„I góry odpowiedziały echem” Khaled Hosseini

„I góry odpowiedziały echem” Khaled HosseiniSą autorzy, z którymi wiążą się naprawdę dobre wspomnienia, a Khaled Hosseini zdecydowanie do nich należy. Tworzy historie, które nie pozwalają się oderwać od lektury, choć pełno w niej smutnych wydarzeń, rozstań i hektolitrów łez wzruszenia. Wszystko na tle Afganistanu, przekrojowo przez cały wiek XX. Takie były pierwsze powieści Hosseiniego, „Chłopiec z latawcem” (ekranizacja wielce udana, tak przy okazji) i „Tysiąc wspaniałych słońc”, taka jest też ta najnowsza.

Zaczyna się wszystko w Szadbagh, gdzieś w głębi Afganistanu. Spalona słońcem albo przykryta śniegiem wioseczka widziała już wiele dramatów i dzień w dzień jest świadkiem trudów życia codziennego. Wielu mieszkańców ledwie wiąże koniec z końcem i czasem musi podjąć się najbardziej drastycznych czynów, by przetrwać. Przekonają się o tym Abdullah i jego ukochana siostrzyczka, Pari, gdy ich ojciec zdecyduje się na wyprawę do odległego Kabulu. Ta wyprawa odmieni ich losy na zawsze – i nie tylko ich.

Nie ma co opowiadać więcej (ani czytać opisu na okładce, jak dla mnie niepotrzebnie streścili pół książki). Losy Abdullaha i Pari to tylko – i aż! – punkt wyjścia do innych historii: Nabiego, Parwany, Markosa i jeszcze jednej Pari. Od Szadbadh, przez Kabul, Paryż i słoneczną Kalifornię, aż po grecką wysepkę Tinos: Hosseini przedstawia rodzinne tragedie i chwile szczęścia; z łatwością zmienia czasy, miejsca i postaci, którymi opowiada wielką historię o miłości i odrazie. Pięknie wpasowują się w to wszystko baśnie o dewach i cytaty z Rumiego.

Całość czasem gorzka, czasem smutna, czasem piękna – ale nie tak mocno melodramatyczna, jak w poprzednich powieściach. Jakby bardziej dojrzała. Hosseini idzie w dobrym kierunku, a ja za nim podążam wiernie czytelniczo. Co i Wam polecam.

PS. Wyzwaniowo, „Z półki”, edycja 2o14.

„Nocny pociąg do Lizbony” Pascal Mercier

"Nocny pociąg do Lizbony" Pascal MercierO, i to jest książka, która naprawdę długo czekała na swoją kolej, przekładana z jednego stosu na drugi (moje biurko, szczęśliwie dość obszerne, dzieli się na cztery lub pięć stosów książek, od rozrywki przez naukę po mniej i bardziej pilne lektury). Zaczęło się od filmu, obejrzanego pod koniec wakacji – i tak, kolejność to nieortodoksyjna, niemniej tym razem okazała się wskazana. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Raimund Gregorius, Prawdziwy Uczony, prowadzi życie uporządkowane i spokojne. Zgodnie ze swoimi prywatnymi rytuałami, codzienne za kwadrans ósma wyrusza do gimnazjum w Bernie, gdzie naucza języków klasycznych. Poczciwy i sumienny, lubiany przez uczniów, byłby ostatnią osobą, która uczyniłaby coś szalonego. A jednak – pewnego dnia na jego drodze staje bezimienna Portugalka, a przelotne spotkanie z nią uruchomi cały ciąg niezwykłych zdarzeń. Mundus (jak pieszczotliwie zwą go znajomi i podopieczni) trafia na książkę zupełnie nieznanego Amadeu de Prado i zanim się obejrzy, znajdzie się w nocnym pociągu do Lizbony. Poruszony przemyśleniami autora, postanawia dowiedzieć się o nim jak najwięcej – szuka bliskich Amadeu, odwiedza miejsca z jego przeszłości, zagłębia się w historię Portugalii pod rządami Salazara i ówczesnego ruchu oporu. Więcej, ta nowa sytuacja zmusi Raimunda do zmian w jego własnym życiu. Ale czy warto się tak zagłębiać w cudze losy? Czy można przez to lepiej zrozumieć samego siebie?

Całokształt brzmi obiecująco, ale rezultat nie okazał się powalający. Podkreślam jednak, że podróż śladami Amadeu, chcąc nie chcąc, oceniam w oparciu o ekranizację. W porównaniu z filmem, literacki pierwowzór jest dużo bardziej… hmm, użyjmy tu słowa „intelektualny”. Przytoczono prawie całą książkę Amadeu – dla mnie zbyt wydumaną, niestety – więcej znajdziemy też więcej metafizycznych przemyśleń.

raimund

Nieliczne ekranizacje są lepsze od powieści – ale to właśnie taki przypadek. Jeremy Irons, odtwarzający rolę Gregoriusa, pasuje wręcz idealnie do roli lekko zaniedbanego erudyty. Zupełnie inaczej pokazana jest również postać bezimiennej Portugalki, spiritus movens całej historii. Jakoś bardziej spójna wydała mi się filmowa wersja – przy tej książkowej momentami zmuszałam się do skończenia strony, rozdziału, książki. Jeśli zatem chcielibyście poznać historię Amadeu de Prado – gorzką a smutną, nie da się ukryć – zalecam raczej kino.

PS. Zdjęcie okładki mojego autorstwa, kadr z zagubionym Raimundem na peronie pochodzi z oficjalnej strony filmu.
PPS. Niniejszy wpis kończy wyzwanie „Z półki”, edycja 2o13’.

„Poznam sympatycznego Boga” Eric Weiner

 „Poznam sympatycznego Boga” Eric WeinerKsiążka z joginem w quasi-Raybanach na okładce o uwagę dopraszała się już od dawna. Ale, ale, wreszcie zabrałam się do nadrabiania zaległości – także z uwagi na powiązania z moim obecnym projektem naukowym. Jak głosi podtytuł, dzieło opisuje flirty z istotami wyższymi Autora – i z grubsza o to chodzi, bo to taka wyprawa przez świecie religii. Jeśli czytaliście „Podróż Teo” Catherine Clément (skądinąd świetna, polecam) – Weiner tworzy coś podobnego, tylko w mniejszym zakresie religii i z większą dawką tak zwanego jaja.

Ale, jak nakazuje Święte Prawo Zaczynania Od Początku, zacznijmy od początku. Eric Weiner, pisarz i dziennikarz, pewnego dnia trafił na ostry dyżur. Nagły atak bólu brzucha okazał się niegroźny dla zdrowia, ale brzemienny w skutkach dla rozwoju duchowego – otóż pielęgniarka na oddziale zadała Ericowi pytanie fundamentalne pytanie: „Czy odnalazłeś już swojego Boga?”. A on sobie uświadamia, że nie do końca. No i się zaczyna.

Osiem rozdziałów, osiem religii/form duchowości: sufizm, buddyzm, katolicyzm/franciszkanie, raelianizm (sic!), taoizm, wicca, szamanizm i kabała. Zakręcona podróż po religiach przyniesie mnóstwo wątpliwości, pytań i nowych znajomości, a nawet spotkanie z pudlem, który ewidentnie nie ogarnia szamanizmu. Nie jest to szczęśliwie kiczowata laurka dla rozmaitych religii, przesadzona w uduchowieniu czy natchnieniu, czego się obawiałam. Weinerowi udało się coś bardzo trudnego: znaleźć złoty środek pomiędzy dowcipem, ironią, poprawnością polityczno-religijną a przemyceniem kilku naprawdę mądrych myśli. I to niezależnie, czy się zwiedzane religie zna czy też nie. Tak się złożyło, że zasady wszystkich wyznań – no, może prócz raelianizmu – kojarzę w stopniu więcej niż przyzwoitym, niemniej nie czułam się znużona ani zarzucona stosem prawd oczywistych. Całość została podana lekko i prosto, ale nie zbyt lekko i nie prostacko – jako mały smaczek powiem tylko, że każdy rozdział otwiera kolejne ogłoszenie jak z rubryki „Flirt towarzyski”. Moje ulubione to to sprzed szamanizmu:

BDPM [Biały Dezorientacjonista Płci Męskiej – JM], który ma już dość mistyfikacji, pragnie ustatkować się z odpowiednim dla siebie bóstwem. Wiek nie gra roli. Mile widziani miłośnicy zwierząt.*

Wielokrotnie odczuwałam przypływ sympatii dla Autora, od specyficznego poczucia humoru, po zrozumienie i podzielanie jego umiłowania do zakreślania ołówkiem Ważnych Zdań w książkach (mój egzemplarz „Poznam sympatycznego Boga” nosi wiele śladów zakreśleń, wyznam). Coś dla religijnych, mniej religijnych, za lub nawet przeciw: mieszanka rozrywki z nienachalnym przekazem metafizycznym zawsze na tak.

PS. Wyzwaniowo – „Z półki”, edycja 2o13’.

* Eric Weiner, Poznam sympatycznego Boga, przeł. Julita Mastalerz, Carta Blanca 2011, s. 267.

„Przekleństwa niewinności” Jeffrey Eugenides

„Przekleństwa niewinności” Jeffrey EugenidesJeśli jeszcze nie wiecie, kto zacz, najwyższa pora nadrobić! Eugenides, pisarz pochodzenia grecko-irlandzkiego, ma niezwykły dar do prowadzenia czytelników po mocno grząskich tematach. W absolutnie rewelacyjnej powieści „Middlesex” (skądinąd uhonorowanej Pulitzerem) było to poszukiwanie własne tożsamości (z nutką kazirodztwa i, uwaga, hermafrodytyzmu), tutaj – młodzieńcze samobójstwa. „Przekleństwa…” zresztą pierwsza jego powieść, debiut ze wszech miar udany.

Poznajcie rodzinę Lisbonów, kolejny dowód na to, że rodzina z pięcioma córkami w wieku dojrzewającym to zarzewie konfliktów i niesnasek wszelakich (ale zgoła innych niż u Jane Austen). Lux, Therese, Mary, Bonnie i Cecilia – zwane Lisbonkami – stanowią przedmiot niekłamanej fascynacji swoich kolegów. To właśnie oni, bezimienni narratorzy, opowiadają nam historię sióstr. Skrupulatnie gromadzą dowody rzeczowe: zdjęcia dziewcząt, ich ubrania (w tym biustonosz Lux i płócienne buty z cholewkami Cecilii) i różne drobiazgi (jak świece wotywne Bonnie czy zoologiczne przeźrocza Therese), a także artykuły prasowe czy dokumentacja medyczna. Obsesja, jaką chłopcy mają na punkcie Lisbonek, to wynik nie tylko ich egzotyczności i tajemniczości, ale przede wszystkim samobójstwa, które popełniły. Zmierzch i upadek rodziny Lisbonów splata się z powolnym rozkładem miasteczka, przynosząc mnóstwo niewypowiedzianych emocji dla wszystkich dookoła.

Duszna i lepka – to słowa, które najlepiej oddają atmosferę tej książki. Nabrzmiała seksualność sióstr, pełne pożądania tęsknoty chłopców, niezdrowe – żeby nie powiedzieć toksyczne – metody wychowawcze państwa Lisbon dają frapującą mieszankę. Niby wszystko wiadomo od samego początku, jak i dlaczego, a tak naprawdę nic nie wiadomo. I o to właśnie chodzi.

Przy okazji – na podstawie „Przekleństw niewinności” powstał film w reżyserii Sophii Coppoli, z Kirsten Dunst i Joshem Harnettem. Śpieszę obejrzeć!

PS. W ramach wyzwania „Z półki”, edycja 2o13.

„Szopka” Zośka Papużanka

„Szopka” Zośka PapużankaDomek z klocków i gwoździ na okładce zapadł mi w pamięć już bardzo dawno temu, wszak „Szopka” to rzecz nienowa. Zabrałam się jednak za czytanie dopiero niedawno, po wywiadzie z Papużanką w „Wysokich Obcasach”, bodajże miesiąc temu. I już sam tytuł w zestawieniu z nazwiskiem Autorki stanowczo ma coś w sobie. Szopka. Zośka. Papużanka. Przyznajcie, jest ukryta jakaś przekorna magia w połączeniu tych trzech słów… i ta rudość i te kolczyki. To musi być naprawdę nietuzinkowa osoba.

Dulszczyzna żyje i ma się dobrze. Wiecznie narzekająca matka, ojciec zahukany, ale poczciwy, synek Maciuś, który nigdy nie stanie się Maciejem, nawet po pięćdziesiątce i morzu wychlanej wódy, płochliwa a strachliwa córunia Wandzia. Dalsza rodzina, bliższa rodzina, kolejne pokolenia – tak się to splata w groteskowo-gorzkich oparach zakłamanego absurdu. Totalna szopka.

– Ja w sprawie konkursu na szopkę [mówi Pan Deus Ex Machina, który przychodzi do domostwa Maciusiowej rodziny, by wręczyć nagrodę w rzeczonym konkursie – JM]
– Szopka to jest tutaj, proszę pana – powiedział bardzo poważnie Maciuś. – Siedem dni w tygodniu.*

Teraz uwaga, będę się wymądrzać jak egzaltowana nastolatka. „Szopka” przeczołgała mnie emocjonalnie, bo choć nie znam (całe szczęście…?) takich relacji rodzinnych z autopsji, to jednak Papużankowe przedstawienie wbija w fotel. Boże jedyny, jak to jest napisane. Ocieka doskonałością. Uwielbiam taki styl. Ta płynność, te frazy, dobór słów do sytuacji… absolutnym majstersztykiem jest dla mnie obszerny fragment, w którym wyprawa do teściowej na sznycle staje się świętym rytuałem, najbardziej sakralnym z obrzydliwych rodzinnych zwyczajów:

O święta anagnorisis, do której od pięciu decybelicznych minut zięciomałżonek się modli, czemu jesteś tylko pozorem? Czemu nim gardzisz, czemu nie wtajemniczysz, skoro to on ma kluczyki do rydwanu, skoro bez niego święto sznycla się nie odbędzie, nie zapalą się świece?**

Uchowaj nas Boże od szopki w rodzinie.
I daj nam literatury naszej powszedniej takiej jak „Szopka”.
Dzisiaj i na wieki wieków.
Amen.

PS. Szopka nominowana do Nike 2013. O tak.
PPS. “Z półki”. 2013.

* Zośka Papużanka, Szopka, wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 25.
** Tamże, s. 132.

„Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść” Marlena de Blasi

"Lavinia i jej córki. Toskańska opowieść"Marlena de Blasi pewnego dnia w bajkowej Wenecji spotkała miłość swojego życia: Włocha imieniem Fernando. Spędziła z nim tysiąc dni w Wenecji, tysiąc dni w Toskanii, tysiąc dni w Orvieto… i wszystko opisała w książkach, które stanowią niepowtarzalną mieszankę powieści o miłości, przewodnika po Italii i, uwaga uwaga, książki kucharskiej (opis pappy di pomodoro  mam w pamięci do dziś!). Ostatni przystanek to górzysta Umbria i baśniowe palazzo przy Via del Duomo 34. Długi i żmudny remont dobiega końca… ale to wcale nie finał kłopotów i zalawirowań w życiu Marleny i Fernanda.

„Czuję się stłamszona”, zwierza się pisarka ukochanemu Wenecjaninowi. On chce z nią spędzać całe dnie, ona musi pracować – terminy i wydawcy poganiają, a upragniona samotność czy chwila dla weny oddalają się coraz bardziej. Marlena podejmuje odważną decyzję: wyprowadza się na jakiś czas. Jej znajomy, Biagio, podsuwa świetny pomysł: a może by tak zaszyć się w niedostępnej leśniczówce? To jest to! Niemniej, czasowa przeprowadzka przyniesie nieoczekiwane skutki. Bo dzięki Biagiowi i małej chatce w leśnych ostępach Marlena poznaje tytułową Lavinię – kobietę charakterną do bólu, ale fascynującą. Zdobyć jej zaufanie nie jest łatwo, ale po początkowej niechęci obie panie nawiązują bardzo bliską i wyjątkową relację, Barwna opowieść Lavinii o sobie samej i swoich latoroślach – same kobiety w tej rodzinie! – oczaruje pisarkę. I tak płyniemy, od miłości i rozterek po ciężkie wojenne czasy. Jak zwykle u Marleny w oparach boskiej kuchni, tchnącej smakowitością z każdej strony książki.

Powiem tak: zawsze bardzo chciałam pojechać do Toskanii, ale po opowieściach Lawinii i jej sarkaniu na turystów (łącznie z bezbrzeżną nienawiścią do Niemców) mam mieszane uczucia. Oto przyjeżdża sobie cudzoziemiec, kupuje opuszczone palazzo i już mu się wydaje, że jest z niego Toskańczyk pełną gębą, utyskuje Lavinia. Gdzieś na dnie serca kołata mi się, że jest w tym trochę racji, ale z moim pragnieniem wyjazdu do słonecznej Italii poczułam się trochę jak złodziejka. Ale pełne swady opowieści i rozważania metafizyczno-filozoficzne trochę mi to wynagrodziły.

PS. Absolutnie nie czytać na głodno!
PPS. Wyzwaniowo – „Z półki”, edycja 2o13.

„Igrzyska śmierci” Suzanne Collins

„Igrzyska śmierci” Suzanne CollinsW przypadku „Igrzysk” zachowałam nieortodoksyjną kolejność: najpierw film, potem książka. Ekranizację pierwszego tomu trylogii uważam za naprawdę udaną – świetny klimat, bardzo ciekawy koncept świata przedstawionego i Jennifer Lawrence, którą ubóstwiam. Z nieco opóźnionym zapłonem (ale wciąż przed premierą kinowej wersji „W pierścieniu ognia”) zabrałam się za całą trylogię w jednym, opasłym tomie. Ale raz jeszcze sprawdza się powiedzenie, że lepiej późno, niż wcale.

Pokrótce, o co idzie. W bliżej nieokreślnej przyszłości państwem Panem (panem et circenses, tak to bardzo na miejscu skojarzenie) rządzi Kapitol, imponujące miasto otoczone obecnie dwunastoma dystryktami. Ongiś dystrykty – każdy specjalizujący się w innej dziedzinie „zawodowej” – zbuntowały się przeciwko centralnej władzy, ale rebelia została krwawo stłumiona. Istniejący wtedy jeszcze Trzynasty Dystrykt został dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi, a na pozostałe nałożono okrutną karę: co roku, podczas Głodowych Igrzysk, para trybutów reprezentująca dany dysktrykt ma stanąć do walki na śmierć i życie. Mordercze potyczki, niczym reality show, można na bieżąco oglądać w telewizji. Cały system jakoś w miarę się trzyma, ale pewnego roku do walki staje Katniss Everdeen. Dziewczę zwinne i dzielne, decyduje się wziąć udział w igrzyskach, by ocalić życie swojej młodszej siostry. Razem z nią Dwunasty Dystrykt – ubogie górniczne zaplecze Panem – reprezentuje Peeta Mellark, który żywi do Katniss coś więcej, niż tylko dystryktową solidarność… By nie zdradzić zbyt wiele tym, którzy ani filmu nie widzieli, ani książek nie czytali, nie wtajemniczam więcej w fabularne zakamarki. Dość powiedzieć, że nie obejdzie się bez rebelii, która wstrząśnie całym światem.

Wbrew pozorom, to nie jest li i jedynie przemyślnie skonstruowana powieść o tym, jak 24 trybutów wyrzyna się na specjalnie zaprojektowanej arenie. Już abstrahując od wątków miłosnych (powieściowa Katniss w tym względzie dużo bardziej irytująca od filmowej), „Igrzyska śmierci” pokazują terror totalitarnego państwa, porażający zasięg telewizyjnej propagandy i niebywałe okrucieństwa wojny. Rebelia, którą przynoszą kolejne tomy, to nie romantyczne powstanie w imię idei, ale splątany politycznie chaos, w którym każdy stara się ugrać jak najwięcej. Muszę przyznać, że fikcyjne zmagania wojenne potrafią zrobić na mnie kolosalne wrażenie. Ciężko po tym wszystkim uspokoić myśli, ba, nawet zasnąć. A ja bardzo cenię sobie książki, które potrafią poruszyć. Bardzo na tak!

PS. Ciąg dalszy wyzwania “Z półki”, edycja 2013′.

„Stan zdumienia” Ann Patchett

„Stan zdumienia” Ann PatchettAnn Patchett znam już z poruszającej powieści „Belcanto” (patrz: skomplikowane relacje między terrorystami a zakładnikami w okupowanej rezydencji na odludziu), a że „Stan zdumienia” zachwalano mi wszem i wobec, byłam więcej niż zaintrygowana.

Wkraczamy zatem w świat amazońskiej dżungli – a wszystko za sprawą badań naukowych, które w dorzeczu Amazonki prowadzi legendarna doktor Annick Swenson. Nie sposób jednak się z nią skontaktować: listy idą tygodniami, o ile w ogóle docierają, a o łączności telefonicznej nie ma nawet co marzyć. Więcej, Anders Eckman, pracownik koncernu farmaceutycznego, który jedzie na miejsce, by osobiście sprawdzić stań badań, umiera wskutek gorączki. Jego śmierć (i znów, stań badań) ma wyjaśnić Marina Singh, dawna studentka doktor Swenson i koleżanka Andersa. I tak Marina rozpoczyna podróż z zaśnieżonej Minnesoty do Brazylii, a potem rwącą rzeką w niemal dziewiczy głąb dżungli. Czeka ją nie tylko wieść o wstrząsających wynikach eksperymentów, ale i konfrontacja z lękami z przeszłości…

Brzmi lekko sensacyjnie, i słusznie, ale nie to w „Stanie zdumienia” jest najważniejsze. „Time Magazine”* określił powieść jako „współczesną, kobiecą wersję Jądra Ciemności” i naprawdę trudno o lepsze podsumowanie. Może nie jest to rzecz tak mroczna, ale echa Conradowego klimatu są wyraźnie odczuwalne. Albo inaczej: co by było, gdyby Bronisław Malinowski był ginekolożką i ruszył do Brazylii, zamiast na Trobriandy… posmak thrillera, szczypta antropologii, garść refleksji nad ingerencją w różne autochtoniczne społeczności tworzą frapującą mieszankę. Może nie była to najbardziej porywająca lektura tych wakacji, ale „Stan zdumienia” zdumiewa. W jak najlepszym tego słowa znaczeniu.

PS. “Z półki”, edycja 2013′.

*cytat z okładki, za: Ann Patchett, Stan zdumienia, przeł. Anna Gralak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

„Smakowitości obyczajowe” Michał Rożek

„Smakowitości obyczajowe” Michał RożekPamiętacie „Magię kultury”? To teraz coś na kształt powtórki z rozrywki. Oto Michał Rożek, historyk sztuki i miłośnik Krakowa w kolejnym zbiorze kulturoznawczych esejów przedstawia trochę historii, trochę anegdot i trochę legend. O ile w „Magii…” brakowało mi nieco pierwiastka ezoterycznego, to tutaj już nie mogę się skarżyć: były opętania, alchemia i czarownice (hurra!).

„Smakowitości” to zestaw prawie trzydziestu krótkich tekstów na tematy różnorakie: od dziejów kawy, przez relikwie, bilety wizytowe, spowiedź, aż po życie erotyczne sarmackiej Rzeczypospolitej (tylko dla dorosłych). Toalety, kazirodztwo, księgi pokutne – dla każdego coś miłego. Autor garściami rzuca cytatami, odwołaniami, wypisami – a najgorliwiej chyba czytał „Opis obyczajów za panowania Augusta III” Jędrzeja Kitowicza, bo prawie w każdym z miniesejów jakiś wyimek z tegoż się znajdzie. Mnie osobiście setnie ubawił rozdział pierwszy, traktujący o przesądach i zawierający ich długaśną listę. Część znam, a nawet niekiedy przestrzegam, ale niektóre… Dwa przykłady, celem ilustracji:

Nie stawiaj obuwia na stole, bo „jadło z domu wyjdzie”.. *
Nie jedz na stojąco, bo ci wszystko w pięty pójdzie. **

Właściwie, jest w tym jakaś logika, prawda? Ale abstrahując od przesądów, sympatyczna to książeczka. Ot tak, do poczytania raz na jakiś czas, niekoniecznie od deski do deski na jedno posiedzenie. Zarzutów właściwie nie mam, może tylko jeden, ale podobny jak w przypadku poprzedniej Rożkowej książki: zdałaby się jakaś porządna, redaktorska korekta interpunkcyjno-stylistyczna. A poza tym – zacność.

PS. Wyzwaniowo – „Z półki 2013”. Dawno coś nie było…

* Michał Rożek, Smakowitości obyczajowe, wyd. Petrus, Kraków 2011, s. 33.
** Tamże, s. 36.

„Cinder” Marissa Meyer

„Cinder” Marissa MeyerŻywię duże upodobanie do adaptacji baśni wszelakich, czyli tzw. retellingów. Przeniesie klasycznej wersji w nowe realia, duża ilość nawiązań intertekstualnych i popkulturowych to jest to – zawsze mnie bardzo cieszy odkrywanie wątków i odwołań do innych książek, filmów, piosenek. A „Cinder”, futurystyczna baśń o roboKopciuszku (jak sama nazwa wskazuje), obfituje w nawiązania wszelakie.

Jak to jest – żyć w dziesiątkowanym przez zarazę Nowym Pekinie, ponad sto lat po IV wojnie światowej? Jeśli jesteś cyborgiem, to wyjątkowo kiepsko. Jako obywatel drugiej kategorii masz niewiele praw, nie mówiąc o patologicznych relacjach z opiekunem… przynajmniej Cinder ma mnóstwo kłopotów ze swoją macochą, mniejsze z przybranymi siostrami. Zarabia na siebie, pracując jako mechanik – za to jest doskonałym fachowcem. I na tyle słynnym, że to właśnie do niej zwróci się o pomoc książę Kai, arcyprzystojny następca tronu. Chodzi o naprawienie androida, który zawiera cenne a tajne informacje… i w ten sposób roboKopciuszek (z mechaniczną stopą i dłonią) wplątuje się w kosmiczny (dosłownie!) konflikt między Ziemią a zaludnionym przez nadnaturalnie uzdolnionych Lunarów Księżycem. I nie będzie tu chodziło tylko o polityczny mariaż księcia Kaia, oczywiścież. Mroczna przeszłość Cinder również da się we znaki, tak samo, jak jej przykra teraźniejszość – bo czyż następca cesarskiego tronu może pokochać cyborga?

Tajemnicza zaraza, szeroko rozwinięta technika, książęcy bal, wybór między swoim szczęściem a poświęceniem dla ogółu… no, będzie się działo i to w całkiem zacnym klimacie. Od tajnych laboratoriów, przez cesarski pałac, aż po wysypiska śmieci – razem z roboKopciuszkiem i jej sidekickiem, egzaltowanym i romantycznym androidem Iko, przemierzamy ulice Nowego Pekinu. Barwny to świat i pełen egzotycznych postaci.

„Cinder” nie należy do najbardziej rozwijających skłaniających do głębokich refleksji lektur świata, ale zapewnia przyzwoitą dawkę rozrywki. Zarzut mam jeden, acz konkretny: przewidywalność. Tajemniczą przeszłość tytułowej bohaterki rozpracowałam po niecałych stu stronach. Mogłam się też zżymać na łatwość i błyskawiczność, z jaką Kai zainteresował się Cinder… ale to bajka przecież jest. Ładnie napisana i z bardzo interesująco zbudowanym uniwersum – więc z przyjemnością przeczytam sobie następny tom.

PS. Wyzwaniowo – “Z półki”, edycja 2013′.