Happy birthday, miss Austen.

„Janeici”, czyli fani panny Jane, dziś mają oficjalną okazję do świętowania, mniej czy bardziej oficjalnie. Dokładnie 239 lat temu urodziła się Jane Austen i to dobry moment, żeby coś w klimacie poczytać. Otóż ostatnio w rozmaitych testach typu „który bohater Austen jest Twoim księciem z bajki” (luźne tłumaczenie, piękne, nie wierne) wychodził mi Edmund Bertram, wcielenie cnót wszelakich w powieści „Mansfield Park”. Cytując:

“Your soulmate is also your best friend. Edmund will always listen to you and be a shoulder to cry on – and he’ll know just how to cheer you up, too. Sure, he can be a bit serious, but he has strong values, which you can’t help but admire”

…no cóż. Jako że mało co pamiętałam z historii Fanny i Edmunda, postanowiłam sobie odświeżyć rzeczoną książkę i oto proszę.

Zacznijmy bajkowo: dawno, dawno temu były sobie trzy siostry. Jedna wyszła za mąż za możnego i wysoko postawionego pana Bertrama o kryształowych zasadach moralnych. Druga poślubiła pastora nazwiskiem Norris. Trzecia, obecnie pani Price, popełniła mezalians i teraz niedostatek wraz z mężem alkoholikiem i pokaźną gromadką potomstwa. Pani Bertram i pani Norris postanawiają wspomóc siostrę i przygarnąć jedną z jej córek – cichutką i spokojną Fanny. Dziewczynka ma zamieszkać w eleganckiej rezydencji Bertramów, Mansfield Park i kształcić się na dobrze obytą młodą damę. Teoretycznie ma być pełnoprawną mieszkanką posiadłości, ale ciotka Norris i jej kuzynki szybko dają jej odczuć, jak niewiele jest warta. Nie mówiąc o tym, że powinna być permanentnie  wdzięczna wujostwu za wyrwanie z dotychczasowej niedoli. Jedyną zaufaną osobą w posiadłości jest kuzyn Edmund, poważny chłopiec o złotym sercu, i dobroduszna Fanny bardzo go poważa.

Cottesbrooke_Hall_Northamptonshire
Cottesbrooke Hall w Northamptonshire – inspiracja dla powieściowej rezydencji

Fanny to anioł łagodności: mnie samej trudno było wytrzymać sama myśl o nieznośnej ciotce Norris (archetyp wszechwiedzącej ciotki, w każdej rodzinie jest taka) i rozlazłej, choć poczciwej ciotce Bertram (jeśli myślicie że nie da się nie mieć zdania na ŻADEN temat, cóż, oto pani Bertram). Dziewczyna znosi wszystkie upokorzenia z godnością i anielską cierpliwością (jej spolegliwość też skądinąd potrafiła być irytująca na dłuższą metę), ale zasadniczo jest kontenta ze swojego losu. Mansfield Park wydaje się jej być ostoją harmonii, dobrego smaku i ogólnie pojętego decorum… do czasu, gdy w pobliże wprowadza się rodzeństwo Crawfordów, które wnosi sporo zamieszania w dotychczasowy ład i porządek rodziny Bertramów. Miłosnego zamieszania, dodajmy.

Jak to u Jane Austen – wszystko kręci się wokół rozmaitych relacji towarzyskich, małżeństw, narzeczeństw i wszelakich związków damsko-męskich. Fanny Price nie jest główną rozgrywającą w rozmaitych potyczkach towarzyskich, co to, to nie – ale jako bystra obserwatorka potrafi wiele dostrzec… i się tym przerazić. Austen, mistrzyni ironii, raz jeszcze pokazuje angielskie socjety w sposób ostrożny, ale dający do myślenia (tu koniecznie musicie sprawdzić tekst Pauliny z Miasta Książek „W łóżku z panem Darcym”).

Nie spoilując zanadto – żałuję tylko, że ostateczne rozwiązanie miłosnych historii z Fanny w roli głównej zostało przedstawione tak… zdawkowo. Nic co prawda nie przebije listu od kapitana Wentwortha (jedno z najpiękniejszych literackich wyznań miłosnych EVER), ale chciałoby się choć trochę więcej, niż trzy zdania w epilogu.

Tak czy tak, myślę, że urodziny Jane Austen to idealna okazja, żeby zakopać się pod kocem z „Mansfield Park” (analogowo, albo słuchawkowo, jak Malita). Albo chociaż zerknąć na jedną z rozlicznych adaptacji. Albo chociaż przyjąć jakieś sympatyczne nawiązanie popkulturowe, jak “Lizzie Benennet Diaries” albo „Kraina Jane Austen”.

Mądrość nad mądrościami i wszystko mądrość. Zdjęcie by myszkovska.

Och, no dobra. Kto ze mną zakłada klub miłośników aka miłośniczek Jane Austen? ^^

„Let the Right One In” John Ajvide Lindqvist

Rozrzut audiobooków mam dość konkretny, nie da się ukryć – od gadających zwierzątek, przez historie miłosne sprzed dwustu lat, aż po… wampiry. I to moment, kiedy hasło „still better love story than Twilight” pasuje jak żadne inne. Bo to jest coś na kształt love story. Wampirzego love story, dodajmy, choć nie to w tej książce jest najważniejsze.

Ale zarysujmy najpierw czasoprzestrzeń. Blokowisko w Blackberg, dzielnicy na obrzeżach Sztokholmu, to nie jest najwspanialsze miejsce świata. A już zwłaszcza dla Oscara, lat dwanaście, dla którego przeżycie jednego dnia bez terroru w szkole i przemoczenia bielizny ze strachu to wielki sukces. Zahukany chłopiec z rozbitej rodziny, ileż już takich postaci było… no, ale nie każda postać zaprzyjaźnia się z wampirem mieszkającym po sąsiedzku. I to wampirem pośrednio odpowiedzialnym za makabryczne morderstwo, które wstrząsnęło opinią publiczną. Nietrudno się domyślić, że taka przyjaźń wywróci do góry nogami życie wszystkich zainteresowanych.

Tych zainteresowanych jest sporo – Lindqvist ma dar do tworzenia wyrazistych postaci, na pierwszym i na drugim planie. Oscar i Eli (wampirzątko z sąsiedztwa) to jedno, ale świetnie zarysowani są też prześladowcy Oscara (zwłaszcza Jonny, majstersztyk), jego rodzice, jak również opiekun Eli. Moim osobistym faworytem był mówiący z ciężkim hiszpańskim akcentem nauczyciel wychowania fizycznego, pan Ávila.

„Let the Right One In” John Ajvide Lindqvist
W ramach obrazka oryginalna okładka, bo strasznie mi się podoba.

Ale jest jeszcze jedna, wielce ważna rzecz: w większości opisów tej książki uwagę zwraca się na konotacje wampiryczne, ale na mnie największe wrażenie zrobiło coś innego. Po raz pierwszy spotkałam się z tak sugestywnym przedstawieniem szkolnej przemocy – ba, co tu dużo kryć, brutalnego gnojenia, opisanego tak, że aż mam ochotę się skulić gdzieś na dnie szafy. To nie wampiry tu straszą, paradoksalnie. To ludzie.

Choć i krwiopijcom daleko do łagodnych, skrzących się romantycznych wegetarian: to drapieżniki unurzane w krwi, działające, jak ich biologia nakazuje. Są obrzydliwe w swoich instynktach, ale jednocześnie zdolne do większego poziomu empatii, niż cała klasa Oscara razem wzięta, łącznie z nauczycielami.

„Let The Right One In” to naprawdę mocna rzecz, niezależnie od poziomu wampiryzmu który czasem wydaje się już być – ten wampiryzm, nie poziom – raczej passé. Szwedzcy pisarze jakoś wyjątkowo lubią się babrać w bardziej społecznych tematach, nawet jeśli odbywa się to pod szyldem „romantic vampire fiction” (czujecie, jak to brzmi…). Na marginesie, nie polecam do porannych, chłodnych spacerów czy joggingu, zwłaszcza w Krakowie, gdzie mgła o tej porze bardzo działa na wyobraźnię. Szalenie intensywnie, dodajmy.

PS. Filmów na podstawie jeszcze nie widziałam, ale sądząc po zwiastunach (wersja szwedzka z 2008 roku i wersja amerykańska z 2010) są wielce w klimacie!
PPS. I podziękowania otrzymuje Voodoo Bragga ^^

Morska Sierota i w poszukiwaniu… dostatku.

"Dostatek" Michael CrummeyNie od dziś wiadomo, że Malita ceni książki wzbudzające emocje i pełne porządnych bohaterowie (w sensie, porządnie skonstruowanych, niekoniecznie porządnych moralnie, nawet niekoniecznie dających się uwielbiać). Najlepiej, żeby jedno łączyło się z drugim, acz kiedyś wyznałam, że w dylemacie „postać czy fabuła?” wybieram to pierwsze. Co do emocji – nie chodzi mi o powieści, przy których tygielek pełen uczuć eksploduje raz na rozdział. Wystarczy raz na trzy. Nie ma natomiast nic gorszego po lekturze, niż refleksja w stylu „it left me cold” (doskonałe podsumowanie, ciężkie do przełożenia). „Dostatek” to książka chłodna. Ale nie pozostawiła mnie zimnoobojętną.

Niemniej, ta zimność jest tu arcyważna – Nowa Funlandia, ojczyzna autora i ojczyzna jego bohaterów, to ziemia surowa i niechętna mieszkańcom. Crummey przedstawia dwieście lat walki z przyrodą, głodem i własnymi uprzedzeniami – a wszystko zaczyna się, gdy z brzucha wieloryba wyrzuconego na brzeg wyciągnięty zostaje blady i śmierdzący rybami mężczyzna. Ten niby-mityczny Jonasz, Wielki Biały, Morska Sierota, odmieni życie Paradise Deep i innych wiosek w sposób, jakiego nikt by się nie spodziewał. Choć nie mówi ani słowa, wpląta się w waśnie między dwoma wiodącymi rodzinami w okolicy, Devinami i Sellersami. To początek długiej historii, przeplatanej nadzieją i gorzkim brakiem perspektyw, konfliktami religijnymi, a później klasowymi i wojennymi. Historii niby niedopowiedzianej, jak sterany i niekompletny egzemplarz Biblii, wyłowiony z rybiego gardła.

Przy „Dostatku” przeszłam drogę liczącą sobie lata świetlne – wieki temu, przy zapowiedziach, był dziki entuzjazm („łoo, wieloryb, łoo, rozbitek, łoo, zamknięty świat”). Potem pierwsze cudze wrażenia – byli tacy, co się rozpływali, inni nie byli w stanie zdzierżyć do końca. Potem zaczęłam czytać, i ten surowy, nieprzyjazny świat wciągnął mnie bez reszty. Po kilkudziesięciu stronach pojawiło się zwątpienie – za dużo się zrobiło w tym Márqueza (gryzłam z rozpaczy kartki „Stu lat samotności”, głównie metaforycznie, ale blisko było do realnego gryzienia, kompletnie nie mój klimat). Jakież mi to było obojętne, jak mnie to nie interesowało, kto z kim i jak mu się nie powiedzie i jaką jeszcze klęskę Crummey szykuje dla swoich postaci. Jedna czy dwie sceny może i ładne, ale tak właściwie, to wcale mi ich nie żal, tych wiecznie zmarzniętych, wiecznie głodnych, wiecznie nieszczęśliwych rybaków i ich bliskich.

Nie lubię nie doczytywania książek, więc tak mruczałam i prychałam cichuteńko, przedzierając się przez cuchnące rybą historie Paradise Deep… aż do ostatniej strony. Bo tam, moi drodzy, tam jest takie zakończenie, że wywraca do góry całość. I nagle wszystko staje się jasne. I nagle staję się pełna zachwytu tym odczytaniem „Dostatku”.

Trzeba się mozolnie przekopać przez trzysta stron bez mała, ale niewiele rzeczy raduje tak w życiu, jak odnalezienie sensu. W „Dostatku” jest go pod dostatkiem.

„Pompeja” Robert Harris

„Pompeja” Robert HarrisO, i to jest jedna z kandydatek do Najcierpliwszej Książki Roku. Trzy kolumny książek, spoczywające po mojej lewicy (a właściwie, po lewicy mojego komputera), patrzają na mnie z wyrzutem umiarkowanym, ale wyrzut „Pompei” przybierał na sile już od długiej chwili. +10 do skruchy, rzut obronny niefortunny – co będę przedłużać, zabrałam się za czytanie. Zresztą, to nie jest to lektura strasząca objętością: wedle Malitowych standardów, taka grubsza broszurka.

Rzecz niby o Pompei (dziś raczej obowiązuje nazwa „Pompeje” i pod takim też tytułem wznowiono tę powieść w tym roku) i niby o wybuchu Wezuwiusza, ale tak właściwie o akweduktach. Otóż zanim wulkan splunął ogniem i zniszczeniem, w miastach położonych nad Zatoką Neapolitańską zabrakło wody. Zagadkę jej zniknięcia próbuje rozwiązać młody Atiliusz Primus, akwariusz, czyli inżynier wodny. Skąd zapach siarki w kanałach? Dlaczego w basenie bogatego a chciwego wyzwoleńca Ampliatusa wyzdychały cenne mureny? Czy zawinił legendarny akwedukt, Aqua Augusta, a może przyczyna wznosi się dumnie nad Pompeją i Herkulanum? Tajemnicze zniknięcie poprzedniego akwariusza tylko gmatwa sprawę – zniknął z obawy czy może został „zniknięty”? Atiliusz, niepomny na niechęć swoich podwładnych i ich sarkania, rusza do Pompei, chcąc odnaleźć pęknięcie w akwedukcie. Ziemia drży, populus romanus wszczyna zamieszki, a dzielny akwariusz będzie musiał zmierzyć się nie tylko z problemami natury inżynieryjnej, ale i politycznej – a ujawnienie tych drugich może go kosztować życie.

Akcja „Pompei” rozgrywa się w cztery dni: dwa przed wybuchem Wezuwiusza i dwa w trakcie. Zawsze wydawało mi się, że sam wybuch nie trwał zbyt wiele (ot, rzygnięcie lawą i po sprawie), ale było dokładnie odwrotnie. Wiemy to dzięki admirałowi Pliniuszowi Młodszemu – temu od „Historii naturalnej” – który również pojawia się w powieści. Admirał, nie bacząc na pandemonium wokół niego, dyktuje swoje wrażenia dla potomnych:

„Z bliższej odległości – zaczął – manifestacja wygląda jak gigantyczna ciężka deszczowa chmura, coraz bardziej czarna. Podobnie jak w przypadku sztormu obserwowanego z odległości kilku mil, można w niej dostrzec pojedyncze smugi deszczu, przesuwające się niczym dym po ciemnej powierzchni. A jednak według inżyniera Marka Atiliusza nie są to opady deszczu, lecz skał”*

 Im więcej myślę o „Pompei”, tym bardziej mi się podoba. Nie z uwagi na fabułę czy postaci (ani toto specjalnie wartkie, ani toto specjalnie wyraziste), ale na całą tę otoczkę wiedzy o akweduktach i wulkanach. I potędze natury, której nie sprosta żaden rzymski legion. Warto tę potęgę mieć z tyłu głowy.

 W ramach ilustracji – ostatnio ich dużo bywa – zdjęcia by Mama i Tata Malita, który odwiedzili tenże rejon akurat w rocznicę wybuchu.

01 Formia (47)
Baseny w Formii – w podobnym pływały nieszczęsne mureny Ampliatusa.
09 Pompeje (32)
Pompeje i Wezuwiusz dziś. I niebo, nieodmiennie w kolorze azurro.
10 Capo Maiano tam stała flota Pliniusza
Capo Maiano – tam stała flota admirała Pliniusza.

PS. Jutro wyprawa na Targi Książki AD 2014, ale raczej poznawcza niż łupieżcza (w sensie, nie planuję wydać fortuny, choć nie jestem pewna, czy na planach się skończy). W planach również Empik w Bonarce o 16:oo i spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim – „Gniew” czytałam wczoraj po nocy i ciężko było zasnąć z emocji…

* Robert Harris, Pompeja, wyd. Albatros, Warszawa 2004, s. 283.

„Lwy Al-Rassanu” Guy Gavriel Kay

„Lwy Al-Rassanu” Guy Gavriel KayJuż się zachwycałam nieraz, że uwielbiam Kayowe pomysły na książki: bierzemy nasz wymiar i realia znane z podręczników do historii, i przekształcamy jest w świat egzotyczny, magiczny (metaforycznie, nie będzie smoków i czarodziei, nie explicite). Czy to Bizancjum, czy renesansowe Włochy – wielką przyjemność sprawia mi odkodowywanie tych światów. Arcyważne elementem kreacji jest u Kaya zaplecze religijne – a obraca się ono wokół ciał niebieskich. Dżadyci (znani już z cyklu o Sarantium) czczą boga-słońce, lud Kindathów dwa księżyce, boskie siostry, a wyznawcy Aszara gwiazdy. Dla porządku i łopatologii rozszyfrujmy owe wyznania jako chrześcijan, żydów i muzułmanów, a ich wzajemne stosunki są równie mocno splątane i niechętne, jak pod naszym niebem.

Tym razem lądujemy w czymś-na-kształt-Hiszpanii u progu czegoś-na-kształt-rekonkwisty. Ongiś Esperania, później dumny aszarycki Al-Rassan (na nasze Al-Andalus), obecnie półwysep rozdarty między pomniejszymi aszaryckimi królewiątkami na południu a rosnącymi w siłę dżadyckimi władcami Północy. Wielka wojna wisi w powietrzu – chciałoby się powiedzieć, że religijna wojna, ale w świecie Kaya religia to polityka i odwrotnie, polityka jest religią (tak bardzo to znamy).

Na tym barwnym tle śledzimy historię trzech wyjątkowych postaci. Bohaterów, którzy stanowią dowód, że trzy światy potrafią nawiązać nic porozumienia: z ramienia Jeźdźców Dżada Rodrigo Belmonte (luźno oparty na postaci Cyda), aszarycki poeta Ammar ibn Kharain, znany jako zabójca ostatniego kalifa Al-Rassanu i piękna kindathijska lekarka, Dżehana bet Iszak. Ta nić porozumienia (i nie tylko porozumienia) będzie się rozwijać coraz bardziej, ale czy dołączy do niej więcej osób, więcej nici – ha, to już proszę sprawdzić osobiście.

Alhambra
Nawet nie bardzo musiałam się skupiać na wyobrażaniu sobie Al-Rassanu …

Ujmijmy to tak: nie jestem wciśnięta w fotel, powalona, zachwycona ponad miarę. Może też dlatego, że Al-Rassan, także w naszym wymiarze, jest mi nieco dalszy emocjonalnie niż Bizancjum/Sarancjum i Włochy/Tigana. To jednakowoż nie oznacza, że jest to książka słaba, ba, przeciętna. Nie. Kay potrafi zaczarować swoim uniwersum i – co najważniejsze – tworzy naprawdę wspaniałe postaci. Bardzo mnie cieszyło, że wreszcie na plan nieco bardziej pierwszy wysunęła się kobieta, zresztą Dżehanę polubiłam od samego początku. Cieszy takowoż myśl o kolejnych książkach Kaya, które na mnie czekają: taka wizja i sposób jej przedstawiania bardzo mi odpowiada.

PS. Bardzo do czytania pasują takie oto tęskne dźwięki gitarowe. Bajeczne!

„Ziarno prawdy” Zygmunt Miłoszewski

„Ziarno prawdy” Zygmunt MiłoszewskiOstatnio mam szczęście do kryminałów, powieści detektywistycznych i całego tego zbrodniczego zakątka literatury („Jedwabnik” będzie tego najlepszym dowodem). Ba, zaryzykowałabym stwierdzenie, że zaczynam ten zakątek lubić (jak dotąd, każde moje wynurzenia na temat gatunku zaczynały się od „nie przepadam za kryminałami, ale…”). Biorąc jeszcze pod uwagę moje zachwyty nad „Bezcennym” i usatysfakcjonowanie „Uwikłaniem” – wszystko zapowiadało się wyśmienicie. Wpadnijmy zatem na chwilkę do Sandomierza.

Jeśli myślicie, że Sandomierz bez ojca Mateusza stałby się jaskinią zła, wylęgarnią przestępstwa, ogólnie Mordorem bis – to bez paniki. Jest jeszcze prokurator Teodor Szacki. Lekutko cyniczny, lekutko zgorzkniały rozwodnik, który pod wpływem chwili i na fali romantycznych uniesień prowincjonalnych postanowił zapełnić wakat w sandomierskiej prokuraturze, pozostawiając daleko w tyle Warszawę (żeby nie powiedzieć, „warszawkę”), kumpli z pracy, arcybrzydką szefową i  last not least, eksmałżonkę i córkę. W Sandomierzu miała być sielanka, czyste powietrze, jogging nad Wisłą, odnalezienie miłości swego życia… cóż. Jak to mówią, miało być pięknie, wyszło jak zawsze. Ale za to jest okazja do popisu i zaprezentowania swoich prokuratorskich umiejętności – czyli morderstwo prawie-że-doskonałe.

Otóż skutek morderstwa, znaczy się, ciało Elżbiety Budnik, zostaje odnalezione w chłodny poranek, krótko po Wielkiejnocy Anno Domini 2009 (data i okoliczności przyrody są nam doskonale znane, Miłoszewski na początku każdego rozdziału serwuje introitus z aktualną sytuacją polityczną, pogodową i sportową). Budnikowa, znana i lubiana działaczka społeczna, zdawała się nie mieć wrogów. Kto i dlaczego zatem mógł ją zabić, i to jeszcze najprawdopodobniej nożem do rytualnego uboju? Paskudna historia – ale Szacki nie był powiązany z denatką (wszak dopiero co osiadł w Sandomierzu) i dlatego to właśnie on dostaje sprawę. W pakiecie z pretensjami od prowadzącej od lat śledztwa Basi Sobieraj, przyjaciółki denatki. Zasadniczo, zaczyna się z hukiem.

W myśl idei, że w każdej legendzie kryje się ziarno prawdy, Szacki wspina się na wyżyny swojej prokuratorskiej intuicji i wydłubuje owo ziarno spod spiętrzonych kłamstw i spięć na linii polsko-żydowskiej, Sandomierz bowiem skrywa wiele pełnych wyrzutu historii o czasach Holocaustu i nie tylko. Zresztą, takie szukanie drugiego historycznego dna to dla Szackiego nie pierwszyzna: w „Uwikłaniu” mieliśmy odwołania do esbeckich zbrodni, teczek, inwigilowania i całej mrocznej strony historii PRLu.

Przy okazji: jak tak czytam sobie te wszystkie historie o aktach, przesłuchaniach – wiecie, cała ta rzeczywistość prawnicza, to było świetnie widać zwłaszcza w  pierwszej części – wtedy myślę sobie, że może i fajnie by było być prokuratorem (procesy takie interesujące, przesłuchania takie widowiskowe, śledztwa takie sensacyjne, wowowow). Potem co prawda przypominam sobie opowieści znajomych, co to prawo studiują/studiowali/ukończyli i trochę mi przechodzi, ale to akurat nie jest wina Miłoszewskiego.

Zasadniczo, zmierzając do jakiejś zgrabnej jednozdaniowej pointy, cieszę się, że powstają w Polsce takie książki: solidne, wciągające, w klimacie nadwiślanym. Nasze lepsze, znów.

I chcę pojechać do Sandomierza.

PS. Już zacieram łapki, oczekując na przeczytanie „Gniewu”, czyli trzeciej części prokuratorskiej Szackiej odysei.
PPS. Muszę nadrobić filmowe zaległości – „Uwikłanie” wszak już zekranizowano w 2011, ale jakoś ta genderowa zmiana na stanowisku głównego bohatera napawa mnie ostrożnością. Ale za to już w styczniu premiera „Ziarna prawdy”: tu Szackiego zagra Robert Więckiewicz, jestem oficjalnie zaintrygowana.

„W kręgu tradycji dworu Heian” red. Iwona Kordzińska-Nawrocka

„W kręgu tradycji dworu Heian” red. Iwona Kordzińska-NawrockaZ gatunku: „zdejmuję z półki, bo mam już wyrzuty, że tak długo tam leży”. Swego czasu moja koleżanka dotrzegła tę oto książkę w przybytku zwanym „tanią książką” (nie chodźcie tam. Pieniądze same wychodzą z portmonetki). Przyszła na zajęcia i mówi: „Widziałyście? Ale widziałyście?!”. Poszłam zobaczyć. Nabyłam. Odłożyłam na lepszą chwilę… i oto przyszła.

O epoce Heian po polsku wciąż można przeczytać niewiele, choć to się powoli zmienia: w bibliotekach można odkopać „Świat Księcia Promienistego” Ivana Morrisa – to pozycja o tyleż klasyczna, co dość leciwa, liczy sobie czterdzieści lat bez mała. Jest też między innymi „Japońska miłość dworska” Iwony Kordzińskiej-Nawrockiej, można też sięgać do źródeł (dosłownie) i rzucić się na „Zapiski spod wezgłowia” Sei Shōnagon (polecam!).
Tutaj mamy zestaw artykułów w klimacie, a z różnych stron. Będzie zatem o przesławnym księciu Genjim jako o bohaterze literackim, a także o kulturowym wzorcu kobiecości, damach dworu, czyli nyōbo, i ich fryzurach, makijażu i szatach (jak to jest, że tekst o estetyce uczesania i makijażu podobał mi się najbardziej…). Poza tym: słów parę o sztuce epistolarnej (wznosimy na szczyty abstrakcji, czyli jak dobrać kolor mankietów szaty posłańca do tematu listu/wiersza i pory roku), peregrynacjach w tradycji dworskiej oraz ilustrowanych zwojach do „Opowieści o księciu Genjim” (aż żal, że ilustracji w książce niewiele). Zbiór zamykają artykuły okołodemoniczne: wizerunek demona w literaturze Heian i mono no ke (duch opętujący, głównie kobiety, warto dodać) w „Opowieści…”. W tym ostatnim przytoczono ciekawą tezę: otóż mono no ke miałoby być formą protestu przeciwko poligamii i męskiej dominacji w epoce. Gender jak nic!

Antologia ze wszech miar zgodna z Prawem Zbiorów Tekstów (głoszące, iż zbiór zawiera teksty lepsze i najlepsze). Kilku artykułom przydałaby bardziej wnikliwa korekta stylistyczna, a czasem i interpunkcyjna (przecinki, o matulo, gdzie są przecinki). Wydaje mi się tylko, że wartałoby poszerzyć wstęp o kilka wyjaśnień merytoryczno-historycznych, jak choćby od razu napisać o terrorze formy: co prawda to pojawia się pod koniec książki (w rozdziale o sztuce epistolarnej), ale myślę, że dobrze by było od tego zacząć. Mam też mieszane uczucia co do braku kanji w samych artykułach. Wykaz niektórych terminów w japońskim zapisie ideograficznym znajduje się na samym końcu książki (i odkryłam go dość późno, klasyka) i mnie szczerze mówiąc brakowało odnośników w samym tekście. Ale z drugiej strony, terminów japońskich pojawia się olbrzymia ilość, więc domyślam się, że ciężko byłoby każde słówko opatrzać kanji w nawiasie. Tak sygnalizuję wahanie.

Niemniej, mimo wahania, całość przyzwoita. Można się rzucać.