Dzieła zebrane #9

Internety płoną od trzech dni o opowieściach o Targach Książki w Krakowie (łącznie z sarkaniem na wydarzenia równoległe, vide utrudnienia w ruchu z uwagi na sobotni półmaraton ze startem i metą w Tauron Arenie) – ja Targi obeszłam wczoraj, jako się rzekło, raczej truchcikiem, ale za to w wybornym towarzystwie. Była umowa: jeśli Myszkovska będzie kupować za dużo książków (dokładniej, więcej niż trzy), mam ją bić antologią polskiego reportażu. Najlepiej dwoma tomami naraz. Rezultat oczywisty, na trzech się nie skończyło ^^
Tymczasem – zebrało się z lektur minionych kilka Dzieł. Zebrano je oto: trochę miejsko, trochę kryminalnie, trochę biograficznie. Proszę się częstować!

Okładka książki AntipolisPrimo, „Antipolis” Tomasz Fijałkowskiego. Wymyślone miasta i opowieści o nich zajmują specjalne miejsce w Malitowym serduszku (nie mówiąc o tym, że czasem w myślach spaceruję po kilku własnych). Beszel i Al Qoma, Londyn Pod, Nieprzemijające Miasto… oj, wiele takich miejsc by się znalazło. Antipolis Fijałkowskiego, stolica Korony w alternatywnym polskim świecie roku 1936, również ma swój klimat. Może nie stanie się jednym z moich ulubionych, ale na jeden spacer może bym się i wybrała. Tylko niekoniecznie w tym samym czasie, w którym rozgrywa się akcja książki – bo zbliża się Zenit i kolejne manifestacje Innej Rzeczywistości targają metropolią. Ojj, będzie się działo… uciekać? Ależ skąd, należy wziąć głęboki oddech, zostać i czytać, bo dobre!

Okładka książki Koronkowa robotaSecundo,  „Koronkowa robota” Pierre Lemaitre’a. Rzadko mi się zdarza sięgać po kryminały, ale raz na jakiś czas przychodzi ochota i owszem, rzucam się. Rzuciłam się zatem na francuski kryminał, mianowicie Lemaitre’a, którego trylogia jest w Polsce wydana inteligentnie w porządku odwrotnym. Zaczęłam zatem od „Koronkowej roboty” (w tłumaczeniu numer 3, w oryginale numer 1). A rzecz kręci się wokół komisarza paryskiej policji, Camille’a Verhoevena, doskonałego gliny o duszy artysty i wzroście karła. On i jego zespół (zwłaszcza partner, nienaganny w manierach i ubiorze Louis, mój ulubieniec) będą musieli rozwiązać zagadkę kryminalna-literacką: gdyż seryjny morderca nawiązuje swoimi zbrodniami do powieści. Czy uda się odgadnąć, dlaczego, do jakich i skąd je bierze, a do tego wygrać wyścig z czasem, gdy na szalę zostanie rzucone życie najbliższych Camille’a?
Powiem tak: jakiś rok temu, przy okazji premiery „Gniewu”, Zygmunt Miłoszewski wypowiadał się krytycznie na temat eskalacji przemocy, okrucieństwa i krwawości zbrodni opisywanych w powieściach. Zdecydowanie coś w tym jest, bo dla mnie zakończenie było po prostu dla mnie za mocne. Całość jednak niezła.

Okładka książki Inklingowie: C.S.Lewis, J.R.R.Tolkien, Charles Williams i ich przyjacieleTertio i ostatnio, rzecz biograficzna autorstwa Carpentera i długim tytule, mianowicie „Inklingowie: C.S.Lewis, J.R.R.Tolkien, Charles Williams i ich przyjaciele”. Czułam pewien niedosyt historii o Inklingach, a wszystko dzięki lekturze duchowej autobiografia C.S. Lewisa, zatytułowanej „Zaskoczony przez Radość” (o tejże książce może kiedyś indziej). Otóż. Lewis, Tolkien i kilkoro ich przyjaciół (w tym Warnie, brat Lewisa i Charles Williams, poeta i wydawca) regularnie spotykali się w Oksfordzie lat wojennych i powojennych. Chadzali na piwo we wtorki, a w czwartki w jednym z collegów dyskutowali na temat pisanych przez siebie książek. Chciałoby się powiedzieć, że ot, jeszcze jedna grupa oksfordzkich intelektualistów… ale jednak nie na każdym posiedzeniu oksfordzkiego stowarzyszenia odczytywano na głos rękopisy „Listów starego diałba do młodego” czy „Władcy Pierścieni”. To głównie dzięki Tolkienowi i Lewisowi Inklingowie – tak żartobliwie przezwali się przyjaciele – zyskali sławę, która wyszła daleko poza mury uczelni. Humphrey Carpenter pisze nieco o każdym Inklingu z osobna (najwięcej o Lewisie, wszak to on był główną postacią owych spotkań) i o wszystkich razem, dając lekturę zacną a wnoszącą wiele wieści. I frustrującą też, bo to ten typ książki, który prowadzi do co najmniej tysiąca kolejnych.

Z Dzieł Zebranych na razie tyle, a już rychło namysł dłuższy nad jednym dziełem, postmodernistyczno-obrazkowo-ironicznym. Facecje, anyone?

PS. Podziękowania: za drugie Mama-Malita, a za trzecie Myszkovska herself.

Pisane przez Damę – rzecz o Jane Austen

Bardzo Długą Chwilę Temu natrafiłam na wywiad w „Wysokich Obcasach Extra” z Anną Przedpełską-Trzeciakowską. Tłumaczką, której setki czytelników powinny złożyć hołd i serenadować odpowiednie peany dwadzieścia cztery na ha. Otóż pani Przedpełska-Trzeciakowska przełożyła cztery powieści Jane Austen na język polski. Ba, nie dość przekładów, popełniła także książkę, jak sama mówi, „opowieść tłumacza”, o samej Austen, jej dziełach, rodzinie i szeroko pojętej epoce Regencji. Coś na kształt biografii… ale nie tylko. „Jane Austen i jej racjonalne romanse” – jak to mówią Anglicy, pun intended.

Jest więc cała historia familii Austenów, od ojca-pastora, liczne rodzeństwo, aż po jeszcze liczniejsze grono bratanków, siostrzenic i dalszych krewnych słynnej pisarki. Możemy zanurzyć się w ciepłą, rodzinną atmosferę domu Austenów, zajrzeć do ich biblioteki (założę się, że spotkalibyśmy tam młodziutką Jane) i podejrzeć przez ramię list, pisany wytrwale przy małym, mahoniowym sepeciku. Możemy potupać nóżką w rytm kadryla, tańczonego na balu w Manydown, gdzie Jane poznała świeżo upieczonego studenta prawa, Toma Lefroya – nie było to tak intensywne uczucie, zapewne, jak w pewnym uroczym filmie, ale i tak znaczące dla twórczości panny Austen. Zwłaszcza dla powieści, dla której Jane miała największy stosunek emocjonalny – „Dumy i uprzedzenia”. Będzie też chwila dla pewnych przyjętych i odrzuconych oświadczyn oraz nocy pełnej romantycznej dramaturgii.

Mam poduszkę haftowaną, co ma pannę Austen.
Mam poduszkę haftowaną, co ma pannę Austen.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska opowiada koleje życia Jane wokół i obok jej powieści, pokazując inspiracje, paralele, odwołania, nawiązania. Czyż w słowach Marianny do Eleonory z „Rozważnej i romantycznej” nie brzmią echa rozmowy między Jane a jej ukochaną siostrą Cassandrą? Czyż afektowane „caro sposo”, którym pastorowa Collins zwraca się do małżonka w „Emmie”, nie zostało pożyczonej od pewnej nielubianej znajomej? Czyż oficerski awans Franka, jednego z braci Austen, to nie kanwa historii Williama Price’a z „Mansfield Park”? Przykłady można mnożyć i mnożyć, ale nie tylko o czysto fabularne inspiracje tu chodzi. Znajdzie się też miejsce dla dyskusji filozoficznych – choć trudno mówić o poglądach filozoficznych panny Austen, to nie sposób zaprzeczyć, że miała konkretny światopogląd, który w mniej lub bardziej oczywisty sposób pokazywała w swoich powieściach. Ot, jak na przykład w „Emmie”: oprócz rozterek panny Woodhouse znajdziemy tam też praktyczną drogę dochodzenia do rozumu (mimo iż, przypomnijmy, trwa Wiek Rozumu, który „nie obejmował rozumu kobiet”, jak cierpko zauważa Przedpełska-Trzeciakowska).

Mistrzyni ironii i opisu postaci w krótkich dialogach dzięki swojej tłumaczce staje się nieco bliższa. Nutka tajemnicy wciąż pozostaje (część listów panny Austen została zniszczona przez jej siostrę), ale to bardzo dobrze. A Anna Przedpełska-Trzeciakowska pisze o pisarce bardzo ciepło, jakby przegadały niejedno popołudnie przy herbatce na plebanii w Steventon.

A może… przegadały? :)

PS. Specjalnie podziękowania otrzymuje Najlepszy Akademicki Sidekick.

PPS. Rozczuliła mnie też uwaga o mamie pani tłumacz, którą od pani Bennet dzieliły jakieś trzy pokolenia, więc doskonale wiedziała, że młoda mężatka dostaje na drobne wydatki „pieniądze na szpilki”, a na obiad dla potencjalnego narzeczonego córki podaje się „rybę i pieczyste” (w oryginale: two courses).

„Skrawek nieba” Janina David

„Skrawek nieba” Janina David„Skrawek nieba” bardzo długo czekał na swoją kolej na mojej półce. Rzadko czytam książki o II wojnie światowej, jeśli już, to raczej powieści, niż relacje czy autobiografie. Osobiste przemyślenia osób, które przeżyły wojenną zawieruchę, są dużo bardziej poruszające niż jakakolwiek fikcja.

Jasia Dawidowicz miała 9 lat, gdy nad jej rodzinnym Kaliszem zawisły czarne wojenne chmury. Rodzice, niespecjalnie religijni Żydzi, zdecydowali się na przeprowadzkę do Warszawy. Po różnych zalawirowaniach, podróżach i ucieczkach trafili wreszcie do getta, skąd małą Jasię przemycono najpierw do zaprzyjaźnionej rodziny po aryjskiej stronie, a gdy i to stało się zbyt niebezpieczne, ukryto w klasztorze. Tam doczekała końca wojny, ale już nigdy nie spotkała swoich rodziców – słuch po nich zaginął.

Pani David przez bardzo długi czas unikała opowiadania o swoich przejściach i o utraconej rodzinie, ale wreszcie uświadomiła sobie, że pamięć o jej bliskich nie może zaginąć. Na podstawie pamiętnika pisanego w klasztorze spisała swoje wspomnienia – po angielsku, gdyż, jak mówiła, użycie języka polskiego było zbyt bolesne. W ten sposób powstało kilka książek, a polskie wydanie to kompilacja dwóch pierwszych: „A Square of Sky” (o dzieciństwie i pierwszy latach wojny) i „A Touch of Earth” (o pobycie w kolejnych klasztorach).

Poruszająca książka. Niesamowite były nie tylko opowieści o czasach sprzed wojny, relacjach z rodzicami, fascynacji książkami i religią katolicką, ale i cała część wojenna: zwłaszcza te fragmenty o klasztorze. Niektóre siostry zakonne wykazywały się ogromnym heroizmem i miłosierdziem, ale były i takie, które jeszcze potęgowały wszechobecne piekło. Biorąc pod uwagę to wszystko, po prostu nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, co musiała czuć opuszczona i samotna dziewczynka z dala od wszystkiego, co kiedyś znała.

Nie jestem pogodzona z przeszłością, pisze pani David*. Mam nadzieję, że mimo wszystko ta książka pozwoliła jej nie tylko upamiętnić bliskich, ale i przyniosła upragniony spokój. Mnie dała wiele do przemyślenia. To rzecz, nad którą po prostu warto przysiąść dłużej,

*cytat z okładki, Janina David, Skrawek nieba, przeł. Elżbieta Olender-Dmowska i Katarzyna Malita, Wydawnictwo Magnum, 2012.

PS. Wyzwaniowo „Z półki”, edycja 2013′.

„Marek Edelman. Życie. Do końca” Witold Bereś & Krzysztof Burnetko

„Marek Edelman. Życie. Do końca” Witold Bereś & Krzysztof BurnetkoWyjątkowy moment trafił mi się na spotkanie z Edelmanem – prawie w 70-tą rocznicę powstania w getcie. Wydarzenia, które na zawsze określiło Doktora jako człowieka; tak z zewnątrz, jak i „od środka” (Jacek Kuroń zwykł mawiać, że dla Edelmana powstanie wciąż trwa). Jeszcze w zamierzchłych czasach licealnych czytałam „Zdążyć przed Panem Bogiem”, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak niesłychanie obfite było życie Marka Edelmana. Jego życiorysem można by obdzielić dziesiątki sensacyjnych biografii.

„Życie. Do końca”, rozkosznie gruba książka, to nawet nie tyle biografia, ile wieloaspektowa kronika. Nie tyle opowieść o samym Edelmanie, ale o tym, co to znaczy być Polakiem i co to znaczy być człowiekiem. Prawie połowa książki poświęcona jest II wojnie światowej: Żydowska Organizacja Bojowa, powstanie w getcie, powstanie warszawskie. Potem lata łódzkie, medycyna, opozycja, „Solidarność”… dla mnie było jak wielka lekcja historii XX wieku. Znajdziemy tu i przedruki konspiracyjnej gazety „Za Naszą i Waszą Wolność”, którą Edelman współtworzył w warszawskim getcie. Będą zdjęcia, relacje, fragmenty rozmów, artykułów, listów (w tym wyjątkowo chwytająca za serce korespondencja Jacka Kuronia i jego żony, Gajki). Na kartach książki pojawią się chyba wszystkie znaczące dla Polski i świata postaci ubiegłego stulecia – większość z nich Doktor znał osobiście, a już na pewno miał na ich temat wyrobioną a zdecydowaną opinię. Będą i wypowiedzi samego Edelmana, rozmówcy trudnego, szorstkiego, ale mającego w sobie niebywałą charyzmę. „Głupoty opowiadacie”, zwykł mówić o Autorach niniejszego dzieła.

Marek Edelman – postać legenda, złożona, może i dla niektórych kontrowersyjna, ale nie może zostać zapomniana. Nie tylko jeden z przywódców powstania w getcie, nie tylko wybitny lekarz kardiochirurg, nie tylko opozycjonista, ale po prostu (tylko i aż) przyzwoity człowiek. Taki, który wie, że „nie tylko nie wolno strzelać, ale i nie wolno być biernym. Trzeba stanąć po stronie słabszego”*. I stawał zawsze, od warszawskiego getta po Sarajewo i Czeczenię. Dobrze mieć jego słowa z tyłu głowy, żeby zachować pion w życiu.

Wyznam szczerze, że cieszę, że dostałam „Życie. Do końca” i spędziłam parę wieczorów (nocy też), by je przeczytać. Momentami to była trudna i smutna lektura. Sama z siebie nie jestem pewna, czy bym się do niej zabrała – przynajmniej nie teraz. A tak to wiem, że bardzo bym tego żałowała.

Dodam jeszcze tylko, że Autorzy we wstępie konstruują „kodeks” Edelmana (trzeba przyznać Doktorowi, że miał wybitną zdolność do formułowania swoich myśli w jasne, niekiedy wręcz aforystyczne zasady):

– zawsze, niezależnie od tego, kim jest bity – trzeba być po jego stronie
– nie wolno biernie przyglądać się złu – bierny świadek jest współwinny
– nie chodzi o to, aby iść do celu, ale aby iść po jego słonecznej stronie
– najważniejsze jest życie…

I o to chodzi.

PS. Bardzo bardzo dziękuję za książkę Fundacji Świat Ma Sens, która wspólnie z Agorą wydała poszerzone (o 250 stron!) i poprawione wydanie biografii. A Panom Autorom dziękuję za piękną dedykację.

Marek Edelman i autorzy

Marek Edelman i Autorzy, fot. Fundacja Świat Ma Sens

* Witold Bereś i Krzysztof Brunetko, Marek Edelman. Życie. Do końca, Wyd. AGORA SA i Fundacja Świat Ma Sens, Warszawa 2013, s. 641.

„Księżna Masako. Zakładniczka Chryzantemowego Tronu” Ben Hills

Chcecie bajki? Oto bajka. Była sobie kiedyś zwykła dziewczyna, piękna, inteligentna i utalentowana, ale „z ludu”. Gdy przystojny następca tronu spotkał ją po raz pierwszy, zakochał się bez pamięci i postanowił, że tylko ona będzie jego wybranką. Wytrwale zdobywał ją i zalecał się, aż zgodziła się wyjść za niego. I tak oto zwykła dziewczyna stała się księżną. Książę William i Kate Middleton? O nie. Książę Naruhito i Masako Owada. I to wcale nie jest bajka.

Masako Owada, córka japońskiego dyplomaty, większość dzieciństwa i młodości spędziła poza Krajem Kwitnącej Wiśni. Chodziła do szkoły w Moskwie, potem na kilka lat wróciła do Tokio i znów wyjechała – tym razem do Stanów Zjednoczonych. Tam ukończyła Wydział Ekonomii na Harvardzie, studiowała też na Uniwersytecie Tokijskim i na Oksfordzie. Pracowała w japońskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych i powoli wspinała się na kolejne szczeble kariery. Marzyła o stanowiska ambasadora, ale cóż, jako kobiecie mogło jej to przyjść bardzo trudno. Nie udało jej się spełnić tego marzenia – ale Naruhito, oświadczając się, obiecał ukochanej, że będzie mogła udzielać się dyplomatycznie. Obietnicy tej nigdy nie mógł dotrzymać. Siedem lat trwało, zanim Masako zgodziła się zostać jego żoną. Ponoć sama cesarzowa Michiko miała w tym swój spory udział. Prawdą jest, że wielu rodziców chętnie widziałoby swoją córkę w roli małżonki następcy tronu – ale nie w Japonii. Tam ojcowie (w tym Hisashi Owada) doskonale zdają sobie sprawę, że to jak zamknięcie dziecka w złotej klatce. Na zawsze i bez możliwości ucieczki. Masako to zamknięcie przypłaciła rozstrojeniem nerwowym, zwłaszcza ciężko odchorowała presję, by szybko urodzić syna – gdyż tylko męski potomek dziedziczy tron.

Co ciekawe, w książce odnajdziemy bardzo różne opinie na temat Masako – niektórzy dziwili się, jak taka ambitna i mądra kobieta dała się zamknąć w pałacu, inni lekceważąco odnosili się do jej studiów, prac dyplomowych i późniejszej pracy w MSZ. Do tego sporo interesujących rzeczy o samej rodzinie cesarskiej, a zwłaszcza księciu Naruhito.

Zaciekawiło mnie dość oryginalne podejście autora do opisywanej postaci – oryginalne o tyle, że bardzo ciężko zdobyć jakiekolwiek informacje o rodzinie cesarskiej (między innymi z uwagi na… autocenzurę dziennikarzy) i Ben Hills konsultował się z nieprawdopodobną ilością ludzi, którzy mogliby rzucić nieco światła na burzliwe losy Masako. Odwiedził nawet prominentną japońską klinikę leczenia niepłodności (nie nie, nie tam leczyła się księżna, miała – w tajemnicy rzecz jasna –prywatnego lekarza). Jego książka została oficjalnie potępiona na konferencji przez japońskie MSZ, były i stosy listów (w tym od cesarskich urzędników), określających biografię jako zbiór niepotwierdzonych plotek, niestosownych opisów, niepotwierdzonych faktów. Choć żaden krytyk nie podał przykładu żadnego błędu czy nieścisłości.

Najbardziej zatrważająca w tej książce była dla mnie instytucja Kunaichō, czyli Urzędu ds. Rodziny Cesarskiej. Nie zdawałam sobie sprawy, jak drobiazgowa, bezwzględna i wszechpotężna to organizacja. Kunaichō kontroluje każdy, słownie KAŻDY aspekt życia w pałacu. Masako – jak wszyscy pozostali członkowie rodziny cesarskiej – nie może wyjść na miasto, kupić książki, ba, nawet zmienić fryzury bez ich zgody. I najgorsze jest to, że nie ma żadnej możliwości zmiany tej sytuacji. Bo nie. Bo tak było zawsze i tradycja jest święta.

Czy więc Masako jest ofiarą swoich własnych decyzji? Pewnie trochę tak. Nie dowiemy się przecież, jakby jej życie potoczyło się, gdyby nie zgodziła się zostać żoną Naruhito. Pełnej prawdy o życiu za drzwiami cesarskiego pałacu nie poznamy nigdy (bo to Japonia), ale Ben Hills robi, co w jego mocy. I nie idzie mu źle.

PS. A na marginesie – dosłownie – uwielbiam pożyczać książki od Natalii. Natalia ze skrupulatnością zaznacza ołówkiem błędy edytorskie i poprawia tłumacza, zamieniając w stosownych miejscach rodzaj męski na żeński (typu: na stronie 119 Masako przyjmuje „rolę nieoficjalnego ambasadora Japonii”, dopisano „nieoficjalnej ambasadorki”), tudzież komentuje ironiczne lub erudycyjnie. Moja radość z lektury wzrasta przy każdym takim zaznaczeniu.