zniewagę, sprzeciwia się ojcu i zostaje wygnany z Posiadłości. Ale i Adham okazuje się nie bez grzechu – uległszy namowom Idrisa i swej żony, postanawia zajrzeć do pilnie strzeżonej księgi z zapisem wakfu i Dziesięciu Warunków. Przyłapany na gorącym uczynku, również zostaje wygnany z rajskiej Posiadłości. Osiedla się u jej bram, żyjąc w nędzy i wychowując dwóch synów – Kadriego i Humama. Ale to nie koniec nieszczęść, bo gdy Adhamowi synowie dorosną, Kadri z zazdrości zabije Humama…

Wokół Posiadłości stopniowo narasta i rozbudowuje się dzielnica. Dzielnica, która miała być oazą spokoju, a którą kolejni futuwwowie (przywódcy) zamieniają w piekło. Długowieczny Al-Dżabalawi zamyka się za murami swej rezydencji i tylko raz na dwa-trzy pokolenia decyduje się objawić swoją wolę kolejnym wnukom: Dżabalowi, Rifa’ie, Kasimowi… trzej prorocy próbują zmienić życie dzielnicy na lepsze, ale trud to daremny. Nawet czwarty z proroków, magik Arafa – który nie ma swojego religijnego pierwowzoru – mimo swych czarodziejskich umiejętności nie potrafi skierować życia swych krajan na szczęśliwsze tory, a dzielnica znów pogrąża się w terrorze i przemocy.

Zachwycił mnie sam koncept, alegoria świata i religii jako dzielnicy. Kasim-pasterz, który żeni się z piękną Kamar, mocarny Dżabal, miłosierny Rifa’a, wypędzający ifrity z ludzi… nie dziwię się, że takie przedstawienie mogło wzbudzić gniew ortodoksyjnych wyznawców. Mahfuz-kronikarz porywająco przedstawia gorzkie koleje dziejów dzielnicy, nieustanny lęk i atmosferę nienawiści. Daje jednak małe światełko, wątłą, ale trwałą nadzieję na lepsze jutro – ma je przynieść powrót Hanasza, towarzysza Arafy. Dzieci naszej dzielnicy powtarzają więc sobie, że „niesprawiedliwość musi się skończyć – to pewne jak to, że po nocy następuje dzień. Nasza dzielnica ujrzy jeszcze kres tyranii oraz światło jutrzenki i cudów”*.

Czy nie wszyscy tak sobie obiecujemy?

PS. Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję wydawnictwu Smak Słowa.

* Nadżib Mahfuz, Dzieci naszej dzielnicy, przeł. Izabela Szybilska-Fiedorowicz, wyd. Smak Słowa, Sopot 2013, s. 558.

„Kawa” Božidar Jezernik

Nie wyobrażam sobie dnia bez kawy (najchętniej z mlekiem, miodem i cynamonem i/lub fusiastą). Ostatnio też lubuję się w antropologii codzienności, a z historii zawsze lubiłam opowieści o życiu codziennym i przedmiotach codziennego użytku. A książkę Jezernika upatrzyłam sobie już dawno, przeczytawszy – jeszcze w wakacje! – pozytywną recenzję tejże. To wszystko złożyło się na zakup „Kawy” na Targach Książki i tak od listopada sobie leżała i czekała. Ale doczekała się.

Jezernik, słoweński antropolog, na podstawie najróżniejszych źródeł historycznych, relacji, opowieści, listów i innych tekstów rekonstruuje historię kawy. Od szesnastowiecznej Mekki i arabskiej legendy o kozach, przez pierwsze europejskie kawiarnie, aż po ekonomiczne analizy współczesnego rynku kawiarskiego. Fascynujące jest to, jak na przestrzeni dziejów traktowano kawę – postrzegano ją jako szatański napój, panaceum na wszystkie bolączki, specyfik dla niewiast, truciznę, cudowny eliksir, pozwalający czuwać całą noc na modlitwie… wymieniać można bez końca. Od samych początków kawa – i kawiarnie! – budziły skrajne emocje, a setki zakazów i zaleceń władzy tak świeckiej, jak duchowej, nie dały rady wykorzenić zamiłowania do tego niezwykłego napoju. Zadziwiające, jaki ogromny wpływ na społeczności różnych czasów i narodów może mieć niepozorna niby filiżanka kawy. Szczegółów zdradzać nie śmiem, odsyłam do eseju.

Temat samograj, ale niektóre rozdziały mnie znużyły. Pierwsza połowa książki poświęcona jest głównie arabskiemu kręgowi kulturowemu, który nie należy do moim specjalnie ulubionych. Choć to bardzo ciekawe studium arabskiej mentalności – jest zasadność w tym, że Arabowie siedzą, piją kawę, palą fajkę i NIC nie robią. Nam, zabieganym Europejczykom, wydaje się to po prostu świętokradczym lenistwem, a jednak w tym szaleństwie jest metoda. Duże ciekawsze dla mnie były właśnie rozdziały o Europie (zarówno Włochy, Anglia jak i Francja przypisują sobie sprowadzenie kawy w te strony i powstanie pierwszej kawiarni). Polscy czytelnicy też znajdą miły swemu sercu akcent – bitwa pod Wiedniem miała duże znaczenie dla historii kawy! Z kolei fragment o Brazylii i momentami skomplikowane rozważania ekonomiczne nie zainteresowały mnie prawie wcale. Zatem, czasem słońce, czasem deszcz – czy raczej, czasem gorzka, a czasem z mlekiem i cukrem to lektura. Ale – jak to z kawą bywa – spróbować warto.

I jeszcze jedno – jakoś tak miewam, że do pewnych książek bardzo mi pasują konkretne płyty czy ogólnie klimat muzyki. Tutaj wyjątkowo dobrze zagrał mi krążek „Etno Cafe”. Za każdym razem, jak mi to gra w głośnikach, chce mi się tańczyć!

A książkę przeczytałam w ramach wyzwania „Z półki”.

„Nazista i fryzjer” Edgar Hilsenrath

Ta książka jest wstrętna. Pamiętacie, kiedyś pisałam o tej dziwnej fascynacji obrzydliwością? Otóż tu fascynacji nie będzie. Tutaj rzecz mogła się zdarzyć naprawdę.

Max Schulz, rocznik 1907, syn dziwki i pięciu ojców, pasierb gwałciciela dzieci, czystej krwi Aryjczyk, wygląda jak Żyd. Przeszedł długą drogę – od szczurołapa, przez terminatora w zakładzie fryzjerskim, po esesmana. Po wojnie przybiera nową tożsamość – podaje się za swojego przyjaciela, Icka Finkelsteina, rówieśnika, towarzysza zabaw, Żyda. Ludobójca Schulz aka Finkelstein udaje się do Palestyny, by tam budować nowe państwo. Będzie bojownikiem o wolność, bohaterem, uznanym fryzjerem, przykładnym Żydem. Podwójna tożsamość nie złamie go tak łatwo. Czy czuje wyrzuty sumienia, pragnie, by go zdemaskowano? Myślę, że tak – ale nie dlatego, że chce, by zatriumfowała moralna sprawiedliwość. Wydaje mi się, że jemu chodzi o docenienie jego geniuszu, sprytu, jak doskonale wcielił się w nową rolę.

„Bulwersująca perspektywa oprawcy”, pisali na okładce. Ohydne to jest. Wulgarne, obsceniczne. Schulz jakby był dumny z tego, co zrobił. Nie pojmuję tej książki. Sama nie wiem, co o tym myśleć, ciężko zebrać myśli w logiczną całość. Co nie zmienia faktu, że nie potrafiłam się od niej oderwać.

„Bękart ze Stambułu” Elif Şafak

„Stambuł to miszmasz dziesięciu milionów ludzkich żywotów. Otwarta księga z dziesięcioma milionami przemieszanych opowieści. Właśnie się budzi z niespokojnego snu, gotów pogrążyć się w chaosie godzin szczytu. Zbyt wiele będzie odtąd modlitw do wysłuchania, bluźnierstw do zauważenia, zbyt wielu grzeszników – a także niewinnych – do śledzenia”.

A „Bękart ze Stambułu” to miszmasz ludzkich historii. Tygiel etniczno-kulturowo-obyczajowy. Jest zatem rodzina Kazancı, złożona z samych kobiet: niepokorna Asya, jej piękna i równie niepokorna matka Zeliha, ciotka-wróżbitka Banu, ciotka-niepoczytalna Feride, ciocia-surowa Cevriye, babcia, prababcia… jedyny męski element, Mustafa Kazancı, wyemigrował do Stanów, gdzie ożenił się z Rose, rozwódką z dzieckiem. Mnie najbardziej ujęła ciocia Banu, która wędruje po domu z dwoma dżinami, Panią Słodką i Panem Gorzkim, którzy dają jej wgląd w różne tajemnice. Wszystkie postaci mają swoje bardzo konkretne – choć wzajemnie sprzeczne – poglądy i pomysły na życie, a jednak jakoś się to wszystko im trzyma. I oderwać się od lektury ciężko.

To rzecz smakowita także pod względem kulinarnym: panie Kazancı wiecznie coś gotują, a tytuł każdego rozdziału to nazwa przyprawy. Powieściowy Stambuł jest jak jedna wielka kuchnia, w której czasem coś się przypali, a czasem ktoś dosypie nieoczekiwanej przyprawy. I w tej cały kocioł przybywa Armanusz, przybrana córka Mustafy. Armanusz, lat dziewiętnaście, żyje w ciągłym rozdarciu osobowości – jej prawdziwy ojciec jest Ormianinem, a ojczym Turkiem. Armanusz zatem przez całe swoje życie zmuszona była kursować między domem matki i ojczyma (Ormianom mówimy stanowcze nie, Turkom tak) a domem ojca i całej jego rodzinki (Turkom mówimy stanowcze nie, Ormianom tak). By ukoić swoje tęsknoty, wyjeżdża do Stambułu, nic nie mówiąc żadnej z rodzin. A na miejscu próbuje zgłębić bardzo ważną dla Ormian kwestię: jak współcześni Turcy postrzegają ludobójstwo Ormian w latach 1915-1917. Czy wiedzą w ogóle?

„Bękart ze Stambułu” to bardzo złożona powieść. Z jednej strony część perypetii kwitowałam radosnym wybuchem śmiechu, a z drugiej strony poruszone są tematy trudniejsze: ludobójstwo, odpowiedzialność, nacjonalizm. Rozgoryczenie Ormian, niezrozumienie Turków. Do tego osobiste dramaty Armanusz, Zelihy, Mustafy. W pakiecie przepisy kulinarne, zestaw zasad mieszkanki Stambułu autorstwa Zelihy i nihilistyczny manifest Asyi. Ogółem, ciężko sklasyfikować tę powieść. Nieco rozczarowało mnie tylko zakończenie, bo spodziewałam się zupełnie czegoś innego po jednej z postaci – ale sza, nie zdradzę, spoilery są złe. Nie jest to lekka lekturka na odmóżdżenie, ale sięgnijcie po nią. Warto dla klimatu, jaki stworzyła Autorka.

Nb. Powieść z listy bestsellerów trafiła na wokandę – Elif Şafak, drugiej tureckiej literackiej gwieździe po Orhanie Pamuku, wytoczono proces o „obrazę i szkalowanie tureckości”. Autorce groziło do trzech lat więzienia. Sąd odrzucił oskarżenia.