„Dobry syn” Michael Gruber

„Genialny klimat”, „świetnie napisana”, „błyskotliwa”, „zaskakująca” . Tyle się nasłuchałam peanów na dzień dobry, zanim jeszcze otworzyłam książkę. Zawsze trochę się obawiam takich rekomendacji – nastawiam się na, nie bójmy się tego słowa, epickie i mocarne przeżycia czytelnicze, a potem przychodzi tylko gorzkie rozczarowanie. A że dodatkowo mudżahedini, Pakistan, ABN i terroryzm to potencjalnie nie jest moja bajka, byłam nieufna.

Trudno na szybko streścić, o co chodzi, bo wątków jest dużo, a zbycie każdego z nich jednym zdaniem wydaje mi się niesprawiedliwe. Wszystko splata się ze sobą subtelnie i przemyślnie – od wąskich korytarzy siedziby Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, przez rozległe krajobrazy Pakistanu, po zatłoczone uliczki egzotycznego Lahaur. Łączy je jedno dramatyczne wydarzenie: międzynarodowa grupa naukowców zostaje porwana przez grupę mudżahedinów. Wśród nich jest Sonia Bailey, pisarka obłożona fatwą (ma na sumieniu między innymi wyprawę do Mekki w męskim przebraniu) i o bardzo skomplikowanej przeszłości. Mudżahedini wysuwają standardowe żądania i grożą, że będą mordować zakładników. Sonia ma jednak swojego obrońcę, nieustraszonego żołnierza sił specjalnych USA, który zrobi wszystko, by ją uratować. Theo Bailey, jedyny syn Soni, planuje wyrafinowaną intrygę, byle tylko móc pojechać do rodzinnego Lahaur i pomóc matce. Jest jeszcze – pozornie niezwiązana z Sonią i Theo – Cynthia Lam, ambitna i diablo inteligentna specjalistka ds. języków arabskich ABN. Panna Lam przechwytuje enigmatyczną rozmowę telefoniczną, z której wynika, że jedna z rozlicznych organizacji mudżahedinów planuje zamach terrorystyczny. W grę wchodzi 75 kilogramów skradzionego uranu – dzięki niemu można skonstruować potężną bombę. Co więcej, Cynthia przypadkiem dowiaduje się o jakiejś tajnej akcji CIA. Czasem zbyt duża wiedza to zgubna wiedza…

Słuchajcie, to dopiero początek. Michael Gruber po kawałeczku, po jednym kęsku odkrywa przed czytelnikami losy swoich bohaterów, oszczędnie dawkując informacje. Świetnie zaostrza apetyt, rozbijając opowieść na dwa plany czasowe: historię Theo i Soni poznajemy dwutorowo, w teraźniejszości i w przeszłości. „Dobry syn” to też nie tylko sensacyjna książka o terrorystach, reklamowana na okładce jako thriller polityczny, ale też swego rodzaju refleksja nad kulturą islamu. Będzie o zacofaniu i o sufizmie, pojawi się fanatyczny konserwatyzm i religijne uniesienia (bardzo piękne – od razu skojarzyło mi się „Czterdzieści zasad miłości”). Co do innych nawiązań, momentami przypominało mi to „Chłopca z latawcem” Khaleda Hosseiniego, (tak tak, wiem, Afganistan i Pakistan to co innego, ale chodziło mi o wątek przyjaźni Theo i Wazira). Kłaniam się też w stronę tłumacza* – bardzo mi zaimponował przekład idiolektów konkretnych postaci (zwłaszcza żołnierskiej amerykańskiej ekipy, fajne chłopaki). Cieszyłam się każdą stroną – tym razem peany faktycznie były na miejscu. Dołączam zatem do chóru piejącego na cześć prozy Grubera. Genialny klimat, świetnie napisana, błyskotliwa, zaskakująca.

*Michael Gruber, „Dobry syn”, przeł. Andrzej Grabowski, Świat Książki, Warszawa 2011.

„Kocie furtki i pułapki na myszy” Harry Oliver

Niewielka książeczka z podtytułem „Skąd się wzięły zwyczajne (i niezwykłe!) przedmioty w naszym życiu?” to chyba ostatnia z moich zdobyczy z zeszłorocznych Targów Książki w Krakowie, która zalegała na półce w oczekiwaniu na wolną chwilę. A raczej na kilka wolnych chwil, gdyż nie jest to rzecz do przeczytania „na raz”.

Całość składa się z półstronicowych historii najróżniejszych przedmiotów z życia codziennego. Mało się zastanawiamy nad ich pochodzeniem – ok., ja się nie zastanawiałam, skąd się na przykład wziął wąż ogrodowy czy otwieracz do konserw. W każdym razie, Autor się zastanowił, zebrał informacje, a potem w przyjazny użytkownikowi sposób przekazał rezultat poszukiwań. Po drodze dzieli przedmioty na sekcje: w domu, w biurze, w łazience, zdrowie i lekarstwa, napoje, grzeszne przyjemności… Będzie wszystkiego po trochu, od nici dentystycznej, przez pluszowego misia, po Coca-Colę. Nie ma się co rozpisywać nad treścią: po prostu krótkie opowiastki, faktograficzno-anegdotyczne, coś, co w fachu dziennikarskim zwykło zwać się „michałkami”. Mnie osobiście najbardziej ubawiła tytułowa kocia furtka – Issac Newton zasłużył się tylko w dziedzinie fizyki, jak widać! Ale nie zalecam jako ciągłej lektury, lepiej aplikować sobie po kilka przedmiotów na raz, albo po jednym dziennie – niekoniecznie w masie, bo wszystko się zleje w jeden wielki przypadkowy wynalazek. W każdym razie, sympatyczna rzecz.

PS. W międzyczasie nabyłam podobną książkę tegoż Autora, „Czarne koty i Prima Aprilis” (o przesądach i nie tylko), czeka na wolną chwilę. A raczej na kilka wolnych chwil.

„Przejście” Connie Willis

Jeszcze jedna książka z cyklu „znalazło się przy remoncie”. Obłędnie gruba, małym druczkiem, zapowiadała się ciekawie – lubię takie „neurologiczne” klimaty (choć bardziej w kinie, patrz „Incepcja” czy „Kod nieśmiertelności”).

Psycholog kognitywna, Joanna Lander, pracuje w Szpitalu Ogólnym Miłosierdzia Bożego i zajmuje się badaniem doświadczeń granicznych – doświadczeń, których doznaje się podczas stanu śmierci klinicznej. Zdeterminowana, rzetelna i ambitna, stara się w sposób naukowy i bezstronny podchodzić do wszystkich relacji, których wysłuchuje. Jej zmorą jest doktor Mandrake, który zajmuje się tym samym, tylko stronniczo: opowieści pacjentów nagina do swojej teorii o realności Tamtej Strony i przekonuje wszystkich, że w trakcie doświadczeń pojawia się niebo, zmarli krewni i Świetlisty Anioł. Tymczasem w szpitalu pojawia się nowy lekarz, neurolog Richard Wright, symulujący stan śmierci klinicznej za pomocą środków psychoaktywnych. Joanna dołącza do jego projektu i rzuca się w wir pracy: eksperymenty, odczyty wyników, wywiady, odwiedzanie dotychczasowych pacjentów… jednak gdy ochotnicy, na których przeprowadzano badania, wykruszają się, doktor Lander sama postanawia poddać się eksperymentowi. A to, czego doświadczy podczas symulacji śmierci klinicznej, zupełnie zmieni jej życie. I nie tylko jej…

Powiem tak: pierwsze pięćset stron nie szło się oderwać. Czytałam do późna, wstawałam wcześniej, pełne poświęcenie. Sympatyczna Joanna, uroczy doktor Wright, irytujący doktor Mandrake i plejada szpitalnych postaci – szybko się z nimi zaprzyjaźniłam i śpieszno mi było wraz z całą ekipą rozwikłać zagadkę śmierci klinicznej. Intrygujące są też cytaty, otwierające poszczególne rozdziały: to ostatnie słowa różnych znanych osób, wygłoszone na łożu śmierci. Kilka wpadek translatorskich nie przeszkodziło mi gnać przez kolejne strony… do czasu. Końcówka (czy raczej ostatnie 250 stron) nieco mnie rozczarowała, ale to raczej ze względów fabularnych. Nie jest to broszurka (prawie 900 stron), więc nie wszyscy dadzą radę. Ale miłośnikom opasłych tomów polecam. I wielbicielom wszelakich katastrof… zwłaszcza zatonięcia Titanica. Dlaczego? Ha! Sprawdźcie sami. SOS!

„Wielki dom” Nicole Krauss

Ciężko będzie w krótkich, żołnierskich słowach oddać fabułę tej książki, bo Nicole Krauss plecie misterną sieć, wiążąc ze sobą wszystkie postaci. Ale spróbujmy.

Jest więc amerykańska pisarka, która celebruje swoją samotność i miota się między wewnętrznymi lękami a rzeczywistością. Jest młoda dziewczyna, studentka, zaplątana w wyjątkową, choć dość toksyczną relację z chłopakiem o skomplikowanej przyszłości. Jest wdowiec rodem z Anglii, który po pięćdziesięciu latach życia małżeńskiego odkrywa frapującą tajemnicę ukochanej żony. Jest na koniec mężczyzna, Izraelczyk, przez całe życie próbujący ułożyć sobie relację z młodszym synem. Wszystkich – a najmocniej pierwszą trójkę – łączy biurko, niesamowity mebel, który zdaje się być piątym bohaterem powieści.

„Nazwanie tego mebla biurkiem (mówi ów angielski wdowiec) to niedopowiedzenie. To słowo kojarzy się z przytulnym, skromnym sprzętem, nieegoistycznym i praktycznym przedmiotem (…) To biurko było czymś zupełnie innym: gigantycznym, odpychającym potworem, który przygniatał swoim ogonem lokatorów, potworem udającym martwy przedmiot, lecz, jak muchołówka, w każdej chwili gotowym zaatakować i wessać ich w jedną ze swych licznych strasznych szuflad.”

Wszyscy opowiadają swoje historie, monologując albo do siebie, albo do jakiejś konkretnej osoby – intrygująca jest zwłaszcza amerykańska pisarka, cały czas zwracają się do kogoś „Wysoki Sądzie”. Właściwie nie wiadomo, czy rzeczywiście składa zeznanie, czy to zwrot do jakiejś metafizycznej instancji samosądu. Z początku te historie wydają się toczyć się osobno, jak gdyby przypadkowo znalazły się w jednej książce (no, oprócz tego, ze jest biurko), ale z upływem kartek zaczynamy odkrywać powiązania, relacja, związki. Choć i tak nic nie jest jasne do końca…

Ta książka jest jak magnes. Zatrzęsła mną — dawno żaden tekst tak na mnie nie zadziałał. Coś niesamowitego. Poświęćcie jej chwilę. Niejedną.

„The First Chronicles of Druss the Legend” David Gemmell

Jak wiecie, od czasu do czasu lubię coś poczytać w najpiękniejszym języku obcym świata – czyli po angielsku. Zazwyczaj są to powieści historyczne (jak tutaj czy tutaj), ale tym razem odkopałam (znów dzięki remontowi) zapomnianą książeczkę z gatunku heroic fantasy. Są wakacje, to lecimy herosami – czemu nie.

To zaledwie część tzw. „Sagi Drenajów” Gemmella, skądinąd popularnego angielskiego pisarza fantasy. Niech Was nie zmyli określenie „First”, bo to w zasadzie prequel, ale chronologicznie w sadze to część czwarta, wydana jako szósta – ogółem, lekkie zamieszanie. W lekturze owo zamieszanie nie przeszkadza to ani trochę; nietrudno połapać się w geografii i ogólnym zarysie świata, wykreowanym przez Gemmela. Główny bohater, nieco mrukliwy i nieskomplikowany mięśniak, mieszka z ojcem i macochą w odległej wioseczce w górach Drenai. Pozostali mieszkańcy nie lubią Drussa, wręcz się go obawiają – jedyną osobą, która potrafi zbliżyć się do naszego bohatera, jest jego ukochana żona Rowena. Ich w miarę spokojne życie kończy się, gdy na wioskę napadają handlarze niewolników, paląc domy i porywając wszystkie kobiety. Ocalał jedynie Druss i jedna z dziewcząt. Nasz bohater poprzysięga zemstę i rusza na ratunek ukochanej, dość lekkomyślnie, bo jego plan zakłada dogonienie porywaczy i stawienie im czoła w pojedynkę. Na szczęście na drodze Drussa staje Shadak, który również ściga krwiożerczą bandę – szuka pomsty za syna. Tym samym Druss zyskuje przyjaciela i mentora, który pomoże stać się mu Prawdziwym Wojownikiem. Ach, byłabym zapomniała – jest jeszcze przeklęty topór, Snaga, dziedzictwo Drussa po szalonym dziadku, Bardanie. Więc jest quest, jest mentor, jest ukochana (zresztą okazuje się obdarzona magicznymi zdolnościami) – lecimy. A po drodze będą upadki imperiów, wojny, lochy, demony, sam smak.

Wydawać by się mogło z początku, że Druss to kolejny osiłek pokroju Conana Barbarzyńcy: kupa mięcha odpowiednio opakowana w obcisłe skórzane wdzianko i wyposażona w śmiercionośną broń (w tym przypadku: topór). Druss – nieodmiennie kojarzy mi się to imię z onomatopeją „ŁUPS!” – z czasem nabiera czegoś w rodzaju ogłady, a nawet ewoluuje u niego poczucie humoru. Trudno go nie lubić, choć kryształowo honorny i taki… czarno-biały w postrzeganiu świata. Nie przeszkadzało mi to zbytnio i czuję się bogatsza w kolejną pozycję z gatunku heroic fantasy i mądrzejsza o kolejną powieść po angielsku.

„Norwegian Wood” Haruki Murakami

To już moje drugie powieściowe podejście do Murakamiego (po uroczo brzmiącym „Afutā Dāku”, czyli „Po zmierzchu”). Poetyka autora nie przemawia do mnie jakoś zabójczo, ale wiedziona zachętami i polecankami innych blogerek, postanowiłam spróbować raz jeszcze. Ale chyba znów trafiłam na nieodpowiednią książkę…

Jest rok 1968. Tōru Watanabe, student uniwersytetu Waseda, egzystuje ze stoickim spokojem w akademickim realiach. Dzieli pokój z Komandosem, fanatykiem czystości, chodzi na popijawy i podryw z  aroganckim i przebojowym Nagasawą. Jednak całe jego życie determinuje skomplikowane uczucie do niepokojącej Naoko. Dziewczyna była niegdyś związana z Kizukim, najlepszym przyjacielem Tōru z dzieciństwa, który popełnił samobójstwo w wieku siedemnastu lat. Jego odejście na zawsze zmieniło relacje Naoko i Tōru – on sam twierdzi, że po samobójstwie przyjaciela odkrył, że „śmierć nie jest przeciwieństwem życia, a jego częścią”*!. Tymczasem Naoko okazuje się cierpieć na bliżej nieokreślone zaburzenia psychiczne i przenosi się do sanatorium Ami, położonego daleko w górach. To coś w rodzaju łagodnej wersji szpitala psychiatrycznego, gdzie pacjenci uczą się żyć ze swoimi problemami. Tōru odwiedza ją dwukrotnie i jego myśli cały czas krążą wokół Naoko, listów do niej i od niej. Jednak w Tokio poznaje Midori, nieco postrzeloną dziewczynę. Midori studiuje na tej samej uczelni, miewa różne dziwaczne zachcianki, ale w głębi duszy jest dużo bardziej złożoną osobą, niż się wydaje z pozoru. Tōru miota się między nimi – choć nie, „miotać” to złe określenie. Sugeruje jakąś akcję, jakieś rozedrganie, a Tōru jest wcieleniem spokoju. I tak sobie płynie ta opowieść od jednej szklanki whisky do drugiej…

Z moim czytaniem tej książki przez pierwsze kilkadziesiąt stron było słabo, z pojawieniem Midori trochę się poprawiło, a potem znów musiałam się zmuszać do lektury. Pozwólcie, że ujmę mój komentarz porównawczo (bom z wykształcenia kulturoznawca porównawczych studiów cywilizacji). Swego czasu dla Teatru Telewizji wystawiono „Hamleta” w kopalni soli, bodajże w Wieliczce. Nuda niemiłosierna, ja nie wiem, jak tak można zarżnąć Szekspira. W każdym razie, jeden z krytyków w recenzji tegoż spektaklu zawarł dość znamienne słowa: że najbardziej dramatycznym momentem przedstawienia był skok kota z kolan królowej Gertrudy – takie to było niespodziewane. Otóż w „Norwegian Wood” nawet takiego kota nie było. Na linii Malita-Murakami znów klęska. Światełkiem w tunelu może okazać się „Kafka nad morzem”, którą to książkę mi wszyscy polecają. Ale to nieprędko.

* Haruki Murakami, „Norwegian Wood”, przeł. Dorota Marczewska i Anna Zielinska-Elliot, Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2006, s. 43.

PS. Wyzwaniowo – „Z półki” – skończyłam wyzwanie!

„Biała królowa” Philippa Gregory

Philippy Gregory czytałam mnóstwo – w sumie wszystkie powieści epoki Tudorów, acz w oryginale. Każda wzbudzała mój niekłamany zachwyt (zwłaszcza „The Constant Princess” i „The Other Boleyn Girl”), w końcu ubóstwiam epokę Tudorów. Tym razem jednak przenosimy się w czasy wojny Dwóch Róż, czyli co to było w Anglii, zanim Tudorowie zdobyli tron. Przyznam, że wojnę Dwóch Róż kojarzę słabo: acha, XV wiek, Yorkowie i Lancasterowie, a to tam był Ryszard III? Tym bardziej więc cieszyłam się, że coś więcej się dowiem.

Jak to zwykle u Gregory, śledzimy losy sławnej postaci historycznej – niezwykłej kobiety.  Tytułową Białą Królową jest Elżbieta Grey, piękna, młoda wdowa. Pewnego dnia niespodziewanie spotyka króla Anglii, Edwarda IV Yorka. Władca jest nią zupełnie zauroczony. Zakochani biorą potajemny ślub, co (gdy już sprawa wychodzi na jaw) nie podoba się ani doradcom, ani braciom Edwarda, Jerzemu i Ryszardowi. Koligacje rodzinne i intrygi na dworze są dość skomplikowane, ale tak to już drzewiej bywało: całe mnóstwo możnych rodów, każdy chce uszczknąć jak najwięcej władzy i bogactwa dla siebie, a do tego wszyscy nieustannie zmieniają stronnictwa. Bratobójcza wojna wyniszcza królestwo, a Edward IV usiłuje zachować tron i zaprowadzić pokój. Elżbieta próbuje mu w tym pomóc, ale sama ma wielu wrogów: także wśród najbliższej rodziny swego męża.

Elżbieta i Edward w powieści Gregory są zgodnym małżeństwem i dochowują się całej gromadki potomstwa – pośród niej słynnych „książąt z Tower”, czyli dwóch chłopców, którzy w tajemniczy sposób zniknęli z twierdzy. Ponoć zginęli z ręki swego wuja, Ryszarda III, najmłodszego brata Edwarda. Autorka proponuje nowe wytłumaczenie owego zniknięcia – ale jakoś mało spektakularne, przyznam. Dużo ciekawsze było choćby w „Portrecie nieznanej damy” Vanory Bennet. Niemniej, kilka motywów jest naprawdę ciekawych: jak choćby wątek Meluzyny, wodnej boginki, od której bierze początek ród Elżbiety. Zarówno Elżbieta, jak i jej matka, Jakobina Luksemburska, posiadają pewne magiczne zdolności, które nieraz przydają się Yorkom w czasie wojny, ale stają się też przyczynkiem do oskarżenia obu kobiet o czary (to już standard w tych czasach: niepożądane niewiasty oskarżano o pakt z diabłem, vide Anna Boleyn, na przykład). Mimo wszystko, jakoś nie porwała mnie ta powieść. Owszem, bardzo rozjaśniło mi się, kto jest kim w Wojnie Dwóch Róż, ale Elżbieta Woodville nie przekonała mnie do siebie. I zakończenie wydało mi się takie… urwane (rzecz kończy się jeszcze przed bitwą pod Bosworth). Ogółem, przyzwoite, ale nie zachwyca. Ale czeka na półce jeszcze „Czerwona królowa”, powieść o Małgorzacie Beaufort, matce Henryka VII Tudora. No, może będzie lepiej.

Wyzwaniowo – „Z półki”.