„Kamień Rozstania” Tad Williams

Po długim czasie wreszcie udało mi się dorwać kolejną część trylogii „Pamięć, Smutek i Cierń” – w bibliotece przecież nie uświadczysz (dzięki, Basiu :)).  Na początku ciężko mi się było wciągnąć, bo nie do końca pamiętałam, kto zacz i co się działo. Na szczęście, Autor wziął takich czytelników pod uwagę i całą powieść poprzedził szczegółowym streszczeniem pierwszego tomu. Potem było już tylko lepiej.

Tym razem akcja skupia się nie tylko na Simonie – przemierzamy Osten Ard z różnymi bohaterami. Razem z księciem Josuą Bezrękim uciekamy przed pościgiem okrutnych Nornów, zwanych Białymi Lisami. Towarzyszymy też Maegwin, która, zrozpaczona po śmierci ojca i brata, razem ze swoimi poddanymi ukrywa się w jaskiniach, próbując odnaleźć dawne miasto Sithów. Miriamele i brat Cadrach wyjeżdżają do Nabbanu, do aedonickiego Lektora.  Podążamy też śladami Guthwulfa, Tiamaka, Isgrimnura, demonicznego kapłana Pryratesa i króla Eliasa.  Każda podróż, każda wyprawa staje się coraz bardziej niebezpieczna. Wszyscy wydają się zdążać do mitycznego Kamienia Rozstania (przez Sithów zwanym tez Kamieniem Pożegnania), miejscu, w którym Nornowie przed wiekami rozstali się z Sithami. Nad Osten Ard już wkrótce zawisną czarne chmury (i to dosłownie) – to Ineluki, Książę Burz, nieumarły Sitha, przygotowuje się do przejęcia władzy nad znanym bohaterom światem. Olbrzymy i bukkeny krążące po ziemi,  śnieg w środku lata – nic już nie będzie takie, jak dawniej. Jedyne co, to brakowało mi trochę Simona, tak samo Binabika – ale ulubionych postaci zawsze mało…

Otóż postanowiłam sobie jakieś półtora roku temu, że nadrobię klasykę gatunku fantasy. I tak nadrabiam powoli i lamentuję, bo, niestety, część książek się strasznie „zestarzała”. O ile kiedyś to było nowe, nowatorskie, to teraz już męczy i nuży. To pewnie też wina tłumaczenia, bo one też się potrafią „zestarzeć”.  Może akurat nie dotyczy to „Kamienia Rozstania” – czy przynajmniej nie bardzo – ale kilka książek, uznanych za klasykę i totalny top ten, mocno mnie rozczarowało. Niemniej, został mi jeszcze jeden tom trylogii Williamsa – podzielony na cztery części – i szczerze przyznam, że bardzo chętnie się dowiem, jak to się kończy.

„Taniec ze smokami” George R. R. Martin

Nietrudno było się domyślić, o czym będzie następna recenzja, ze znamiennym numerem 66. Do zachwytów nad „Ucztą dla wron” dołączam kolejne kilka zdań. Tym razem fabularnie kręci się wokół postaci, które, cóż, nie zmieściły się w tomie poprzednim. Jest więc Tyrion, który ucieka przez Wąskie Morze wpierw do Pentos, a potem do Volantis. Chce udać się do Meereen, do Matki Smoków. Do pięknej Daenerys zmierza też tajemnicy Gryf ze swoim synem (ale czy to jego syn, tak naprawdę? Ha, nie śmiem zdradzać), jak również książę Quentyn z Dorne, w celach raczej matrymonialnych. Sama Daenerys, idealistka, chciałaby, by wszyscy jej poddani byli wolni, syci i szczęśliwi – ale widoków raczej na to nie ma. Wojna z Yunkai zbliża się długimi krokami, a i w samym Meereen trudno o pokój. Z kolei na Murze Jon Snow zmaga się z byciem dowódcą Nocnej Straży. Jego przyrodni brat, Bran, przemierza północ w poszukiwaniu dawnej magii. Będzie i Asha, i Theon Greyjoy, i Davos Seaworth. W przyszłym roku wydadzą drugą część piątego tomu (nieustannie bawi mnie ten podział na części, czy to w filmach, czy to w powieściach), na szczęście. Obyśmy się dowiedzieli coś o postaciach, które zostawiliśmy w „Uczcie dla wron”.

Tak na marginesie, chętnie poczytałabym kiedyś – jeśli to będzie możliwe – o imperium Valyrii przed i po zagładzie. Casus Atlantydy jest zawsze na czasie. Tajemnicza katastrofa, zmiatające potężne państwo w jeden dzień – no ciekawe, co to dokładnie było i o co poszło. I co tam nad tym Dymiącym Morzem drzemie. Może jakaś kolejna apokalipsa? Kto wie, może będzie coś więcej w następnych tomach. Tylko kiedyż, ach kiedyż się ich doczekamy.

„Uczta dla wron” George R. R Martin

Tak jak poprzednio, będzie jedna recenzja z dwóch części („Cienie śmierci” i „Sieć spisków”) naraz – pochłonęłam je w tempie sugerującym jedną książkę. Ponad 1000 stron, trzy piękne dni. Odłożyłam sobie lekturę aż do czasu, gdy wyjdzie „Taniec ze smokami”, koniec końców zabrałam się za wszystko w Święta.

Po śmierci Tywina Lannistera jego córka, Cersei, sprawuje faktyczną władzę w Westeros, miota się po dworze i nie dopuszcza do głosu króla Tommena, swego nieletniego syna, a tym bardziej jego żoneczki, Margeaery Tyrell. Jaime, brat-bliźniak Cersei, zmaga się z kalectwem, nakazami sumienia i zobowiązaniami wobec władcy. Wysyła Brienne z Tarthu, by tam odnalazła córki lady Stark. Dziewczyna się stara, ale na swojej drodze napotyka same przeszkody. Asha Greyjoy próbuje zdobyć koronę Żelaznych Wysp. Samwell Tarly wyrusza z Muru wpierw do Braavos, a potem do Cytadeli, a podróż jego długa i niebezpieczna. W samym Braavos zaś Arya Stark po raz kolejny staje się kimś innym. Jej siostra Sansa ukrywa się w Orlim Gnieździe jako naturalna córka Petyra Baelisha, zwanego Littlefinger. To fabuła bardzo pokrótce – kto czytał, ten kojarzy. Kto nie czytał, niech to naprawi. Natychmiast.

U Martina cenię wiele rzeczy. Nie tyle grubość i obfitość powieści, choć takie lubię najbardziej. Fascynuje mnie złożoność świata przedstawionego. Dzięki temu, że każdy rozdział jest przedstawiony z perspektywy innej postaci, zyskujemy szerszy ogląd całości. Nie ma biało-czarnego podziału na Tylko Dobrych i Z Gruntu Złych, wszyscy mają swoje powody, by zachowywać się tak a nie inaczej. Zaczęłam żywić pozytywniejsze uczucia co do Jaimego (choć z Lannisterów lubią wyłącznie Tyriona), a i Cersei zyskała u mnie odrobinkę zrozumienia. Niemniej, taki układ rozdziałów jest też mocno frustrujący, bo praktycznie każdy kończy się bombą, fachowo zwaną cliffhangerem. Ale dobrze, a gdzie Tyrion? Gdzie Jon Snow? Gdzie Daenerys? To moi ulubieńcy! Bogu dzięki, że mogłam się od razu zabrać za kolejną część, gdzie czekają wyżej wymienieni…

„Smoczy tron” Tad Williams

Nadrabiania klasyki fantastyki ciąg dalszy. „Smoczy tron” Williamsa to pierwsza część trylogii „Pamięć, Smutek i Cierń”. Tytułowe Pamięć, Smutek i Cierń to trzy legendarne miecze, dzięki którym uda się uratować pogrążone w chaosie wojny Osten Ard. Ale – nie uprzedzajmy faktów.

Naszym przewodnikiem po krainie Osten Ard jest Seoman, znany jako Simon. To podkuchenny na zamku Hayholt, chłopiec zainteresowany głównie bajaniami o rycerzach, zasadniczo, wszystkim, byle nie zamiataniem i sprzątaniem. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zostaje uczniem doktora Morgenesa, nadwornego uczonego i jego życie zmienia się na lepsze. Ale gdy umiera dobry król John Prezbiter i na tron wstępuje jego starszy syn Elias, kończą się dobre czasy. Doradca Eliasa, złowrogi alchemik Pryrates, sprowadza złowrogie siły na spokojną krainę. Simon będzie zmuszony uciekać z zamku i stanie się ważnym pionkiem w rozgrywce o przyszłość Osten Ard. Niebezpieczny quest – ach, kocham ten gatunek – zawiedzie go na północ. Tam spotka Sithów (serio!), trolle i wiele innych niezwykłych postaci.

Osten Ard to świat fantastyczny z wpływami wielu kultur naszego świata, zwłaszcza jeśli idzie o religię: trochę mitologii nordyckiej (Odin, wiszący na drzewie Yggdrasil), trochę japońskiej, trochę chrześcijaństwa (religia aedonicka z powieści, z synem Boga-zbawcą wiszącym na drzewie budzi automatyczne skojarzenia). Jest wszystko, co w epickiej fantasy jest konieczne: młody bohater, dojrzewający w trakcie questu, mentor, straszny las i straszna góra, piękna dama, stary mentor, złowrogie siły ciemności, Wielki Zły, magiczne artefakty, wojna, przepowiednia. Sam smak.

Ale przyznam szczerze, pierwsze 200 stron było dość nużące. Simon bardziej mnie irytował niż wzbudzał sympatię, nie mogłam się skupić na mnogości lordów i królów. Dopiero, jak uciekł z zamku, to się zaczęła ciekawa książka. Troll Binabik pozostanie moją ulubioną postacią. Koniec końców, tak się zaczytałam, że już przebieram nóżkami na myśl o kontynuacji. Zatem, nie jest to może najwyższych lotów rzecz, ale się rozkręciło. I będę czytać dalej.

PS. Za każdym razem, jak czytam takie klasyki, przypomina mi się poradnik „Jak napisać fantastyczną książkę fantasy”. Znajdziecie go tu. Genialny a zjadliwy.

„Nawałnica mieczy” George R. R. Martin

Pozwólcie, że pochylę się nad dwoma książkami równocześnie, czyli „Stal i śnieg” tudzież „Krew i złoto”. Muszę jeszcze wyznać, że Pieśń Lodu i Ognia to mój ulubiony typ fantastyki – coś w stylu mediewistycznej fantasy (choć ogromne uwielbienie żywię też do weird fiction). Postaci, które przekonują czytelnika. Intryga, spiski, wojny, miłości i nie za dużo epatowania magią. I grube, ach, kocham grube książki. Cienkie wożę ze sobą do poczytania w autobusie, a stosy grubych tomiszczy zalegają w moim pokoju na każdym kawałku wolnej przestrzeni. W tym, jak na razie, cztery książki Martina, ale już rychło nabędę dalszy ciąg. Lubię mieć książki na własność, patrzeć na nie, móc w każdej chwili sięgnąć, przekartkować, przypomnieć sobie ulubiony fragment.

Dość już bibliofilskich przynudzań. George R. R. Martin, raz. Ech. Ja po prostu galopuję przez „Pieśni Lodu i Ognia”, gnana pragnieniem poznania, co się stanie, co będzie dalej, kogo zabiją, kogo zdradzą. Niestety, zdradzili, niestety, zabili, jestem do tyłu o dwójkę bohaterów, których naprawdę lubiłam. Na szczęście Jon Snow, Tyrion i Daenerys mają się dobrze – jak na razie – więc mogę czytać dalej. Jeszcze jedna bibliofilska uwaga – zdarzyło mi się już odłożyć powieść, gdy zabili jakiegoś miłego memu sercu bohatera. Ostatnio przy „Opętanych” Chucka Palahniuka, wtedy rzuciłam książką przez pół pokoju.

Najwyraźniej książki Martina powodują, że ciężko mi zebrać myśli. Ja tam jeszcze jestem, stoję z Jonem Snow na Murze i patrzę na armię dzikich. Razem z Dany obserwuję, jak trzy smoki bawią się, latając w powietrzu. Uciekam przed wszystkimi, jadąc konno z Aryą. Płacę długi z Tyrionem. Zostawcie mnie tam. Chcę jeszcze chwilę pobyć w Westeros.

„Starcie królów” George R. R. Martin

Dwa miesiące mniej lub bardziej cierpliwego oczekiwania na przeczytanie drugiej części „Pieśni Lodu i Ognia”. Powieść zdobyłam, ale najpierw obowiązki, potem przyjemność. Gdy tylko wróciłam z ostatniego egzaminu, to pierwszą rzeczą, jaką uczyniłam, było umoszczenie się w fotelu z grubaśną księgą. Cóż. Krótka będzie to recenzja – drugi tom połknęłam jeszcze szybciej niż pierwszy, zanurzona po uszy w Westeros i losach jego mieszkańców. Teraz to się dopiero dzieje – wojna wszystkich ze wszystkimi (omnium contra omnes, Tomaszu Hobbes, pozdrowienia). Król Północy, Król Siedmiu Królestw (i dwóch innych domniemanych), Król Żelaznych Wysp – zaiste, starcie królów. I jeszcze Matka Smoków na dalekim wschodzie. Kotłuje się też za Murem – trzystu braci z Nocnej Straży wyrusza, by zmierzyć się z wolnymi ludźmi, Innymi i wszystkimi niebezpieczeństwami, przed którymi chroni rzeczony Mur.

Ciężko streszczać fabułę – tyle się dzieje. Rozpiska poszczególnych rodów i bohaterów na końcu książki okazała się bardzo przydatna, co rusz ją sprawdzałam, by zorientować się kto jest kim i z kim trzyma. Choć to ostatnie zmienia się jak obrazki w kalejdoskopie. Martin prowadzi czytelnika w taki sposób, że chce się niemal biec przez kolejne strony powieści. I chwała mu za to.

 

PS. Dygresja mniej czytelnicza – proza Martina potrafi zawładnąć wyobraźnię. Śniło mi się, że w środku zimy lord Eddard Stark bronił Ziemi przed Transformersami i miniaturowymi Gwiazdami Śmierci. Dziiii.

PPS. Wniosek ogólny z lektury – ulubioną z metafor Autora jest najwyraźniej porównanie do dziewicy. „Nerwowy jak dziewica”, „przestraszony jak dziewica” i tym podobne.

„Conan Barbarzyńca vol. 1” Robert E. Howard

Nieco sfatygowane wydanie kompletne pierwszej części przygód słynnego barbarzyńcy. Redagował i wstępem opatrzył Lyon Sprague de Camp, razem z Linem Carterem, którzy są także autorami (albo współ-) części opowiadań.

Mamy więc młodego Conana Barbarzyńcę, żyjącego w erze hyboryjskiej (esej na temat ery, napisany przez samego Howarda, również w załączeniu). W każdym opowiadaniu przypomina się szanownemu czytelnikowi, że Conan jest wysoki, ma czarną czuprynę i lśniące pod nią niebieskie oczy, a imponujące mięśnie dumnie prezentują się pod poszarpaną tuniką (o ile tunika w ogóle występuje, bo C.B. często pomyka nagi, wyjąwszy przepaskę i sandały). Absolutnie klasyczne heroic fantasy, trudno o bardziej sztandarowy przykład. Conan, zgodnie z wymogami podgatunku, dzielnie a wytrwale tłucze wszystkich, którzy mu stają na drodze, a w myślach kalkuluje, ile wina, kobiet i żarła (kolejność dowolna) nabędzie za zdobyte skarby. Sam Howard nie krył, że żywi do takich bohaterów upodobanie, bo „są nieskomplikowani. Wsadź ich w kłopoty i wszyscy będę spodziewać się, że zaczną sobie łamać głowę, wymyślając coraz to sprytniejsze sposoby, by się z nich wyplątać. Ale oni są zbyt głupi, by robić coś innego niż ciąć, strzelać czy grzmocić po karkach, by się wydostać z kłopotów” (cytat ze wstępu do rzeczonego zbioru opowiadań). Cóż, nie nastręcza to zawiłości fabularnych, ale przyjąwszy wszystkie przyległości heroic fantasy, to opowiadania łyka się w tempie zawrotnym. I to już od 80-ciu lat.

Za datę historyczną powstania fantasy w ogóle uważa się rok 1930, w tym bowiem roku Robert E. Howard popełnia małe dziełko pod tytułem „Feniks na mieczu”, traktujące o Conanie właśnie. I choć 6 lat później Howard odbiera sobie życie, to pozostawia po sobie kilkanaście opowiadań, a przede wszystkim, pomysł. Pomysł na mało wyrafinowanego, ale ogromnie popularnego barbarzyńcę o łopatologicznych poglądach, przetworzonego po tysiąckroć w filmie, komiksach czy najróżniejszych tie-inach*, popełnionych przez na przykład Sprague de Campa. Grunt, że Conan wiernych fanów ma do dzisiaj i mieć będzie po wsze czasy.

*tie-in – dosłownie: „dowiązanie”, czyli sequel tudzież prequel jakiegoś dzieła, ale stworzony przez innego autora (Andrzej Sapkowski, „Rękopis znaleziony w smoczej jaskini”).

„Gra o tron” George R. R. Martin

To, że byłam siedemnasta (sic!) na liście oczekujących w osławionej Jagiellonce, o czymś musi świadczyć. Na przykład o tym, że ekranizacja tydzień temu miała swoją premierę. Nie ma to tamto, serial 10-cioodcinkowy, więc wiara rzuciła się do książek. W tym ja. Zaległości w klasyce fantasy odrabiam powoli, ale cierpliwie. Chciałam najpierw przerobić wszystkie standalone, a „Pieśń Lodu i Ognia” liczy sobie chwilowo cztery tomy, ale ten serial, wiadomo.

Do rzeczy. Mój ulubiony typ powieści to: grubachna (czyli ponad 500 stron), realia najchętniej okołośredniowieczne (czytaliście „Religię” Tima Willocksa? O. mój. Boże! Właśnie), mile widziany jakiś romans (kicz, wiem), dużo intryg, dużo zaskakujących zwrotów akcji, pełnokrwiste postaci, jako bonus smoki czy inne magiczne gadziny. Że niby wymagam? A zdziwilibyście się, ile znam takich powieści. Ostatnio czytałam „Grę o tron”.

To fantasy, jak to ładnie mówią, mediewistyczna. W krainie Westeros, ongiś złożonej z Siedmiu Królestw, obecnie zjednoczonych, miłościwie panuje król Robert Baratheon, pierwszy tego imienia. Jego czarującą żonką jest Cersei Lannister, przebiegła a chytra, która ma oparcie w olśniewającym bracie-bliźniaku Jaime i bogatym tatusiu Tywinie. Król natomiast ma oparcie w swoim dawnym przyjacielu, Nedzie Starku, który jest Lordem Winterfell, położonego na Północy. Do czasu – po tajemniczej śmierci poprzedniego królewskiego Namiestnika Ned, niechętnie, obejmuje to stanowisko. Ergo musi się udać na Południe, do stolicy, kłębowiska żmij. A za Wąskim Morzem potomkowie poprzedniego władcy, Aerysa Targanyena, usiłują się sprzymierzyć z dzikimi Dothrakami, chcąc odzyskać tron. Czyli: intrygi wielkich rodów (chwilowo kłócą się głównie Starkowie i Lannisterowie, ale spokojnie, są następne tomy), gra o honor, o pieniądze, o władzę. Gra o tron Westeros. Właśnie się rozpoczęła. Aach, byłabym zapomniała. Na Północy znajduje się Mur, którego strzeże Nocna Straż, czarna brać, ślubująca pozostać do śmierci na posterunku. Pełnią wartę na Murze (wysokość: 200 metrów, budulec: lód), czasem wyprawiając się poza jego granice. Przed kim bronią Westeros? Oto jest pytanie. Domyślam się, że już rychło Mur zostanie sforsowany i dopiero się zacznie. Bo, moi drodzy, nadchodzi zima, która będzie trwała wiele lat.

Jeszcze jakieś atuty, prócz wartkiej akcji? Postaci – pełnokrwiste, prawdziwe. Nie ma tylko dobrych i z gruntu obrzydliwych (mm, choć tu bym się wahała). Każdy ma swoje słabostki, zawiści, dążenia, marzenia. Są bohaterki dzielne i głupie, są bohaterowie honorowi i wyrachowani. Kreacja uniwersum – na pięć z plusem. Nb, czytałam przeciekawy wywiad z Autorem pt. „Fantastyka ma być wiarygodna”. Martin zeznał, że pomysł na świat przyszedł mu do głowy w 1981 roku, gdy wdrapał się był na mur Hadriana. Zastanawiał się, jak mógł się czuć rzymski legionista, stojący w tym samym miejscu dwa tysiące lat wcześniej. Musiało mu się wydawać, że stoi na krańcu cywilizowanego świata, a za murem tylko mróz i złowrogie, dzikie istoty. Może dobrze, że nikt mu nie powiedział, że byli to tylko Szkoci.

Jeno czemu to ma tylko 774 strony?! Żądam więcej! Szybko szybko, biegniemy po drugi tom. Która jestem na liście oczekujących? Dopiero trzecia?! Dammit. Ma ktoś pożyczyć?