Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie

Co roku obiecuję sobie, że na Targi Książki to tylko symbolicznie, dwie-trzy książki, bez szaleństw, a potem jadę i jakbym amoku na miejscu dostała. Pewnego razu odwiedziłyśmy Targi razem z myszkovską, która wymogła na mnie obietnicę, że jak będzie chciała nabyć więcej niż zakładał plan, to mam ją okładać antologią polskiego reportażu w dwóch tomach. Jako że nie miałam na podorędziu ani jednego tomu, to plan został przekroczony. Znacznie. Ale cóż, krakowskie Targi są raz w roku (czekajcie, jak się wybiorę do stolicy, to dopiero będzie) i czasem trzeba. Niemniej, zanim zagłębię się w radosne potargowe lektury, garść przemyśleń nad tymi przedtargowymi – zresztą ostatnie rozdziały „Belgariady” doczytywałam jadąc na Targi i oczekując nad kawą na Króla Małżonka. Continue reading „Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie”

Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

Jak już zeznałam na Wiadomym Portalu Społecznościowym, nadrabiam klasykę fantastyki. Nadrabiam zresztą od lat, podążając za listą ‘the best of’ Andrzeja Sapkowskiego z „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini” i nie jest źle, ale wciąż jeszcze kilometry stron przede mną (ale fajnie!) (stosowna kategoria blogowa: tuże). Co nie zmienia faktu, że zdążyłam już dzięki tejże liście odkryć całe mnóstwo świetnych powieści, jak choćby cykl o Alvinie Stwórcy lub wszystko, co napisał Guy Gavriel Kay. A ostatnio z myszkovską doszłyśmy do wniosku, że o wiele sympatyczniej będzie nadrabiać w duecie i ta spontaniczna myśl została błyskawicznie wprowadzona w czyn: ona nabyła „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego, ja pierwszy tom cyklu „Temeraire” Naomi Novik. Jeśli chodzi o mnie – strzał w dziesiątkę!

Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.
Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.

Nigdy nie byłam fanką wojen napoleońskich – pamiętam, jak przed maturą z historii zanosiłam w głębi serca błagania do wszystkich wysokich instancji, by wypracowanie było na temat przednapoleoński – choć nie da się ukryć, że jest to okres szalenie inspirujący. Pomyślcie choćby o imponującym objętościowo cyklu o Richardzie Sharpie pióra Bernarda Cornwella. A jakby do tego całego zamieszania dokooptować smoki?

Świat stworzony przez Novik (tak, to ta pani od „Wybranej”!) do złudzenia przypomina nasz własny, z tą drobną różnicą, że już od tysięcy lat smoki stanowią zupełnie normalny element rzeczywistości. Od starożytnych Rzymian po współczesnych Chińczyków: wszyscy smoki hodują, trenują tudzież używają w celach przeróżnych, acz ostatnio najczęściej wojennych. W końcu sam Napoleon (i nie tylko on) dysponuje konkretnymi smoczymi oddziałami i potrafi je użyć podczas bitwy czy zwiadu. Ale taką bojową bestię trzeba najpierw odpowiednio wyszkolić, a przede wszystkim, ujarzmić – dzieje się to zaraz po wykluciu, gdy wybrany awiator nakłada smokowi uprząż. Wszystko świetnie, tylko co robić, kiedy akurat będąc na morzu przechwytujecie francuską fregatę, na której pokładzie znajduje się jajo gotowe do wyklucia, a do lądu jeszcze wiele dni rejsu? Z braku odpowiednio wykwalifikowanych osób, ktoś z załogi musi podjąć się dość niewdzięcznego zadania nałożenia smokowi uprzęży. Zrzędzeniem losu to kapitanowi HMS Reliant, Willowi Laurence’owi, przypada ten zaszczyt i tak oto staje się opiekunem smoka, któremu nadaje imię Temeraire. I tak się zaczyna…

Oczywiście okazuje się, że Temeraire jest stworzeniem niezwykłym, nawet jak na smoka. Will odkrywa jego liczne przymioty (a czytelnicy wraz z nim), hołubi, karmi, i wreszcie porzuca służbę w marynarce na rzecz brytyjskiego Korpusu awiatorów. Zarówno on sam, jak i Temeraire muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przyzwyczaić do rytmu treningów i różnych awiatorskich zwyczajów – i to przyzwyczaić w trybie pilnym, bo Napoleon już w natarciu. Będą szkolenia, akcje, bitwy i różne inne, bardziej towarzyskie przyjemności.

Tyle rzeczy mi się w tej książce podobało! Ale jak mam już wymieniać konkretnie, to osobiście bardzo lubię te fragmenty różnych narracji, w których bohater się czegoś uczy, uczęszcza do szkoły etc. – stąd moja sympatia do „Gry Endera” czy nauczenie się prawie na pamięć połowy „Córki marnotrawnej” Archera, nie wspominając już o pewnej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Bardzo ciekawie zarysowano też środowisko awiatorów i różne społeczno-obyczajowe aspekty, które odróżniają opiekunów smoków choćby od ekipy służącej na morzu. Z kolei silna relacja, łącząca Willa i Temeraire’a przywołuje oczywiście przyjaźń Czkawki i Szczerbatka, znanych z książek Cressidy Cowell i arcyuroczych animacji, a to skojarzenie zawsze słuszne i rozczulające.

https://i2.wp.com/i.imgur.com/7UbDfrJ.gif
Spójrzcie tylko na niego.

Sam Will to przesympatyczna postać, prawdziwy żołnierz w służbie Imperium, a jednocześnie czuły i troskliwy smoczy przyjaciel. Codziennie czyta Temeraire’owi na dobranoc (też bym tak mogła) i uczy go ludzkiego spojrzenia na świat. Skądinąd smok ma solidne jakobińskie tendencje. Ta smoczo-ludzka przyjaźń to chyba najsolidniejszy wątek tegoż wybornego konceptu w wydaniu Novik. I tak się właśnie zadziało, że zaciekawiły mnie wojny napoleońskie – ale tylko w takim smoczym wydaniu. Czekam na więcej!

PS. Raz jeszcze gratuluję sobie i myszkovskiej znakomitego pomysłu wspólnego czytania. Brawo my.

Dlaczego uwielbiam fantastykę.

Już od dłuższej chwili obiecywałam opowieści o „Ziemiomorzu”, ale potoczyło się tak, że opowiem inaczej: trochę więcej, trochę ogólniej – o fantastyce.  I o tym, co lubię w niej najbardziej, czyli o kreacji świata przedstawionego. Będzie zatem wodzenie palcem po mapie, odtwarzanie trasy podróży bohaterów (quest od małej wioseczki do Miejsca Przeznaczenia, wiecie, o co chodzi), zachwyt nad drobnymi szczegółami, które same w sobie nic do fabuły nie wnoszą, ale spajają historie w pełnokrwiste całości.

Dlatego uwielbiam Harry’ego Pottera, całe Rowlingowe magiczne uniwersum jest dla mnie fenomenalnie skonstruowane (i drobiazgi w stylu reklam podczas finału mistrzostw świata w quidditchu: „Błękitna Butla – miotła dla całej rodziny!”).

Dlatego żywię szacunek do rozmachu (epickiego, a co!), z jakim Tolkien nakreślił całe legendarium Śródziemia. W moim przypadku to szacunek nabożny, niekoniecznie wszechwiedza – ale znam takich, którzy geografię Ardy mają w małym palcu, albo mogą oglądać trylogię Jacksona bez napisów, tłumaczących dialogi w sindarinie (myszkovska do raportu!).

Dlatego zachwycam się wyobraźnią Chiny Mielville’a, który potrafi wykreować świat przedziwny: zwłaszcza mam tu na myśli zwłaszcza Bas-Lag i jego multum ras, jedna obrzydliwsza i cudaczniejsza od drugiej (Toromorze także miało potencjał, właśnie w kwestii uniwersum).

Dlatego przepadam za Światem Dysku z jego intertekstualnym dowcipem, sielankowym Lancre i tętniącym życiem Ankh-Morpork. Gdzież indziej będzie tyle uroczych i turbo inteligentych nawiązań do Szekspira („Trzy wiedźmy” <3), do Gastona Leroux (upiór straszący w operze, czyli „Maskarada”) czy do starego dobrego Bożego Narodzenia (mój najulubieńszy „Wiedźmikołaj”).
I salute you, sir Terry. Teraz i zawsze.

Szczerbatek i Le Guin
Takie książki tylko z odpowiednimi zakładkami – arcyuroczy Szczerbatek, hand-made by najlepszy akademicki sidekick!

Last not least, jak to mówią Anglicy – dlatego też na nowo zachwyciłam się Ziemiomorzem. Moje pierwsze spotkanie z Ursulą Le Guin miało miejsce chyba jeszcze pod koniec podstawówki i było to zdecydowanie za wcześnie. To znaczy, połknęłam „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, ale bezrefleksyjnie, prawie nie pamiętałam, o co chodzi – jakiś tam Ged, jakieś tam wyspy, a, chyba były też smoki… wiecie, jak jest. Kiedy zatem ukazało się wielkie, zbiorcze wydanie wszystkich historii, pomyślałam sobie – a, to może spróbuję jeszcze raz. Pomyślałam i na tym zakończyłam. Dopiero niedawno w moje łapki wpadło rzeczone wydanie, grubaśne, piękne – i wtedy przepadłam. Żeglując do najdalszych wysp, za którymi tylko bezkres wód, wędrując tunelami grobowców Atuanu, słuchając rozmów ze smokami. To jeden z tych światów, do których chce się wracać wciąż i wciąż.

I właśnie dlatego uwielbiam fantastykę.

PS. Dziękując Ethlenn za pożyczenie „Ziemiomorza” w wersji pięknej i grubej.

Happy birthday, miss Austen.

„Janeici”, czyli fani panny Jane, dziś mają oficjalną okazję do świętowania, mniej czy bardziej oficjalnie. Dokładnie 239 lat temu urodziła się Jane Austen i to dobry moment, żeby coś w klimacie poczytać. Otóż ostatnio w rozmaitych testach typu „który bohater Austen jest Twoim księciem z bajki” (luźne tłumaczenie, piękne, nie wierne) wychodził mi Edmund Bertram, wcielenie cnót wszelakich w powieści „Mansfield Park”. Cytując:

“Your soulmate is also your best friend. Edmund will always listen to you and be a shoulder to cry on – and he’ll know just how to cheer you up, too. Sure, he can be a bit serious, but he has strong values, which you can’t help but admire”

…no cóż. Jako że mało co pamiętałam z historii Fanny i Edmunda, postanowiłam sobie odświeżyć rzeczoną książkę i oto proszę.

Zacznijmy bajkowo: dawno, dawno temu były sobie trzy siostry. Jedna wyszła za mąż za możnego i wysoko postawionego pana Bertrama o kryształowych zasadach moralnych. Druga poślubiła pastora nazwiskiem Norris. Trzecia, obecnie pani Price, popełniła mezalians i teraz niedostatek wraz z mężem alkoholikiem i pokaźną gromadką potomstwa. Pani Bertram i pani Norris postanawiają wspomóc siostrę i przygarnąć jedną z jej córek – cichutką i spokojną Fanny. Dziewczynka ma zamieszkać w eleganckiej rezydencji Bertramów, Mansfield Park i kształcić się na dobrze obytą młodą damę. Teoretycznie ma być pełnoprawną mieszkanką posiadłości, ale ciotka Norris i jej kuzynki szybko dają jej odczuć, jak niewiele jest warta. Nie mówiąc o tym, że powinna być permanentnie  wdzięczna wujostwu za wyrwanie z dotychczasowej niedoli. Jedyną zaufaną osobą w posiadłości jest kuzyn Edmund, poważny chłopiec o złotym sercu, i dobroduszna Fanny bardzo go poważa.

Cottesbrooke_Hall_Northamptonshire
Cottesbrooke Hall w Northamptonshire – inspiracja dla powieściowej rezydencji

Fanny to anioł łagodności: mnie samej trudno było wytrzymać sama myśl o nieznośnej ciotce Norris (archetyp wszechwiedzącej ciotki, w każdej rodzinie jest taka) i rozlazłej, choć poczciwej ciotce Bertram (jeśli myślicie że nie da się nie mieć zdania na ŻADEN temat, cóż, oto pani Bertram). Dziewczyna znosi wszystkie upokorzenia z godnością i anielską cierpliwością (jej spolegliwość też skądinąd potrafiła być irytująca na dłuższą metę), ale zasadniczo jest kontenta ze swojego losu. Mansfield Park wydaje się jej być ostoją harmonii, dobrego smaku i ogólnie pojętego decorum… do czasu, gdy w pobliże wprowadza się rodzeństwo Crawfordów, które wnosi sporo zamieszania w dotychczasowy ład i porządek rodziny Bertramów. Miłosnego zamieszania, dodajmy.

Jak to u Jane Austen – wszystko kręci się wokół rozmaitych relacji towarzyskich, małżeństw, narzeczeństw i wszelakich związków damsko-męskich. Fanny Price nie jest główną rozgrywającą w rozmaitych potyczkach towarzyskich, co to, to nie – ale jako bystra obserwatorka potrafi wiele dostrzec… i się tym przerazić. Austen, mistrzyni ironii, raz jeszcze pokazuje angielskie socjety w sposób ostrożny, ale dający do myślenia (tu koniecznie musicie sprawdzić tekst Pauliny z Miasta Książek „W łóżku z panem Darcym”).

Nie spoilując zanadto – żałuję tylko, że ostateczne rozwiązanie miłosnych historii z Fanny w roli głównej zostało przedstawione tak… zdawkowo. Nic co prawda nie przebije listu od kapitana Wentwortha (jedno z najpiękniejszych literackich wyznań miłosnych EVER), ale chciałoby się choć trochę więcej, niż trzy zdania w epilogu.

Tak czy tak, myślę, że urodziny Jane Austen to idealna okazja, żeby zakopać się pod kocem z „Mansfield Park” (analogowo, albo słuchawkowo, jak Malita). Albo chociaż zerknąć na jedną z rozlicznych adaptacji. Albo chociaż przyjąć jakieś sympatyczne nawiązanie popkulturowe, jak “Lizzie Benennet Diaries” albo „Kraina Jane Austen”.

Mądrość nad mądrościami i wszystko mądrość. Zdjęcie by myszkovska.

Och, no dobra. Kto ze mną zakłada klub miłośników aka miłośniczek Jane Austen? ^^

„Let the Right One In” John Ajvide Lindqvist

Rozrzut audiobooków mam dość konkretny, nie da się ukryć – od gadających zwierzątek, przez historie miłosne sprzed dwustu lat, aż po… wampiry. I to moment, kiedy hasło „still better love story than Twilight” pasuje jak żadne inne. Bo to jest coś na kształt love story. Wampirzego love story, dodajmy, choć nie to w tej książce jest najważniejsze.

Ale zarysujmy najpierw czasoprzestrzeń. Blokowisko w Blackberg, dzielnicy na obrzeżach Sztokholmu, to nie jest najwspanialsze miejsce świata. A już zwłaszcza dla Oscara, lat dwanaście, dla którego przeżycie jednego dnia bez terroru w szkole i przemoczenia bielizny ze strachu to wielki sukces. Zahukany chłopiec z rozbitej rodziny, ileż już takich postaci było… no, ale nie każda postać zaprzyjaźnia się z wampirem mieszkającym po sąsiedzku. I to wampirem pośrednio odpowiedzialnym za makabryczne morderstwo, które wstrząsnęło opinią publiczną. Nietrudno się domyślić, że taka przyjaźń wywróci do góry nogami życie wszystkich zainteresowanych.

Tych zainteresowanych jest sporo – Lindqvist ma dar do tworzenia wyrazistych postaci, na pierwszym i na drugim planie. Oscar i Eli (wampirzątko z sąsiedztwa) to jedno, ale świetnie zarysowani są też prześladowcy Oscara (zwłaszcza Jonny, majstersztyk), jego rodzice, jak również opiekun Eli. Moim osobistym faworytem był mówiący z ciężkim hiszpańskim akcentem nauczyciel wychowania fizycznego, pan Ávila.

„Let the Right One In” John Ajvide Lindqvist
W ramach obrazka oryginalna okładka, bo strasznie mi się podoba.

Ale jest jeszcze jedna, wielce ważna rzecz: w większości opisów tej książki uwagę zwraca się na konotacje wampiryczne, ale na mnie największe wrażenie zrobiło coś innego. Po raz pierwszy spotkałam się z tak sugestywnym przedstawieniem szkolnej przemocy – ba, co tu dużo kryć, brutalnego gnojenia, opisanego tak, że aż mam ochotę się skulić gdzieś na dnie szafy. To nie wampiry tu straszą, paradoksalnie. To ludzie.

Choć i krwiopijcom daleko do łagodnych, skrzących się romantycznych wegetarian: to drapieżniki unurzane w krwi, działające, jak ich biologia nakazuje. Są obrzydliwe w swoich instynktach, ale jednocześnie zdolne do większego poziomu empatii, niż cała klasa Oscara razem wzięta, łącznie z nauczycielami.

„Let The Right One In” to naprawdę mocna rzecz, niezależnie od poziomu wampiryzmu który czasem wydaje się już być – ten wampiryzm, nie poziom – raczej passé. Szwedzcy pisarze jakoś wyjątkowo lubią się babrać w bardziej społecznych tematach, nawet jeśli odbywa się to pod szyldem „romantic vampire fiction” (czujecie, jak to brzmi…). Na marginesie, nie polecam do porannych, chłodnych spacerów czy joggingu, zwłaszcza w Krakowie, gdzie mgła o tej porze bardzo działa na wyobraźnię. Szalenie intensywnie, dodajmy.

PS. Filmów na podstawie jeszcze nie widziałam, ale sądząc po zwiastunach (wersja szwedzka z 2008 roku i wersja amerykańska z 2010) są wielce w klimacie!
PPS. I podziękowania otrzymuje Voodoo Bragga ^^

Morska Sierota i w poszukiwaniu… dostatku.

"Dostatek" Michael CrummeyNie od dziś wiadomo, że Malita ceni książki wzbudzające emocje i pełne porządnych bohaterowie (w sensie, porządnie skonstruowanych, niekoniecznie porządnych moralnie, nawet niekoniecznie dających się uwielbiać). Najlepiej, żeby jedno łączyło się z drugim, acz kiedyś wyznałam, że w dylemacie „postać czy fabuła?” wybieram to pierwsze. Co do emocji – nie chodzi mi o powieści, przy których tygielek pełen uczuć eksploduje raz na rozdział. Wystarczy raz na trzy. Nie ma natomiast nic gorszego po lekturze, niż refleksja w stylu „it left me cold” (doskonałe podsumowanie, ciężkie do przełożenia). „Dostatek” to książka chłodna. Ale nie pozostawiła mnie zimnoobojętną.

Niemniej, ta zimność jest tu arcyważna – Nowa Funlandia, ojczyzna autora i ojczyzna jego bohaterów, to ziemia surowa i niechętna mieszkańcom. Crummey przedstawia dwieście lat walki z przyrodą, głodem i własnymi uprzedzeniami – a wszystko zaczyna się, gdy z brzucha wieloryba wyrzuconego na brzeg wyciągnięty zostaje blady i śmierdzący rybami mężczyzna. Ten niby-mityczny Jonasz, Wielki Biały, Morska Sierota, odmieni życie Paradise Deep i innych wiosek w sposób, jakiego nikt by się nie spodziewał. Choć nie mówi ani słowa, wpląta się w waśnie między dwoma wiodącymi rodzinami w okolicy, Devinami i Sellersami. To początek długiej historii, przeplatanej nadzieją i gorzkim brakiem perspektyw, konfliktami religijnymi, a później klasowymi i wojennymi. Historii niby niedopowiedzianej, jak sterany i niekompletny egzemplarz Biblii, wyłowiony z rybiego gardła.

Przy „Dostatku” przeszłam drogę liczącą sobie lata świetlne – wieki temu, przy zapowiedziach, był dziki entuzjazm („łoo, wieloryb, łoo, rozbitek, łoo, zamknięty świat”). Potem pierwsze cudze wrażenia – byli tacy, co się rozpływali, inni nie byli w stanie zdzierżyć do końca. Potem zaczęłam czytać, i ten surowy, nieprzyjazny świat wciągnął mnie bez reszty. Po kilkudziesięciu stronach pojawiło się zwątpienie – za dużo się zrobiło w tym Márqueza (gryzłam z rozpaczy kartki „Stu lat samotności”, głównie metaforycznie, ale blisko było do realnego gryzienia, kompletnie nie mój klimat). Jakież mi to było obojętne, jak mnie to nie interesowało, kto z kim i jak mu się nie powiedzie i jaką jeszcze klęskę Crummey szykuje dla swoich postaci. Jedna czy dwie sceny może i ładne, ale tak właściwie, to wcale mi ich nie żal, tych wiecznie zmarzniętych, wiecznie głodnych, wiecznie nieszczęśliwych rybaków i ich bliskich.

Nie lubię nie doczytywania książek, więc tak mruczałam i prychałam cichuteńko, przedzierając się przez cuchnące rybą historie Paradise Deep… aż do ostatniej strony. Bo tam, moi drodzy, tam jest takie zakończenie, że wywraca do góry całość. I nagle wszystko staje się jasne. I nagle staję się pełna zachwytu tym odczytaniem „Dostatku”.

Trzeba się mozolnie przekopać przez trzysta stron bez mała, ale niewiele rzeczy raduje tak w życiu, jak odnalezienie sensu. W „Dostatku” jest go pod dostatkiem.

„Pompeja” Robert Harris

„Pompeja” Robert HarrisO, i to jest jedna z kandydatek do Najcierpliwszej Książki Roku. Trzy kolumny książek, spoczywające po mojej lewicy (a właściwie, po lewicy mojego komputera), patrzają na mnie z wyrzutem umiarkowanym, ale wyrzut „Pompei” przybierał na sile już od długiej chwili. +10 do skruchy, rzut obronny niefortunny – co będę przedłużać, zabrałam się za czytanie. Zresztą, to nie jest to lektura strasząca objętością: wedle Malitowych standardów, taka grubsza broszurka.

Rzecz niby o Pompei (dziś raczej obowiązuje nazwa „Pompeje” i pod takim też tytułem wznowiono tę powieść w tym roku) i niby o wybuchu Wezuwiusza, ale tak właściwie o akweduktach. Otóż zanim wulkan splunął ogniem i zniszczeniem, w miastach położonych nad Zatoką Neapolitańską zabrakło wody. Zagadkę jej zniknięcia próbuje rozwiązać młody Atiliusz Primus, akwariusz, czyli inżynier wodny. Skąd zapach siarki w kanałach? Dlaczego w basenie bogatego a chciwego wyzwoleńca Ampliatusa wyzdychały cenne mureny? Czy zawinił legendarny akwedukt, Aqua Augusta, a może przyczyna wznosi się dumnie nad Pompeją i Herkulanum? Tajemnicze zniknięcie poprzedniego akwariusza tylko gmatwa sprawę – zniknął z obawy czy może został „zniknięty”? Atiliusz, niepomny na niechęć swoich podwładnych i ich sarkania, rusza do Pompei, chcąc odnaleźć pęknięcie w akwedukcie. Ziemia drży, populus romanus wszczyna zamieszki, a dzielny akwariusz będzie musiał zmierzyć się nie tylko z problemami natury inżynieryjnej, ale i politycznej – a ujawnienie tych drugich może go kosztować życie.

Akcja „Pompei” rozgrywa się w cztery dni: dwa przed wybuchem Wezuwiusza i dwa w trakcie. Zawsze wydawało mi się, że sam wybuch nie trwał zbyt wiele (ot, rzygnięcie lawą i po sprawie), ale było dokładnie odwrotnie. Wiemy to dzięki admirałowi Pliniuszowi Młodszemu – temu od „Historii naturalnej” – który również pojawia się w powieści. Admirał, nie bacząc na pandemonium wokół niego, dyktuje swoje wrażenia dla potomnych:

„Z bliższej odległości – zaczął – manifestacja wygląda jak gigantyczna ciężka deszczowa chmura, coraz bardziej czarna. Podobnie jak w przypadku sztormu obserwowanego z odległości kilku mil, można w niej dostrzec pojedyncze smugi deszczu, przesuwające się niczym dym po ciemnej powierzchni. A jednak według inżyniera Marka Atiliusza nie są to opady deszczu, lecz skał”*

 Im więcej myślę o „Pompei”, tym bardziej mi się podoba. Nie z uwagi na fabułę czy postaci (ani toto specjalnie wartkie, ani toto specjalnie wyraziste), ale na całą tę otoczkę wiedzy o akweduktach i wulkanach. I potędze natury, której nie sprosta żaden rzymski legion. Warto tę potęgę mieć z tyłu głowy.

 W ramach ilustracji – ostatnio ich dużo bywa – zdjęcia by Mama i Tata Malita, który odwiedzili tenże rejon akurat w rocznicę wybuchu.

01 Formia (47)
Baseny w Formii – w podobnym pływały nieszczęsne mureny Ampliatusa.
09 Pompeje (32)
Pompeje i Wezuwiusz dziś. I niebo, nieodmiennie w kolorze azurro.
10 Capo Maiano tam stała flota Pliniusza
Capo Maiano – tam stała flota admirała Pliniusza.

PS. Jutro wyprawa na Targi Książki AD 2014, ale raczej poznawcza niż łupieżcza (w sensie, nie planuję wydać fortuny, choć nie jestem pewna, czy na planach się skończy). W planach również Empik w Bonarce o 16:oo i spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim – „Gniew” czytałam wczoraj po nocy i ciężko było zasnąć z emocji…

* Robert Harris, Pompeja, wyd. Albatros, Warszawa 2004, s. 283.