Nirgendwo, czyli nigdzie. Nigdzie w Afryce.

W 1938 roku Stefanie Zweig miała zaledwie sześć lat, kiedy jej rodzice zdecydowali się na emigrację w obawie przed narastającymi prześladowaniami Żydów. Z niebezpiecznego, ale oswojonego świata przedwojennej Europy uciekli do egzotycznej Kenii. Wojenne lata spędziła głównie na ubogiej farmie i w angielskiej szkole z internatem, a potem wraz z rodziną wróciła do Niemiec. Wiele z jej wspomnień stało się kanwą powieści – a o dzieciństwie na kenijskiej farmie opowiada jej książka „Nirgendwo in Afrika” Continue reading „Nirgendwo, czyli nigdzie. Nigdzie w Afryce.”

Okienko na Afrykę, czyli o duszy buntowniczej

https://i0.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/307000/307074/484219-352x500.jpgPamiętacie moje opowieści o „Pożegnaniu z Afryką”? Muszę tu od razu przyznać, że do nadrobienia opus magnum Karen Blixen zachęcił mnie fakt, że gdzieś w przyszłości czekać będzie na mnie inna afrykańska opowieść, ale bardzo w Blixenowych klimatach – ba, wręcz z udziałem autorki „Pożegnania”. Chodzi mi mianowicie o powieść „Okrążyć słońce” Pauli McLain, opartą na życiu niezwykłej kobiety, Beryl Markham. Otóż znów wracamy do Afryki początków XX wieku, konwenansów, romansów i wzgórz Kenii.

Wzgórza Kenii od zawsze stanowiły dom Beryl. A właściwie od trzeciego roku życia, kiedy jej ojciec podjął dość dramatyczną decyzję: kupił sześćset hektarów w spalonym słońcem Njoro, w brytyjskim Protektoracie Afryki Wschodniej. Trzy rozwalone chaty i mnóstwo marzeń o hodowli koni – to był początek zupełnie nowego życia. Życia, którego nie zdzierżyła matka Beryl i po dwóch latach męki powróciła do Anglii wraz ze starszym bratem dziewczynki. Ojciec zdecydował się zostać. Beryl też.

Trudne życie na farmie zahartowało Beryl, ale uwielbiała je – konie, życie pośród plemienia Kipsigis, nocne wędrówki z przyjacielem imieniem Kibii… nic dziwnego, że gdy przyszedł czas Kształcenia Młodej Damy tudzież Wysłania Jej Do Szkoły Dla Dziewcząt, Beryl nie była zachwycona. A to był tylko początek zmagań z wymaganiami lokalnej socjety, gdyż buntowniczy duch dziewczyny niespecjalnie współgrał z oczekiwaniami towarzystwa (nawet tak… niezobowiązującego moralnie jak brytyjska kolonia). Uwikłana w niezbyt przemyślane małżeństwo, Beryl zdobywa się na odwagę, by zawalczyć o własną niezależność i o szczęście – chodzi nie tylko o zdobycie licencji trenera koni, a później licencji pilota, ale także o wielkie, szalone uczucie. O miłość do Denysa Finch Hattona, ukochanego Karen Blixen. Denys i Karen to zresztą tylko niektóre z postaci znanych z kart historii i „Pożegnania z Afryką”, które pojawiają się w powieści McLain, pokazując znaną już historię z nowej perspektywy.

https://womenwordswisdom.files.wordpress.com/2015/04/beryl-markham.jpg?w=490&h=467
Beryl Markham, pionierka lotnictwa

Paula McLain oddaje hołd postaci nieco zapomnianej – wspomnienia Beryl Markham, które zainspirowały autorkę „Okrążyć słońce” do podjęcia tematu, są dziś mniej znane niż „Pożegnanie z Afryką”. Wiedzcie zatem, że tym roku minęła trzydziesta rocznica śmierci tej buntowniczki i pionierki wielu dziedzin – Beryl zmarła w 1986 roku, a spóźniony zachwyt nad jej książką „West with the Night” pozwolił jej na podniesienie się z ubóstwa i przeżycie ostatnich lat w miarę komfortowych warunkach.

Choć sama w sobie postać jest szalenie interesująca – wszak Beryl Markham to pierwsza kobieta, która pokonała Atlantyk drogą powietrzną w 1936 roku! – to jednak jej książkowa wersja nie do końca mnie przekonała. Nie potrafiłam polubić Beryl, choć nie potrafię wyjaśnić, dlaczego. Doceniam jej nietuzinkowość i upór, by wieść życie według własnych zasad, ale coś mi w niej nie grało. Może to niszczące uczucie do Denysa było nieprzekonująco opisane? Tak, to chyba właśnie o to chodzi.

Niemniej, „Okrążyć słońce” to jeszcze jedno okienko, przez które można zajrzeć do fascynującego świata brytyjskiej kolonii, świata, których odchodzi w przeszłość na oczach wszystkich bohaterów. Dla tego świata, dla spalonych słońcem wzgórz Kenii warto całą rzecz przeczytać.

PS. Podziękowania kieruję w stronę wydawnictwa Znak Literanova!
PPS. Dla rozluźnienia tematu – gdzieś w odmętach internetów natrafiłam na zabawę pod tytułem „dodaj do ostatnio przeczytaj książki hasło i frytki do tego”. Więc, panie i panowie, okrążyć słońce i frytki do tego.

Pożegnanie z Afryką

Pozostając w temacie okołopodróżniczym – w końcu wakacje jeszcze się nie skończyły, choć widać kres moich wojaży – co powiecie na wyprawę do Afryki? Ale taką… klasyczną?

„Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen to jeden z tych klasyków, który gdzieś tam zawsze odkładałam na później. Postanowiłam wreszcie nadrobić, między innymi dlatego, że czeka mnie bardzo zacna książka w tym klimacie, a dobrze jednak znać punkt wyjścia. W międzyczasie zorientowałam się, że jedna z moich ulubionych bibliotek ma naprawdę obfity zbiór audiobooków, ergo słuchana wersja dzieła Blixen wylądowała w moim odtwarzaczu błyskawicznie. W rezultacie, gdy przechadzałam się ulicami Warszawy i szutrowymi drogami Mazur, tak naprawdę spacerowałam po farmie z widokiem na góry Ngong.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/f/f2/Ngong'_Hills,_Nairobi,_Kenya.jpg
Góry Ngong

Baronowa Blixen – znana także pod pseudonimem Isak Dinesen – w swojej najsłynniejszej książce uchwyciła ostatnie chwile Brytyjskiego Imperium w kenijskiej, kolonialnej odsłonie. Jej farma Ngong mieściła się w Brytyjskiej Afryce Wschodniej, protektoracie, który pokrywa się właściwie z dzisiejszą Kenią. Plantacje kawy, hodowla bydła, wypatrywanie pory deszczowej i plagi szarańczy – te sprawy przez siedemnaście lat stanowiły codzienność Karen Blixen, jej pracowników i przyjaciół. Kikujuscy squaterzy, muzułmańscy Somalijczycy, dumni Masajowie, rozmaici pracownicy farmy, a do tego cała panorama ówczesnych lokalnych osobistości zapełniają karty opowieści Blixen. Baronowa znana była wśród kolonistów z przyjaznego i pełnego szacunku stosunku do tubylców; wielu ze swoich pracowników uważała za przyjaciół i wiernie opisała zwyczaje lokalne zwyczaje, jak choćby kikujuską ngomę, coś na kształt tanecznego rytuału w rytm bębnów.

https://media-cdn.tripadvisor.com/media/photo-s/01/ca/28/79/provided-by-museums-of.jpg
Farma Karen Blixen – dziś muzeum poświęcone autorce i książce.

„Pożegnanie z Afryką” to coś na kształt pamiętniko-wspomnień (pięknie opisuje to angielskie słowo memoir), i przemyca nie tylko atmosferę lat minionych, ale też poetycki namysł nad życiem i sporą dawkę autorefleksji. Dużo tu wtrętów mocno metaforycznych: jak choćby wtedy, gdy przy ostatecznym wyjeździe, już po sprzedaży farmy, Karen wraz z przyjaciółką dokonuje czegoś na kształt niemej inwentaryzacji, „wpisując” wszystkie woły, konie i inne zwierzęta do księgi zażaleń, którą później przedstawia się Losowi. Im bliżej tytułowego pożegnania, tym więcej nostalgii – rzecz absolutnie zrozumiała, jako że „Pożegnanie” ukazało się w 1937 roku, trzy lata po powrocie Blixen do Europy.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/6/6b/OutOfAfrica.jpg
Pierwsza edycja angielskiego wydania – ogromnie podoba mi się ta okładka!

Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej. Owszem, można odczuć wspomnianą atmosferę, kulturoznawczo to interesująca rzecz, ale… czegoś mi brakło. W przypadku audiobooków ogromną rolą pełni jednak głos czytująca – i mam wrażenie, że „Pożegnanie” podobałoby mi się bardziej, gdyby nie lektorka Karolina Nolbrzak. Już mniejsza o znudzony ton, ale jej niepoprawne akcentowanie doprowadzało mnie do pasji. Otóż w języku polskim niektóre formy czasowników – konkretnie, forma przeszła liczby mnogiej – posiadają wyjątkowo akcent na trzecią sylabę od końca. Czyli „wybraliśmy się”, a nie „wybraliśmy się”. Wybaczcie czepialstwo, ale jestem na tym punkcie dość mocno wyczulona.

Czy moja raczej mało entuzjastyczna opinia na temat „Pożegnania” to efekt wyłącznie irytowania głosem czytającym – tego nie jestem pewna, niemniej dużo wody upłynie, zanim sięgnę po papierową wersję. Prędzej już zdecyduję się, w ramach zgłębienia ogólnego tematu, na ekranizację z Meryl Streep i Robertem Redfordem. Film ma ten zasadniczy plus, że wszystkie cudowne widoki opisane w książce po prostu widać – choć już po zwiastunie wiadomo, że reżyser postawił na bardziej miłościwą historię niż opowieść o Afryce.

Dlaczego Afryka? Bo jest.

„Jak robić dobrze” Szymon HołowniaTrzy razy zaczynałam pisać ten tekst, ale żadne ze zdań otwierających nie wydało mi się Ostatecznie Odpowiednie. Najprościej chyba zatem będzie zacząć od autora – Szymon Hołownia, dziennikarz, publicysta i pisarz, specjalizuje się w dziedzinach okołospołecznych i popteologicznych (bardzo podoba mi się to określenie), z wycieczkami w stronę telewizyjnych show. Hołownię czytać lubię, często wracam do jego pierwszej książki, „Kościoła dla średniozaawansowanych”. Zdroworozsądkowe, celne i dowcipne przedstawienie zwyczajów i absurdów Kościoła bardzo trafiło mi do gustu (na samą myśl o rozdzialiku na temat chóru parafialnego wewnętrznie chichotam, nie mówiąc już o figurkach aniołków, które za „co łaska” kiwają główkami przy bożonarodzeniowej szopce). Kolejne teksty Hołowni, zwłaszcza te bardziej… metafizyczne, że tak to ujmę, również mi się podobały. Abstrahując od popteologii, felietonów w „Pani” i telewizji TVN – Hołownia od ponad dwóch lat wytycza jeszcze jeden kierunek: na południe. Do Afryki.

Dlaczego Afryka? Bo jest. Po prostu. Bo tam są ludzie, który trzeba pomóc. Hołownia pomaga poprzez dwie założone prze siebie fundacje: to fundacja Kasisi, wspierająca Dom Dziecka Kasisi w Zambii i fundacja Dobra Fabryka, która finansuje wiejski szpital w Ntamugendze (Demokratyczna Republika Konga) oraz Centrum Opieki Paliatywnej w Kabudze koło Kigali (pierwsze i jak na razie jedyne hospicjum w Rwandzie). Rzecz w tym, by – jako stoi w tytule – robić dobrze, ale – to mógłby być podtytuł – robić dobrze z głową. Bo, jak pisze Hołownia, „pomoc to lekarstwo, a nie stała dieta”. Bo lepiej zaproponować przemyślaną wizję pomocy mniejszej (choćby z początku) grupie, niż wysłać w teren w najszlachetniejszym porywie serca konwój kontenerów z jedzeniem.

Oprócz tłumaczenia, czemu Afryka, jak się pomagało i jak się pomaga, u Hołowni dużo miejsca zajmują opowieści wprowadzające w tambylczy krajobraz kulturowy. Ot, choćby o tym, że gdy chce się znaleźć konkretne miejsce, nie szuka się adresu, tylko „jedź dziesięć minut prosto, w tym miejscu, gdzie była chińska knajpa, skręć w lewo, za osiedlem za murem skręć w prawo, a potem pytaj dalej”. Albo o inwencji rodziców w dziedzinie konstruowania imion dla swych pociech: wśród dzieciaków w Kasisi jest Kinglord, ale też Gladgirl, Whiteson czy trojaczki: Trustina, Bestina i Lastina. Albo o poszczególnych podopiecznych z obydwu fundacji (mnie za serce chwycił Jacob Banda).

Przy okazji, muszę przyznać, że Afryka nie jest miejscem, które mnie pociąga (trochę fascynuje, ale na odległość). Ale nie szkodzi, bo nie chodzi tu tylko o Afrykę: „Jak robić dobrze” może stać się punktem wyjścia do samodzielnego wprowadzania zmian w aktualnym miejscu przebywania. Swada, pasja i charyzma – Hołownia potrafi przekonać do tego, co robi. Bynajmniej nie są to historie typu „my białe ludzie pomagamy biedna Afryka” (jedno, jedyne potknięcie protekcjonalności na całą książkę nie robi różnicy). To historie ludzi, którzy robią dobrze i ludzi, którzy z tego dobra korzystają – by potem, oby, ponieść je dalej w świat. To też zaproszenie od autora, by samemu się zaangażować: niekoniecznie wspomóc jedną z jego fundacji, ale po prostu przyczynić się do rozwoju ogólnie pojętej życzliwości dla mieszkańców tego świata.

 PS. A za książkę w dobro obfitą dziękuję wydawnictwu Czerwone i Czarne!

Dzieła zebrane #4

W czwartej odsłonie dzieł zebranych (przypominam: chodzi o krótkie refleksje nad tymi lekturami, które dobrze opisuje się w formie pigułkowej) dwa powroty, jeden antropologiczny, drugi starożytno-rzymski. Tak się składa, że obydwa powroty są pożyczone – więc od razu kieruję strumień dziękczynień do Magdy (vide Barley) oraz Bartka (zwanego Gordianusem).

Plaga gąsienicPrimo, niewinny antropolog powraca do Kamerunu, czyli Nigel Barley i jego „Plaga gąsienic”. Ów powrót obliczony jest na to, żeby Barley – który miał okazję spędzić ładnych parę miesięcy wśród Dowayów – mógł zaobserwować ceremonię obrzezania, arcyważny moment w życiu plemienia (pierwotnie chciałam napisać „wziąć udział”, ale niespecjalnie dobrze to brzmi w tym kontekście). Cała rzecz dzieje się raz na kilka lat i randomowemu badaczowi nie zawsze udaje się trafić w kalendarz. Czy tym razem się uda – o, to już zupełnie inna kwestia. Niemniej, raz jeszcze dostajemy opowieści interesujące i pisane z polotem. Może nie czyta się już tak świetnie, jak części numer jeden – efekt pierwszego wrażenia nieco przyblakł – ale wciąż jest zacnie. I coraz mocniej wiem, że wolę być badaczem terenowym w miejskiej dżungli.

„Zagadka Katyliny” Stephen SaylorSecundo, „Zagadka Katyliny” Stephena Saylora. Tu powrót uosabia Gordianius Poszukiwacz – choć zdawałoby się, że wiedzie życie ustatkowanego obywatela Rzymu i żadnych ekscesów nie widać na horyzoncie zdarzeń. Oto małżonka, trójka dzieci (w tym dwóch adoptowanych synów), piękne gospodarstwo na wsi, cisza, spokój… ech, właśnie nie do końca. Choć Gordianus stara się odciąć od rzymskiej polityki, to polityka (w pakiecie z intrygami, spiskami i walką o władzę) osobiście zastuka do jego drzwi. A wszystko przez Lucjusza Sergiusza Katylinę, jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci tamtych czasów. Jego konflikt z Cyceronem stał się kanwą wielu dzieł (nie mówiąc o samych mowach Cycerona przeciwko Katylinie), a Saylor podsuwa ujęcie trochę… z innej strony. Nie będzie to moja ulubiona powieść z cyklu, ale dobrze znów było spotkać Gordianusa.

Z ogłoszeń parafialnych – skoro już mamy okazję: Malita czyta teraz nieco mniej, z braku czasu i z uwagi na brak dostępu do świeżych dostaw książek analogowych (tj. w papierku). Ale za to będzie okazja więcej korzystać z mego umiłowanego czytnika, a tam czają się rozmaite klasyki literatury (łącznie z Tołstojem, którego obiecuję sobie od lat). Bądźcie czujni!

„She” Henry Rider Haggard

„She” Henry Rider HaggardMiejsca, z których czerpię inspiracje książkowe, to temat szeroki a zasługujący na naprawdę rzetelne opisanie. Ale to nie dziś, nie teraz – dziś tylko prześlizgniemy się po temacie. Otóż wzmiankę o „She” Haggarda napotkałam (do spółki z „Wind in the Willows” Grahame’a) w historii współczesnego czarostwa, naukowym opracowaniu Ronalda Huttona („The Triumph of the Moon”, skądinąd naprawdę mocna a solidna rzecz). Dużo później skojarzyłam sobie to z książką „Powrót Onej”, która utkwiła mi w pamięci z uwagi na tytuł („Ona” jako imię, nie jako zaimek osobowy? Błyskotliwe!). I tak od wzmianek i skojarzeń przeszłam do zrzucenia pliku na czytnik (yay dla Projektu Gutenberg!).

Henry Rider Haggard zasłynął powieściami przygodowymi z nutką archeologiczno-fantastyczną: dość wspomnieć „Kopalnie Króla Salomona” (Allain Quatermain, do boju!) czy „Córkę Montezumy” – w sumie, ponad sześćdziesiąt dzieł, wydawanych na przełomie wieków XIX i XX. Tematycznie – podróże do Zaginionego Świata. To zdecydowanie literacka działka Haggarda, walnie przyczynił się do powstania gatunku zwanego właśnie lost world. Tak jest i tym razem – oto bowiem wyruszamy do Afryki, by zagłębić się w jaskinie i ruiny przesławnego miasta Kôr.

Wyprawa zaczyna się w Anglii, za sprawą czerepu (to jest: odłamka) starożytnej glinianej amfory. Zapisano na nim historię sprzed naszej ery, a opowiada ona o miłości, morderstwie i zemście. Ciąg dalszy tej historii, w myśl ojcowskiego testamentu, powinien napisać Leo Vincey, młodzian o urodzie Apolla. Zaintrygowani owym dziedzictwem Leo i jego opiekun, Horace Holly, wyruszają do dzikiej Afryki, by odkryć tajemnicę rodziny i by odnaleźć tytułową Oną („She-who-must-be-obeyed”, tak pokornie zwracają się do owej damy jej poddani). Ona, czyli boska Ayesha, pradawna władczyni ruin Kôr, nieszczęśliwa i czekająca na powrót ukochanego…

Całość podana w sprytnym koncepcie – otóż zaczyna się od wstępu wydawcy, który otrzymał manuskrypt od Holly’ego i zdecydował się go opublikować ku potomności. I tak obserwujemy oczami Horace’a całą przygodę: morderczą przeprawę przez bagna, spotkanie z dzikim plemieniem Amahaggerów i wreszcie Oną, Ayeshę, istotę o tyleż piękną i potężną, co szalenie niebezpieczną.

Haggard znał się na rzeczy, kreując świat Onej – spędził w Afryce kilka ładnych lat, znał wielu innych podróżników, fascynowały go ruiny i bogate złoża Czarnego Lądu. Sama historia Ayeshy klimatem ogromnie mi przypominała „A Princess of Mars” (choć chronologicznie jest odwrotnie, ba, obydwie powieści dzieli równo 30 lat) – te pustynie, te plemiona, te pradawne królestwa… wielce lubię takie książki. Najbardziej podobał mi się Billali, starszy plemiona Amahaggerów, który czule zwracał się do Holly’ego „mój synu, mój Pawianie” („my son, my Baboon” – to z uwagi na mało wyględną aparycję narratora). Przygoda, zaskakujące zwroty akcji (końcówka, uau, to było mocne) – miła memu sercu rozrywka.

Indiana Jones approves.

„Wyprawa w Góry Księżycowe” Mark Hodder

„Wyprawa w Góry Księżycowe” Mark HodderCzyli tom trzeci przygód pewnego podróżnika i pewnego poety – znamy ich z naszej właściwej historii, ale u Hoddera wszystko toczy się zupełnie innym torem. Tym razem duet Burton i Swinburne podejmuje wielką wyprawę do Afryki, w Góry Księżycowe. Gdzieś tam, u źródła Nilu, drzemią Oczy Naga – czarny diament, który posiada niezwykłą moc i być może pomoże Wielkiej Brytanii uniknąć wielkiej wojny. Ale to tylko jeden, jedyny drobniutki wycinek wielkiej opowieści…

Sir Richard Burton miota się bowiem między trzema planami czasowymi, ba, między trzema światami: primo, tym, który znamy z grubsza z części numer jeden i dwa całej trylogii: rok 1863, technicy, eugenicy, biologiczno-technologiczne wytwory, gadające papugi i inne przyjemności. Secundo, światem z 1914 roku, w którym trwa niszczycielska wojna (ta, której chcieli uniknąć, podpowiem), ale zgoła odmienna od tej znanej nam z historii (ale za to udziela się w niej Bertie Wells, korespondent wojenny). Tertio, jest i świat, który powinien być, gdyby królowa Wiktoria nie zginęła w zamachu w roku 1840. Świat, który może się uda odzyskać, jeśli sir Burton udaremni zamiar Skaczącego Jacka… że co, że jesteście trochę zagubieni? Nie szkodzi, nie wy jedni. Burton i jego towarzysze też mieli problemy z odnalezieniem właściwego wątku:

„Nie frasuj się tym – wyhuczał cicho nakręcany człowiek. – Nielinearność czasu i mnogie biegi historii to koncepty niezrozumiałe dla waszych miękkich skór. Dla twojego rodzaju wyzwolenie z okowów struktury narracyjnej jest niemalże niemożliwe”*

No, i wszystko jasne.

Mark Hodder raz jeszcze garściami czerpie z kart historii, przerabiając znane wydarzenia i dorzucając znane postaci – ot, Oscar Wilde, Herbet Wells, lord Palmerston, Otto von Bismarck, Fryderyk Nietzsche…mnie osobiście najbardziej ubawił i zachwycił demoniczny a potężny Alesteir Crowley. Acz to już nie jest lekki kryminał czy tchnąca absurdem historia „co by było gdyby”. „Wyprawa…” jest najmroczniejszą, najbardziej ponurą i fatalistyczną powieścią z całej trylogii – i to nie wszystkim może odpowiadać.

Raz jeszcze podkreślę, że ogromnie podoba mi się staranność, z jaką Autor zaplanował cały cykl: historia Burtona i Swinburne’e to szeroko zakrojona i doskonale zaplanowana całość, przewrotne dokopywanie się do przyczyn tych wszystkich zalawirowań w czasie i przestrzeni. Tak, że zatrzęsą posadami wszechświata… i czytelnika.

A teraz przepraszam, muszę zaczerpnąć oddech.
CZEMU TO SIĘ TAK KOŃCZY, O MATKO HUTO?!
*ciąg dalszy ginie w mamrocie bliżej niezrozumiałym*

Fantastyczne. Dajcie sobą zatrząść.

PS. Pożyczyła myszkovska. Oczywiście.
PPS. A tu może znaleźć bardzo sympatyczny wywiad z Markiem Hodderem!

* Mark Hodder, Wyprawa w Góry Księżycowe¸ przeł. Maciej Pawlak, wyd. Fabryka Słów 2013, s. 481.