Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie

Co roku obiecuję sobie, że na Targi Książki to tylko symbolicznie, dwie-trzy książki, bez szaleństw, a potem jadę i jakbym amoku na miejscu dostała. Pewnego razu odwiedziłyśmy Targi razem z myszkovską, która wymogła na mnie obietnicę, że jak będzie chciała nabyć więcej niż zakładał plan, to mam ją okładać antologią polskiego reportażu w dwóch tomach. Jako że nie miałam na podorędziu ani jednego tomu, to plan został przekroczony. Znacznie. Ale cóż, krakowskie Targi są raz w roku (czekajcie, jak się wybiorę do stolicy, to dopiero będzie) i czasem trzeba. Niemniej, zanim zagłębię się w radosne potargowe lektury, garść przemyśleń nad tymi przedtargowymi – zresztą ostatnie rozdziały „Belgariady” doczytywałam jadąc na Targi i oczekując nad kawą na Króla Małżonka. Czytaj dalej „Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie”

Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

Jak już zeznałam na Wiadomym Portalu Społecznościowym, nadrabiam klasykę fantastyki. Nadrabiam zresztą od lat, podążając za listą ‘the best of’ Andrzeja Sapkowskiego z „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini” i nie jest źle, ale wciąż jeszcze kilometry stron przede mną (ale fajnie!) (stosowna kategoria blogowa: tuże). Co nie zmienia faktu, że zdążyłam już dzięki tejże liście odkryć całe mnóstwo świetnych powieści, jak choćby cykl o Alvinie Stwórcy lub wszystko, co napisał Guy Gavriel Kay. A ostatnio z myszkovską doszłyśmy do wniosku, że o wiele sympatyczniej będzie nadrabiać w duecie i ta spontaniczna myśl została błyskawicznie wprowadzona w czyn: ona nabyła „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego, ja pierwszy tom cyklu „Temeraire” Naomi Novik. Jeśli chodzi o mnie – strzał w dziesiątkę!

Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.
Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.

Nigdy nie byłam fanką wojen napoleońskich – pamiętam, jak przed maturą z historii zanosiłam w głębi serca błagania do wszystkich wysokich instancji, by wypracowanie było na temat przednapoleoński – choć nie da się ukryć, że jest to okres szalenie inspirujący. Pomyślcie choćby o imponującym objętościowo cyklu o Richardzie Sharpie pióra Bernarda Cornwella. A jakby do tego całego zamieszania dokooptować smoki?

Świat stworzony przez Novik (tak, to ta pani od „Wybranej”!) do złudzenia przypomina nasz własny, z tą drobną różnicą, że już od tysięcy lat smoki stanowią zupełnie normalny element rzeczywistości. Od starożytnych Rzymian po współczesnych Chińczyków: wszyscy smoki hodują, trenują tudzież używają w celach przeróżnych, acz ostatnio najczęściej wojennych. W końcu sam Napoleon (i nie tylko on) dysponuje konkretnymi smoczymi oddziałami i potrafi je użyć podczas bitwy czy zwiadu. Ale taką bojową bestię trzeba najpierw odpowiednio wyszkolić, a przede wszystkim, ujarzmić – dzieje się to zaraz po wykluciu, gdy wybrany awiator nakłada smokowi uprząż. Wszystko świetnie, tylko co robić, kiedy akurat będąc na morzu przechwytujecie francuską fregatę, na której pokładzie znajduje się jajo gotowe do wyklucia, a do lądu jeszcze wiele dni rejsu? Z braku odpowiednio wykwalifikowanych osób, ktoś z załogi musi podjąć się dość niewdzięcznego zadania nałożenia smokowi uprzęży. Zrzędzeniem losu to kapitanowi HMS Reliant, Willowi Laurence’owi, przypada ten zaszczyt i tak oto staje się opiekunem smoka, któremu nadaje imię Temeraire. I tak się zaczyna…

Oczywiście okazuje się, że Temeraire jest stworzeniem niezwykłym, nawet jak na smoka. Will odkrywa jego liczne przymioty (a czytelnicy wraz z nim), hołubi, karmi, i wreszcie porzuca służbę w marynarce na rzecz brytyjskiego Korpusu awiatorów. Zarówno on sam, jak i Temeraire muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przyzwyczaić do rytmu treningów i różnych awiatorskich zwyczajów – i to przyzwyczaić w trybie pilnym, bo Napoleon już w natarciu. Będą szkolenia, akcje, bitwy i różne inne, bardziej towarzyskie przyjemności.

Tyle rzeczy mi się w tej książce podobało! Ale jak mam już wymieniać konkretnie, to osobiście bardzo lubię te fragmenty różnych narracji, w których bohater się czegoś uczy, uczęszcza do szkoły etc. – stąd moja sympatia do „Gry Endera” czy nauczenie się prawie na pamięć połowy „Córki marnotrawnej” Archera, nie wspominając już o pewnej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Bardzo ciekawie zarysowano też środowisko awiatorów i różne społeczno-obyczajowe aspekty, które odróżniają opiekunów smoków choćby od ekipy służącej na morzu. Z kolei silna relacja, łącząca Willa i Temeraire’a przywołuje oczywiście przyjaźń Czkawki i Szczerbatka, znanych z książek Cressidy Cowell i arcyuroczych animacji, a to skojarzenie zawsze słuszne i rozczulające.

https://i1.wp.com/i.imgur.com/7UbDfrJ.gif
Spójrzcie tylko na niego.

Sam Will to przesympatyczna postać, prawdziwy żołnierz w służbie Imperium, a jednocześnie czuły i troskliwy smoczy przyjaciel. Codziennie czyta Temeraire’owi na dobranoc (też bym tak mogła) i uczy go ludzkiego spojrzenia na świat. Skądinąd smok ma solidne jakobińskie tendencje. Ta smoczo-ludzka przyjaźń to chyba najsolidniejszy wątek tegoż wybornego konceptu w wydaniu Novik. I tak się właśnie zadziało, że zaciekawiły mnie wojny napoleońskie – ale tylko w takim smoczym wydaniu. Czekam na więcej!

PS. Raz jeszcze gratuluję sobie i myszkovskiej znakomitego pomysłu wspólnego czytania. Brawo my.

Dlaczego uwielbiam fantastykę.

Już od dłuższej chwili obiecywałam opowieści o „Ziemiomorzu”, ale potoczyło się tak, że opowiem inaczej: trochę więcej, trochę ogólniej – o fantastyce.  I o tym, co lubię w niej najbardziej, czyli o kreacji świata przedstawionego. Będzie zatem wodzenie palcem po mapie, odtwarzanie trasy podróży bohaterów (quest od małej wioseczki do Miejsca Przeznaczenia, wiecie, o co chodzi), zachwyt nad drobnymi szczegółami, które same w sobie nic do fabuły nie wnoszą, ale spajają historie w pełnokrwiste całości.

Dlatego uwielbiam Harry’ego Pottera, całe Rowlingowe magiczne uniwersum jest dla mnie fenomenalnie skonstruowane (i drobiazgi w stylu reklam podczas finału mistrzostw świata w quidditchu: „Błękitna Butla – miotła dla całej rodziny!”).

Dlatego żywię szacunek do rozmachu (epickiego, a co!), z jakim Tolkien nakreślił całe legendarium Śródziemia. W moim przypadku to szacunek nabożny, niekoniecznie wszechwiedza – ale znam takich, którzy geografię Ardy mają w małym palcu, albo mogą oglądać trylogię Jacksona bez napisów, tłumaczących dialogi w sindarinie (myszkovska do raportu!).

Dlatego zachwycam się wyobraźnią Chiny Mielville’a, który potrafi wykreować świat przedziwny: zwłaszcza mam tu na myśli zwłaszcza Bas-Lag i jego multum ras, jedna obrzydliwsza i cudaczniejsza od drugiej (Toromorze także miało potencjał, właśnie w kwestii uniwersum).

Dlatego przepadam za Światem Dysku z jego intertekstualnym dowcipem, sielankowym Lancre i tętniącym życiem Ankh-Morpork. Gdzież indziej będzie tyle uroczych i turbo inteligentych nawiązań do Szekspira („Trzy wiedźmy” <3), do Gastona Leroux (upiór straszący w operze, czyli „Maskarada”) czy do starego dobrego Bożego Narodzenia (mój najulubieńszy „Wiedźmikołaj”).
I salute you, sir Terry. Teraz i zawsze.

Szczerbatek i Le Guin
Takie książki tylko z odpowiednimi zakładkami – arcyuroczy Szczerbatek, hand-made by najlepszy akademicki sidekick!

Last not least, jak to mówią Anglicy – dlatego też na nowo zachwyciłam się Ziemiomorzem. Moje pierwsze spotkanie z Ursulą Le Guin miało miejsce chyba jeszcze pod koniec podstawówki i było to zdecydowanie za wcześnie. To znaczy, połknęłam „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, ale bezrefleksyjnie, prawie nie pamiętałam, o co chodzi – jakiś tam Ged, jakieś tam wyspy, a, chyba były też smoki… wiecie, jak jest. Kiedy zatem ukazało się wielkie, zbiorcze wydanie wszystkich historii, pomyślałam sobie – a, to może spróbuję jeszcze raz. Pomyślałam i na tym zakończyłam. Dopiero niedawno w moje łapki wpadło rzeczone wydanie, grubaśne, piękne – i wtedy przepadłam. Żeglując do najdalszych wysp, za którymi tylko bezkres wód, wędrując tunelami grobowców Atuanu, słuchając rozmów ze smokami. To jeden z tych światów, do których chce się wracać wciąż i wciąż.

I właśnie dlatego uwielbiam fantastykę.

PS. Dziękując Ethlenn za pożyczenie „Ziemiomorza” w wersji pięknej i grubej.

„Zimowa opowieść” Mark Helprin

„Zimowa opowieść” Mark HelprinJakoś tak się składa, że w moim zestawie wakacyjnym co roku pojawia się Wielkie Rozczarowanie. Dobrze, trochę popadam w wyolbrzymienia, bo ono może nie jest takie znów Wielkie i Potężne. Niemniej, zachodzi taka sytuacja, że odkładam książkę na później, obiecuję jej lepszą chwilę, bardziej odpowiedni nastrój i w ogóle. Wreszcie jedziemy razem na wakacje, ja i książka, nadzieje są spore, oczekiwania też,  a kończy się zawiedzioną Malitą (nic mi nie wiadomo na temat odczuć samej książki). W zeszłym roku to był Cabré. W tym – Helprin.

Zapowiadało się zacnie: oto wielka historia Nowego Jorku, a na jej tle historie mniejsze: Petera Lake’a i Beverly, Hardesty’ego i Virginii, białego konia Athansora, redakcji dziennika „The Sun”, mieszkańców tajemniczego jeziora Coheeries… Głównej postaci i głównej historii określić tu nie sposób, chyba, że byłby to sam Nowy Jork. I już od początku stoi on na wysokim, poetyckim piedestale:

Wielkie miasto jest niczym więcej jak własnym portretem, prędzej czy później okazuje się jednak, że zawarty w nim arsenał scen i obrazów jest częścią głęboko ukrytego planu. Jako książka, w której taki plan można odczytywać, Nowy Jork jest niezrównany, między klifami Palisades cały świat bowiem wlał weń swoje serce – dzięki czemu jest to miasto znacznie lepsze, niż kiedykolwiek sobie na to zasłużyło.*

Śledzimy dzieje miasta i jego mieszkańców od początków XX wieku, kiedy godziny odliczało się dzięki kolejce nad Sixth Avenue,  aż po czasy bardziej nam współczesne, gdy Jackson Mead po raz kolejny próbuje postawić tęczowy most (dodajmy, że te bardziej nam współczesne to lata 80-te, wtedy Helprin napisał „Zimową opowieść”). To nie jest jednak li i jedynie fabularna opowieść stąd-dotąd, bo u Helprina czas płynie inaczej, przestrzeń nie podlega regułom fizyki, a ludzie… ludzie to już zupełnie osobna baśń.

Miało być pięknie – polecane przez rzesze różnych znajomych, rekomendowane na fantastycznym kanonie Sapkowskiego, o mieście, o miłości, nutka magiczna – miało być i nie było. To nie jest tak, że mam listę konkretnych zarzutów (że choćby postaci bezbarwne, że zdania toporne, że intryga płaściutka). Nie. Po prostu w tym wydaniu wielkomiejska nowojorska magia w ogóle nie działa. Za dużo tego dla mnie. Za bardzo. Za mocno.

Może ja jestem zbyt niepełnosprytna na takie książki.

PS. Ale za to na czytelniczych wakacjach był Karpowicz. Och, Karpowicz. Beware.

PPS. Filmu nad podstawie „Zimowej opowieści” nie widziałam, ale oglądać nie zamierzam – głównie z uwagi na obsadę, bardzo bardzo mi nie leży.

PPPS. Jedyne, co mi się w „Zimowej opowieści” naprawdę podobało, to sugestia, kim może być Jackson Mead.

* Mark Helprin, Zimowa opowieść, przeł. Maciej Płaza, Wydawnictwo Otwarte 2014, s. 11.

„Sailing to Sarantium” Guy Gavriel Kay

„Sailing to Sarantium” Guy Gavriel KayZacznijmy od wstępu nie książkowego – Malita teraz czyta ciut mniej, a właściwie raczej czyta bardzo mnóstwo, ale mniej o tym pisuje. Ten stan się zmieni, obiecuję, jak tylko życie zwolni odrobinę i zobowiązania zostaną zobowiązane. Rychło, pracuję nad tym.

Wstęp stricte książkowy nosi imię „Tigana”. Samo słowo ma w sobie pewien obiecujący posmak – a historia, jaka się za nim kryje, jest po prostu bajeczna. Niby renesansowe Włochy (Kay specjalizuje się w światach fantastycznych, łudząco podonych do miejsc znanych nam z historii całego świata, zaraz będzie o Bizancjum), utracone królewstwo, intrygi… ach! „Tigana” to też jedyna powieść Kaya, jaką do tej pory czytałam, i uroczyście karcę sama siebie, że dopiero teraz przechodzę do dalszej twórczości. Dodatkowym bodźcem było i to, że twórczość Kaya zajmuje kilka miejsc w kanonie, utworzonym przez Andrzeja Sapkowskiego w „Rękopisie ze smoczej jaskini”. Rzeczony kanon od lat skrupulatnie podczytuję, na razie plasuję się na pozycji Fana Drugiej Gildii.

Po tych przydługich wstępach bezpośrednio i bez krępacji przechodzę do zachwytów. A nie, najpierw fabularnie-formalnie.

Po trzykroć przesławny Valerius II, cesarz potężnego Sarantium, to mąż wielkiej ambicji. Zdobył Złoty Tron i pragnie, by jego imię zapisano w kronikach równie złotymi głoskami. Albo lepiej – misternymi mozaikami. Władza to bowiem jedno, a działanie ad maiorem Dei gloriam to drugie. Cesarz nakazuje wznieść imponujące sanktuarium i pragnie, by olbrzymia kopuła budowli została ozdobiona mozaiką, jakiej swiat jeszcze nie widział. I tak pewien artysta z obrzeży imperium otrzymuje wezwanie i  propozycję nie do odrzucenia. Caius Crispus, aka Crispin, artysta tudzież mistrz mozaik, buńczuczny, niepokorny i nękany przez duchy przeszłości wyrusza do stolicy, przy okazji otrzymując ścisle tajną misję dyplomatyczną.

Tytułowe żeglowanie do Sarantium to w świecie Kaya przenośne określenie zmian życiowych. Krawędź nowych zdarzeń, światło w tunelu, nazwijcie to, jak chcecie. Dla Crispina dosłowna podróż do stolicy imperium stanie się wędrówką pełną przygód, zatrważających spotkań i niebezpieczeństw (ta-da-dam, oto quest). A w samym mieście będą kolejne wyzwania, spiski i nowi wrogowie. Niezwykła cesarzowa Alixana, motłoch, który kibicuje brawurowym woźnicom rydwanów, kolejne frakcje na dworze – sarantyjski kocioł kipi i tylko czekać, aż wybuchnie. Nie mam wątpliwości, że nasz artysta w tym wybuchu będzie miał czynny udział.

Sam Crispin, niby taki kapryśny i wybuchowy artysta, okazuje się być klasycznym cnym bohaterem, ratującym damy w opałach (i to delikatnie mówiąc). Rycerskim odruchom towarzyszy też ostrożność, konieczna na cesarskim dworze. Jest schemat? Może trochę. Ale jak opakowany, mniam!

Teraz będą zachwyty. O jak to jest napisane. O jak to jest i nie jest osadzone w realiach Bizancjum. O jak to jest skonstruowane zmyślnie-przemyślnie, złożone starannie jak cryspinowe mozaiki. O jak ja bardzo pędzę po tom drugi.

Wy też pędźcie, przynajmniej po pierwszy.

* W polskim przekładzie „Sarancjum”, rzecz czytałam w oryginale i będę się odnosić do nazw własnych po angielsku. Okładka też w wydaniu angielskim.

„Dziecko na niebie” Jonathan Carroll

I część trzecia trylogii, po „Kościach księżyca” i „Śpiąc w płomieniu”. Tym razem główną postacią powieści jest mój ulubiony Weber Gregston (drugoplanowa postać z „Kości…”, nieszczęśliwie zakochany w Cullen, i epizodyczna z „Śpiąc w płomieniu”), więc spodziewałam się samych smakowitości. I było dobrze.

Phil Strayhorn, znany z poprzednich części reżyser przerażających filmów z cyklu „Północ”, popełnia samobójstwo. Weber, również reżyser i jego najlepszy przyjaciel, nie umie się pogodzić z tą gwałtowną śmiercią. Widzi w niej coś więcej – i ma rację. wkrótce otrzymuje kasety wideo, na których Phil nagrał swoje przesłanie, skierowane właśnie do Webera. Kasety, na których pojawia się coraz więcej filmu, choć nikt na nich nie nagrywa… Wokół Webera i jego przyjaciół zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Zło, które pojawiło się na świecie za sprawą Phila, czyni wielkie spustoszenie. Równowaga we wszechświecie została zaburzona i Weber otrzyma nie lada zadanie – ocalić świat, i to w wielkim stylu. A czasu jest coraz mniej…

Powiem tylko, że niezłe, ale końcówka mnie nieco rozczarowała. Do połowy, może nieco dalej, byłam zupełnie zauroczona, a później napięcie nieco „siadło”. Bardzo ciekawe były za to filozoficzne rozważania o naturze zła. Niemniej, u Carrolla najlepszy jest klimat tej lekko onirycznej, nietuzinkowej fantazji. We wszystkich jego powieściach, które dotychczas czytałam, granica między rzeczywistością, wyobraźnią, snem i, jak w tym przypadku, zaświatami, zaciera się w sposób niebywały. Dla tego klimatu warto czytać Carrolla, ale nie za często – warto sobie odrobinkę zapomnieć, jak to wygląda, by potem na nowo odkryć tę atmosferę. Jeszcze tak podsumowująco-trylogicznie: najbardziej jednak podobało mi się „Śpiąc w płomieniu”. Chyba właśnie z uwagi na zakończenie, takie przewrotne i niepokojące…

PS. I dziękuję Asi-san za pożyczenie!

„Śpiąc w płomieniu” Jonathan Carroll

Coś na kształt drugiego tomu „Kości księżyca”, ale tylko na kształt. Ogólnie przedstawia się te dwie książki plus „Dziecko na niebie” jako trylogię: powieści łączą się niektórymi bohaterami (tutaj ku mej uciesze pojawia się Weber Gregston, moja ulubiona postać z „Kości…”, a główna bohaterka poprzedniej cześć, Cullen James, jest kilkakrotnie wspomniana w rozmowie), no i klimat jest dość podobny.

Tak, to jest fantastyka. Co prawda nie łopatologiczne smoki i herosi, ale też. Fantastyczność w „Śpiąc w płomieniu” objawia się poprzez sny i niezwykłe zdolności głównego bohatera. Walker Easterling, były aktor, śni o różnych miejscach i ludziach, które wydają mu się niezwykle znajome. Na wiedeńskim cmentarzu znajduje (czy raczej czyni to jego ukochana, wielkiej urody i inteligencji Maris) grób człowieka, który choć nazywał się inaczej, wyglądał dokładnie tak samo, jak Walter. Nieznajomi ludzie pozdrawiają go jako pana „Rednaxela”. W dziwnym przebłysku świadomości potrafi dostrzec przyszłość. Walter będzie musiał – z pomocą cudownego wręcz nauczyciela, szamana imieniem Venasque – odkryć prawdę o samym sobie, o swoich wszystkich żywotach i będzie musiał uczynić to jak najszybciej. Stawką jest nie tylko jego życie, ale i życie jego najdroższej Maris. A co do tego mają bracia Grimm? Ha! Zobaczcie sami.

Naprawdę świetna rzecz, zwłaszcza w  porównaniu do „Kości…” (surrealistyczne sny o Rondui trochę mnie przytłaczały). Tym razem zagadka ukryta w snach jest naprawdę przednia, a koncepcja reinkarnacyjna nietypowa i przez to intrygująca. Mnie osobiście też bardzo cieszyły rozliczne opisy Wiednia, gdzie dzieje się większość akcji – mam do tego miasta ogromny sentyment, i gdy czytam, jak Walker spaceruje po Graben, od razu wiem, o co chodzi. Tak więc polecam, nawet i bez lektury pierwszej części. A ja już rychło zabieram się za trzecią, bo tam – zgodnie z opisem na okładce – już czeka Weber Gregston!

I dziękuję za pożyczenie powieści Asi-san.

„Kości księżyca” Jonathan Carroll

Carrolla czytałam jak dotąd „Krainę Chichów” (wyborna), jak również „Zakochanego ducha” i „Szklaną zupę” (niezłe). Tak, to fantastyka. I dziwna nieco proza, niekoniecznie w moim typie dziwności. Ale ja nie o tym.

„Kości księżyca” to historia Cullen, która żyje spokojnie na Manhattanie, wiodąc szczęśliwe życie z ukochanym mężem i dzieckiem. To za dnia, bo nocą przenosi się na fantastyczną wyspę Rondua, gdzie ocean jest różowy, a w jego wodach żyły niegdyś mułograbki, ziarnomlecze i jasmady. Cullen w towarzystwie swego syna imieniem Pepsi, wielbłąda Martwego, wilczycy Feliny i psa Pana Tracy’ego podejmuje (w końcu to fantasy) niezwykły quest. Cała ekipa – a dokładniej Pepsi – musi odnaleźć tytułowe Księżycowe Kości, magiczne artefakty, które dają władzę nad Ronduą. Nie jest to jednak sielankowa kraina: na Cullen i jej przyjaciół czyha wiele niebezpieczeństw, a i „realny” Nowy Jork nie jest oazą spokoju. Sprawa komplikuje się, gdy obydwa światy zaczynają się przenikać…

Wiecie, z czym mi się to kojarzy? Z „W krainie kota” Doroty Terakowskiej. Wypisz, wymaluj – powrót do krainy, o której się zapomniało, senne podróże do innego miejsca wraz z dzieckiem. Z tym, że powieść Carrolla została wydana dużo wcześniej i jest dużo bardziej… surrealistyczna. Kilka rozwiązań fabularnych było naprawdę udanych, niemniej całość mnie nie wbiła w fotel. Raczej nie mój klimat.

PS. Asia-san, dziękuję za pożyczenie!

„Taniec ze smokami. Część II” George R. R. Martin

Jak to się ładnie składa – rok temu, w czas Wielkiejnocy, skończyłam czytać „Grę o Tron”. W tym roku przeczytałam „Taniec ze smokami” (dodam, że Boże Narodzenie spędziłam w towarzystwie dwóch poprzednich książek). Plus rok temu akurat wchodził serial – tak, przyznaję bez bicia, to stąd moje zainteresowanie „Pieśnią Lodu i Ognia” – a tu już drugi odcinek drugiego sezonu. Ładnie się składa, zaiste.

Tyle tych sentymentów historycznych. Konkretów będzie mało. Nie będę się wdawać w fabułę, bo nieznającym sagi Martina mogłoby to nieco zepsuć zabawę, a fani i tak wiedzą, o co się rozchodzi. Próbować stłoczyć takie bogactwo wątków w jedną, mała recenzję to rzecz nie tyle niewykonalna, co bezsensowna. Grunt, że nieustannie nie idzie się od draństwa oderwać. Wydawałoby się, że ledwie kilka rozdziałów minęło, a tu koniec powieści (bagatela, 700 stron!). I, jak zawsze, urywa się w takim momencie, że po prostu zionę pragnieniem przeczytania kolejnej części. Tylko, że tym razem, niestety, muszę poczekać, aż Autor ją napisze… i tak przyjdzie mi czekać pewnie ze trzy lata na dalsze koleje losów Jona, Daenerys, Tyriona – moja trójka ulubieńców – i reszcie ekipy. Czy warto? O Boże, każda strona warta czekania.

„Wieża Zielonego Anioła” Tad Williams

Będzie zbiorczo o czterech częściach jednego tomu trylogii Williamsa „Pamięć, Smutek i Cierń”(a te cztery części to „Cierpliwy kamień”, „Kręta droga”, „Toczące się koło” i „Płonąca wieża”). Nie będę się rozdrabniać nad nimi, traktuję je jako spójną całość. Lojalnie też uprzedzam, że będzie dużo spoilerów. Dla tych, którzy nie czytali całości, rzeknę, że pierwszy tom mi się podobał, drugi mnie nieco znużył, natomiast trzeci… nie szło się oderwać. Pewnie też dlatego, że to ostatni i nie posiadałam się z ciekawości, jak też wszystko się zakończy.

Wojna księcia Josuy i jego sprzymierzeńców z królem Eliasem i potężnym Inelukim, Królem Burz, nieuchronnie zbliża się ku końcowi. Po spotkaniu na legendarnym Kamieniu Rozstania i straszliwej bitwie u jego podnóża, wszyscy bohaterowie – Simon, Miriamele, Binabik, Tiamak, Josua i jego oddziały, Sithowie, Rimmersmeni i inni – zdają się zbliżać do zamku Hayholt, gdzie wszystko się zaczęło. Czy jednak ustrzegą się przed fałszywymi posłańcami, przed którymi ostrzegała ich Geloe? Przeciwnik jest niezwykle silny, i dzielni, choć nieliczni sprawiedliwi, zaczynają wątpić w swoje zwycięstwo…

I tu będą spoilery: nono, opcja z Camarisem wyborna. A rozwiązanie całości – tzn. jego romans z żoną Eliasa – w życiu bym na to nie wpadła. Co prawda królewskie pochodzenia Simona – choć przewidywalne – trochę mnie zniesmaczyło, no ale niech już będzie i niech panuje długo i szczęśliwie, hejże ha. Do irytujących mnie postaci dołączyła Miriamele (z kobiecych protagonistek wolałam Aditu) i ogromnie mi było żal Maegwin – straszliwy los ją spotkał. Last not least, jedna z ostatnich scen – spotkanie Simona i Rachel Smoka – naprawdę mnie dogłębnie wzruszyło. Wychodzi na to, że jestem w stanie pochlipać nawet na książce fantasy.

Koniec spoilerów. Kolejna pozycja z kanonu zaliczona, i tym razem naprawdę było w porządku – to tak podsumowując wszystkie trzy tomy. Naprawdę, warto.

PS. I Basi dziękuję za ofiarne przytachanie mi drugiego i czteroczęściowego trzeciego tomu :)