Cudne manowce siekierezady

„Siekierezada, czyli Zima leśnych ludzi” Edwarda Stachury kołatała mi się po głowie jako rzecz kiedyś do przeczytania od bardzo, bardzo dawna – moja przyjaciółka jeszcze w czasach gimnazjalnych zwykła zachwycać się twórczością Stachury i stąd cała rzecz. Więc przy kolejnej wizycie w bibliotece zaopatrzyłam się audiobook – czyta Piotr Wyszomirski, przyzwoita interpretacja głosowa, przyznaję.

Otóż historia jest prosta niby-prosta Continue reading „Cudne manowce siekierezady”

Prawda tańczy z fałszem w Wysokim Zamku. Dick po raz pierwszy.

Philip K. Dick to jeden z tych klasycznych autorów, których obiecywałam sobie od bardzo dawna. Jakoś nie było okazji – aż w końcu postanowiłam sama sobie okazję stworzyć, nabywając stosownego audiobooka (była promocja, więc tym bardziej!). I tak przez miniony miesiąc spacerowałam po San Francisco, wyglądającym zupełnie inaczej niż to, które znamy – a ostatnie kilka dni spacerowałam bardziej intensywnie, przejęta, jak to wszystko się zakończy.

Otóż rzecz dzieje się w Stanach Zjednoczonych, które jakiś czas temu przestały być Stanami Zjednoczonymi – dokładniej wtedy, kiedy nazistowskie Niemcy wygrały II wojnę światową wraz ze swoim nieodłącznym sojusznikiem, imperialną Japonią. Teraz mamy rok 1962, dawna Ameryka została podzielona na strefę wpływów niemieckich i japońskich, a nową rzeczywistość wciąż oswajają przeróżne postaci: wśród nich Nobusuke Tagomi, wysoko postawiony w handlu Japończyk, Frank Frink, ukrywający swoje żydowskie pochodzenie, jego właściwie była żona Juliana, instruktorka judo, Robert Childan, właściciel sklepu z amerykańskim rzemiosłem artystycznym czy tajemniczy Szwed nazwiskiem Baynes. Reprezentują różne strony barykady, mają bardzo różne przemyślenia na temat istniejącego porządku. Niemniej, łączą je dwie szalenie ważne książki – po pierwsze, Yijing”, starożytna chińska Księga Przemian, dzięki której można odnaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, zdając się na los i odczytują odpowiednie heksagramy. Po drugie, „Utyje szarańcza” (to cytat z Koheleta, jakby co), powieść w powieści, szalenie popularne dzieło, kreślące wizję alternatywą do alternatywnej – czyli co by było, gdyby Niemcy i Japonia przegrały wojnę. Książka w pewnych rejonach zakazana, książka, którą popełnił mężczyzna, skrywający się w fortecy zwanej Wysokim Zamkiem.

https://s26.postimg.org/mnu07m6bt/Czlowiek_z_Wysokiego_Zamku_audiobook_Philip_K_Di.jpg
Bardzo mi się podoba ta okładka!

Półprawda, nie-do-końca prawda i fałsz mieszają się w powieści Dicka nieustannie, czy to gdzieś w zakamarkach systemu, czy w bardzo namacalnej postaci taśmowo produkowanych podróbek. Wiodąca ideologia, polityczne zagrywki i nieustanna walka o władzę, która wcale nie skoczyła się wraz z wojną idą w parze z osobistymi dramatami, poszukiwaniem swojej tożsamości i oswajaniem czynów, których popełnienia nie da się wymazać. Całość intryguje w najwyższym stopniu.

Choć nie należę do bardzo ścisłego grona entuzjastów historii alternatywnych, to muszę przyznać, że wizja Dicka robi ogromne wrażenie (zwłaszcza jej… ostateczna interpretacja). Rozmach tej wizji, od drobiazgów jak nowoczesna biżuteria czy colt z czasów wojny secesyjnej, po imponujące wydarzenia, jak osuszenie Morza Śródziemnego – wszystko jest przemyślane, dopracowane, poukładane na stosownych miejscach. Jako entuzjastka pieczołowicie skonstruowanych światów przedstawionych biję brawo na stojąco.

Zasadniczo, im więcej o tym myślę, tym bardziej mi się podobało. Początkowo nie mogłam się wciągnąć (składam to na karb dużych przerw miedzy pierwszymi rozdziałami), ale zakończenia „dosłuchałam” na stojąco, stojąc w płaszczu w drzwiach do mieszkania, tak byłam zafascynowana. Jak to zacnie, że klasyka okazała się Klasyką przez duże K.

PS. Teraz już mogę spokojnie oglądać serial, co to go Amazon rok temu wyprodukował był – to rzecz raczej na motywach niż właściwa ekranizacja, ale obsada wygląda więcej niż obiecująco.

Pożegnanie z Afryką

Pozostając w temacie okołopodróżniczym – w końcu wakacje jeszcze się nie skończyły, choć widać kres moich wojaży – co powiecie na wyprawę do Afryki? Ale taką… klasyczną?

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen to jeden z tych klasyków, który gdzieś tam zawsze odkładałam na później. Postanowiłam wreszcie nadrobić, między innymi dlatego, że czeka mnie bardzo zacna książka w tym klimacie, a dobrze jednak znać punkt wyjścia. W międzyczasie zorientowałam się, że jedna z moich ulubionych bibliotek ma naprawdę obfity zbiór audiobooków, ergo słuchana wersja dzieła Blixen wylądowała w moim odtwarzaczu błyskawicznie. W rezultacie, gdy przechadzałam się ulicami Warszawy i szutrowymi drogami Mazur, tak naprawdę spacerowałam po farmie z widokiem na góry Ngong.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f2/Ngong'_Hills,_Nairobi,_Kenya.jpg
Góry Ngong

Baronowa Blixen – znana także pod pseudonimem Isak Dinesen – w swojej najsłynniejszej książce uchwyciła ostatnie chwile Brytyjskiego Imperium w kenijskiej, kolonialnej odsłonie. Jej farma Ngong mieściła się w Brytyjskiej Afryce Wschodniej, protektoracie, który pokrywa się właściwie z dzisiejszą Kenią. Plantacje kawy, hodowla bydła, wypatrywanie pory deszczowej i plagi szarańczy – te sprawy przez siedemnaście lat stanowiły codzienność Karen Blixen, jej pracowników i przyjaciół. Kikujuscy squaterzy, muzułmańscy Somalijczycy, dumni Masajowie, rozmaici pracownicy farmy, a do tego cała panorama ówczesnych lokalnych osobistości zapełniają karty opowieści Blixen. Baronowa znana była wśród kolonistów z przyjaznego i pełnego szacunku stosunku do tubylców; wielu ze swoich pracowników uważała za przyjaciół i wiernie opisała zwyczaje lokalne zwyczaje, jak choćby kikujuską ngomę, coś na kształt tanecznego rytuału w rytm bębnów.

https://media-cdn.tripadvisor.com/media/photo-s/01/ca/28/79/provided-by-museums-of.jpg
Farma Karen Blixen – dziś muzeum poświęcone autorce i książce.

„Pożegnanie z Afryką” to coś na kształt pamiętniko-wspomnień (pięknie opisuje to angielskie słowo memoir), i przemyca nie tylko atmosferę lat minionych, ale też poetycki namysł nad życiem i sporą dawkę autorefleksji. Dużo tu wtrętów mocno metaforycznych: jak choćby wtedy, gdy przy ostatecznym wyjeździe, już po sprzedaży farmy, Karen wraz z przyjaciółką dokonuje czegoś na kształt niemej inwentaryzacji, „wpisując” wszystkie woły, konie i inne zwierzęta do księgi zażaleń, którą później przedstawia się Losowi. Im bliżej tytułowego pożegnania, tym więcej nostalgii – rzecz absolutnie zrozumiała, jako że „Pożegnanie” ukazało się w 1937 roku, trzy lata po powrocie Blixen do Europy.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/6/6b/OutOfAfrica.jpg
Pierwsza edycja angielskiego wydania – ogromnie podoba mi się ta okładka!

Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej. Owszem, można odczuć wspomnianą atmosferę, kulturoznawczo to interesująca rzecz, ale… czegoś mi brakło. W przypadku audiobooków ogromną rolą pełni jednak głos czytująca – i mam wrażenie, że „Pożegnanie” podobałoby mi się bardziej, gdyby nie lektorka Karolina Nolbrzak. Już mniejsza o znudzony ton, ale jej niepoprawne akcentowanie doprowadzało mnie do pasji. Otóż w języku polskim niektóre formy czasowników – konkretnie, forma przeszła liczby mnogiej – posiadają wyjątkowo akcent na trzecią sylabę od końca. Czyli „wybraliśmy się”, a nie „wybraliśmy się”. Wybaczcie czepialstwo, ale jestem na tym punkcie dość mocno wyczulona.

Czy moja raczej mało entuzjastyczna opinia na temat „Pożegnania” to efekt wyłącznie irytowania głosem czytającym – tego nie jestem pewna, niemniej dużo wody upłynie, zanim sięgnę po papierową wersję. Prędzej już zdecyduję się, w ramach zgłębienia ogólnego tematu, na ekranizację z Meryl Streep i Robertem Redfordem. Film ma ten zasadniczy plus, że wszystkie cudowne widoki opisane w książce po prostu widać – choć już po zwiastunie wiadomo, że reżyser postawił na bardziej miłościwą historię niż opowieść o Afryce.

A światłość wiekuista… czyli trylogia husycka vol. 3

https://i0.wp.com/fonopolis.pl/userdata/gfx/fa0887ea6867da15a0b95c49c79affd4.jpgJuż się dwa razy spowiadałam z audiobookowego odświeżania trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego (ergo był „Narrenturm” i byli „Boży bojownicy”), spowiadam się i po raz trzeci. Bo skończyłam. Z analogowej lektury trzeciej części lata temu pamiętałam właściwie tylko dwa momenty, które mnie zmierziły (i pewnie dlatego tak mi zapadły w pamięć), więc właściwie poza nimi spotkanie z ostatnią częścią trylogii było jak odkrywanie terra incognito. Dobre i to.

Moje ulubione ostatnio trio – Reynevan, Szarlej i Samson – nie znajduje wytchnienia, a każda próba wyrwania się z błędnego koła wojennych kampanii i osobistych wycieczek kończy się mniej lub bardziej spektakularną porażką. Reynevan zostaje pozbawiony ostatnich złudzeń okołopolitycznych (wiadomo, co wygrywa w starciu między ideą a ordynarnymi rozgrywkami politycznymi), a wojny husyckie wkraczają w krytyczną i ostatnią – my to wiemy, oni jeszcze nie – fazę. Odnalezienie ukochanej, zemsta na bezlitosnym i potwornym wrogu oraz ostatnia próba wdrożenia życiowych ideałów w wyjątkowo nieidealną rzeczywistość, zanim ogarnie nas światłość wiekuista – oto, proszę państwa, „Lux Perpetua”.

Muszę przyznać, że fabularnie jestem nieco obrażona na rozwój akcji, ale spoilerować nie śmiem (ja wiem, że w XXI wieku trudno uniknąć spoilerów, ale come on, ja ich nie cierpię i unikam ich rozprzestrzeniania). Ujmijmy to dyplomatycznie, że losy pewnych postaci, które lubiłam wyjątkowo, nie potoczyły się tak, jak sobie tego życzyłam. Ale to tak, jakby zarzucać George’owi R.R. Martinowi, że metodycznie wybija wszystkich po kolei…

Co nie zmienia faktu, że forma wykonania słuchowiska pozostaje wybitna – aż do bólu, bo co innego czytać o łamiących się kościach i wyciu męczonych ludzi, co innego mieć to w wersji efektów specjalnie dźwiękowych. Skądinąd, „Lux Perpetua” podtrzymuje krwawość tomu poprzedniego, ba, chyba nawet ją przebija – bezlitosność dowódców obydwu stron jest naprawdę przerażająca. Niemniej, po raz trzeci (ale już ostatni, obiecuję) zachwycam się rozmachem tej produkcji, jako że reżyseria Janusza Kukuły i muzyka Adama Skorupy tworzą klimat doskonały. Dodam tylko malutką łyżkę dziegciu, mianowicie interpretacja Pomurnika alias Birkarta Grellenorta w wydaniu Tomasza Marzeckiego jest wyjątkowo ekspresywna i momentami wydawała mi się w tej ekspresji przesadzona. Ale poza tym – klękajcie narody. Nawet w błotko gościńca między Frankensteinem a Ziębicami.

Tyle husytów, na razie. A audiobookowo zapodałam sobie – dla zmiany klimatu – „Pożegnanie  Afryką” Karen Blixen. Klasykę winno się nadrabiać!

PS. Tradycyjnie – wyrywki z planu, czyli jak nagrywano „Lux Perpetua” („bo musimy mieć, jak on odlatuje!” oraz dłuższy fragment w temacie („pochylone kopie i wrzask, żeby przestraszyć wroga”)

Mości panowie, kupą na Śląsk, czyli trylogia husycka vol. 2

Boży bojownicyŻadne korki w Krakowie mi niestraszne, ba, nawet nie odczułam czasowego zamknięcia kluczowego dla mnie odcinka linii tramwajowej. Wszystko to dzięki rowerowym wycieczkom, bo całe to zamieszanie remontowo-korkowo-samochodowe elegancko omijam. No, chyba, że pada. Niemniej, abstrahując od pogody, jazda rowerem posiada jeszcze jeden atut: można spokojnie słuchać audiobooków. Innymi słowy, mknę wzdłuż Błoń, a tak naprawdę właśnie przechadzam się ulicami Pragi i pukam do drzwi apteki, w której zbierają się mistrzowie magii. Czasem tylko, jak spotykam kogoś znajomego, muszę szybko wyskoczyć z tego innego świata, co z reguły dość zabawnie wychodzi: wyplątuję się ze słuchawek, tłumacząc „czekaj, czekaj, bo ja jestem na polu bitwy”. A bitew imię – legion!

Tym oto wstępem przechodzę do „Bożych bojowników” czyli to drugiego tomu trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego w epickim (tak, tak) wydaniu słuchowiskowym. Za sprawą znanego już nam trio – impulsywny a uparty Reynevan, cyniczny demeryt Szarlej oraz  skrywający potężną tajemnicę Samson Miodek – wpadamy w sam środek wojen husyckich, targających Śląskiem. Sam Reynevan co i rusz wpada w tarapaty, choć trzeba przyznać, że nie zawsze z własnej winy. Ale cóż, kiedy jasno a z przekonaniem opowiada się za sprawą Kielicha i pragnie dla sprawy działać… wojna jest wojna i nie ma na to rady. Ergo Śląsk Anno Domini 1427 znów staje się areną, na której ścierają się religie, herezje, armie, oddziały zorganizowane, osoby zupełnie prywatne, Inkwizycja oraz magiczna konfraternia. Reynevan, rzecz jasna, a z nim Szarlej i Samson podążają na sam środek ten areny. A jak gdyby było mało tych wyzwań, Reynevan będzie musiał odnaleźć odpowiedź na szalenie ważne pytanie: czy poświęcić sprawę dla miłości, czy miłość dla sprawy?

Reżyser słuchowiska, Janusz Kukuła, określa trylogię husycką jako połączenie Sienkiewicza z Tolkienem – i fakt, to mariaż imponującej historycznej narracji i umiejętnie poprowadzonych wątków fantastycznych. Może i tych czarów wśród „Bożych bojowników” znajdzie się nieco mniej niż w „Narrenturmie”, przynajmniej mniej czarownic, a więcej ceremonii wysokiej magii. Jednak drugi tom to dla mnie przede wszystkim kampania wojenna, okrutna, krwawa i prześcigająca się w okrucieństwach każdej ze stron (ot, spalmy te wioski, będzie wygodniej walczyć w nocy przy świetle ognia). Te dwie partie „małżeńskie” doskonale ze sobą u Sapkowskiego współgrają.

Raz jeszcze dodam, że produkcja słuchowiska jest znakomita. Wybornie zagrana, klimatycznie wyprodukowana (muzyka, efekty, wszystko). Plus wyjątkowo zabawnie ogląda się wszystkie ujęcia „z planu” – o ile filmowe making of często daje zabawną konfrontację elementów bardzo współczesnych z bardzo niewspółczesnymi (greenbox i elfy), to w tym przypadku uderzyło mnie, jak o ogromną wyobraźnią muszą dysponować aktorzy. Bo nawet elf w greenboxie posiada jakiś tam strój, a tutaj dysponujemy li i jedynie mocą swojego głosu. Podziwiam i głosy, i całokształt – i zgrywam na odtwarzacz tom trzeci.

[tl;dr]Boży bojownicy maszerują na Śląsk i będą z tego same nieszczęścia. Ale jak opisane! Jak zagrane!

PS. Znów, Tata-Malita pożyczył wszystkie Bojownikowe płyty.

Takie tam, ze Śląska, czyli trylogia husycka vol. 1

https://i2.wp.com/static.audioteka.com/pl/images/products/andrzej-sapkowski/narrenturm-duze.jpgDziś lubię sobie myśleć, że cała moja bardziej dojrzała przygoda z czytaniem zaczęła się od „Ostatniego życzenia” Andrzeja Sapkowskiego (do dziś podziwiam decyzję Mamy-Mality, która przejrzała tom i zezwoliła na lekturę, choć miałam dopiero jakieś 12 lat). Tysiące stronic później – po sadze o wiedźminie, trylogii husyckiej, esejach, wywiadach, nawet po tej wpadce, jaką była „Żmija” – AS pozostaje dla mnie geniuszem prowadzenia historii, intertekstualnych nawiązań, smakowitego stylu i erudycji wbijającej w siedzenie. Więcej, mistrzu, nie krępuj się. Niemniej, Sapkowską historię o husytach postanowiłam poznać raz jeszcze, tym razem w wersji słuchanej – ot, tęskniło mi się za audiobookami, a „Narrenturm” leżał na półce czas bardzo długi.

Tym razem to nie byle nagranie, w którym kojący głos jednego lektora prowadzi słuchacza przez kolejne rozdziały. „Narrenturm” to mocarnie wielkie słuchowisko, z ponad setką głosów i dźwięków. Całość reżyseruje Janusz Kukuła, występuje plejada polskich aktorów i mistrzowie sztuki radiowej, gra w tle ogrom efektów dźwiękowych i muzyka skomponowana przez Adama Skorupę. Wszystko to składa się na nieprawdopodobny efekt, pozwalający na zanurzenie się w mroki średniowiecza. Rozmach iście jak na polu bitwy (zerknijcie tutaj na coś na kształt making-of, moment nagrywania walki zaiste bezcenny, załapały się też moje ukochane czarownice).

Więcej, punkt wyjścia do tego niezwykłego audio-dzieła jest równie niezwykły: Sapkowski, przekopując się przez całe biblioteki, popełnił powieść wielce bogatą, z pietyzmem odtwarzając realia piętnastowiecznego Śląska, Czech, Polski. Przewodnikiem po tym świecie jest młody Reinmar z Bielawy, zwany Reynevanem, młodzian wykształcony (w medycynie i w magii, to ważne) i zakochany po uszy. Jego namiętność do atrakcyjnej, acz zamężnej Burgundki Adeli sprowadzi na niego szereg nieszczęść i turbacji, będą ucieczki, oskarżenia o czary, nowi wrogowie i nowi przyjaciele. Wszystko zaś w niespokojnej wielce scenerii roku Pańskiego 1425, kiedy to w Czechach umacnia się husycka herezja, a niezmordowane oddziały taborytów i Sierotek podejmują coraz to nowe wyprawy. Na Śląsku zaś katolicka strona konfliktu podejmuje wyprawę krzyżową na heretyckich husytów, gromadzi ludzi (łącznie z rębajłami pokroju raubritterów) i fundusze (te, jak wiemy, lubią ginąć niespodziewanie po drodze). A w sam środek tych politycznych rozgrywek tudzież walk o władzę i o wiarę (choć często to jedna i mocno krwawa walka) wpada Reynevan, nieznośnie uparty i buńczuczny (doskonale, skądinąd, odgrywany przez Lesława Żurka). Zemsta i miłość, dwie pasje targające duszą Reinmara, nie przyniosą raczej spokojnego biegu akcji. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie majaczy złowroga Wieża Błaznów – Narrenturm, tymczasowe więzienie Świętej Inkwizycji…

Vozový šik
Husyckie wojska i wozy bojowe, raz.

Obfitość postaci historycznych i odtworzenie realiów – to jedno. Ale „Narrenturm” posiada też drugie, fantastyczne oblicze: oto demony i zmiennokształtni, wieszczki, czarownice i sabaty (moja dusza naukowca od czarownic aż skakała z radości przy opisie sabatu równonocy jesiennej, po prostu cudo!). Magia na XV-wiecznym Śląsku działa, aż miło – zarówno dzięki odpowiednio wyedukowanym na księgach adeptom, jak i raczej… naturalnie ku tego sposobionym istotom. Tych drugich jednak zostało już bardzo niewiele – a niektóre z fantastycznych stworzeń widzą w husytach także i swój ratunek.

Jako się rzekło, „Narrenturm” już przyjęłam w wersji papierowej (Bardzo Dawno Temu), ale z przyjemnością wróciłam do tej historii. I chyba nawet lepiej mi się słuchało, niż czytało – zdecydowanie łatwiej zapamiętać i rozróżnić mnogość bohaterów, gdy do każdego przypiszemy konkretny głos. Przy okazji odkryłam (tryb Kolumba: mode on), że sprzątanie z audiobookiem w uszach świetnie wychodzi – zwłaszcza, jak trzeba odgruzować dom po remoncie. Na samą kuchnię poszło pięć rozdziałów i już zawsze mycie szafek będzie mi się kojarzyło ze sceną egzorcyzmów…

Ergo: w audiobookowym„Narrenturmie” w parze idzie ze sobą doskonały materiał (czyli proza Sapkowskiego) i doskonała forma (megaprodukcja, zaiste mega). Innymi słowy, znakomita powieść historyczna w godnej swojej znakomitości oprawie.

[tl;dr] Epicko fantastyczna produkcja: Sapkowski, husyci, magia i średniowieczny Śląsk. Oklaski na stojąco!

PS. Tata-Malita pożyczył wszystkie płyty.
PPS. A tu możecie posłuchać początku „Narrenturmu”. Łącznie z miłosnymi uniesieniami Adeli von Stercza.

Nadzieja zstępuje z gwiazd

Janusz Zajdel, LIMES INFERIOR, 1CD - MP3Pamiętacie Book Rage? Tym razem do wzięcia były nie ebooki, a audiobooki – i to sto procent Zajdla w Zajdlu. Swego czasu rozpływałam się nad słuchaną wersją „Cylindra van Troffa”, stąd miałam wielką ochotę na Zajdlowy audiobookowy ciąg dalszy. Przydarzył się dość nieoczekiwanie, a ja znów miałam okazję tuptać po mieście w rytm jakiejś książki. Albo tak się wciągnąć, żeby wszystkie obowiązki domowe wykonywać w słuchawkach, przebywając trochę w Krakowie, trochę w Argolandzie.

Argoland nad jeziorem Tibigen, olbrzymia aglomeracja, od lat funkcjonuje w systemie klasowym – otóż życie każdego mieszkańca, jego mieszkanie, praca, płaca, rozrywki, jedzenie pozostają zdeterminowane przez klasę, uzyskaną na teście po ukończeniu powszechnie dostępnych studiów. Od szóstaka (najmniej inteligentnego) po zerowca (tego najbardziej), każdy obywatel ma wpisaną definiującą swoją tożsamość cyfrę na kluczu. Klucz ów to nie tylko dowód tożsamości, dosłowny klucz do miejsca zamieszkania, ale i karta płatnicza. System punktowy, wprowadzony w Argolandzie w miejsce tradycyjnej waluty, przelicza wartość wykonywanej pracy czy towarów nabywanych we wszechobecnych automatach na czerwone, zielone lub żółte punkty. Ich ilość wyznacza jakość życia, nic dziwnego, że punkty się przekazuje, punktami się handluje, punkty się wymienia. A im lepsza klasa, tym większa szansa na punktową fortunę. Nic dziwnego, że nad jeziorem Tibigen kwitnie proceder liftingu, czyli podnoszenia klasy danego obywatela. A zdecydowanie najlepszym lifterem w okolicy jest Sneer (skojarzenia z Wiśniewskim-Snergiem bardzo na miejscu), oficjalnie czwartak, nieoficjalnie… cóż, geniusz. Mało kto potrafi tak subtelnie „zrobić zerowca” z byle dwojaka, jak Sneer.

„Limes inferior” to nie tylko podróż przez ulice Argolandu, ponurego miasta czasów powszechnej automatyzacji i niewyczerpalnych źródeł energii. To też podróż intelektualna Sneera, który, wpierw akceptujący bez zastrzeżeń system obowiązujący w aglomeracji – ba, broniący go w rozmowie z kolegami! – zaczyna dostrzegać luki, by wreszcie odkryć drugie, trzecie, a wręcz i czwarte dno znanej dotychczas rzeczywistości. Ogłupiający i ograniczający ludzkość system, wszechobecna technicyzacja życia, złożone koncepcje i wywody społeczne – oto wielkie tematy fantastyki socjologicznej, w której Zajdel przoduje. Całość czyta Michał Staszczak, a jego niski, dość surowy w interpretacji głos pasuje po prostu idealnie.

Znów jestem pod wielkim wrażeniem Zajdlowej prozy. Z jednej strony poraża konstrukcja świata, z drugiej strony daje do myślenia filozofia społeczna – w tym przemyślenia Sneera na temat, co czyni ludzi równymi – z trzeciej strony zachwyca język, jakim całość jest podana. Ot, choćby wtedy, gdy Sneer duma nad kondycją nauki w Argolandzie, przeglądając raporty rozmaitych badaczy, zauważa, że „naukowe opracowania były rozdęte wodnistym wielosłowiem”. Poezja. A kiedy wydaje się, że nie ma ratunku dla tego nieszczęsnego świata, wtedy… ach, wtedy nadzieja zstępuje z gwiazd.

PS. O polskiej fantastyce socjologicznej bardzo zacnie pisze Łukasz Wróbel, o tu.
PPS. W kolejce na odtwarzaczu czeka „Paradyzja”, ale muszę dać sobie ochłonąć.