Frida Kahlo prywatnie, czyli wstęp do dalszej znajomości

Nie pamiętam, które dzieło kultury jako pierwsze przybliżyło mi postać Fridy: czy opowieść, którą popełniła Bárbara Mujica (Marginesy wznowiły ją jakiś czas temu), czy też film z Salmą Hayek w roli głównej. Frida przemyka też w jednym z moich ukochanych filmów, „Modigliani – pasja tworzenia”, co jest o tyle zabawne, że w 1920, gdy toczy się akcja, była nastolatką i jeszcze jej się nie śniło małżeństwo z Rivierą. Tak czy tak, wydaje mi się, że od zawsze wiedziałam, kim była señora Kahlo, a jej charakterystyczne autoportrety z nutką surrealizmu rozpoznaję bezbłędnie i w ułamku sekundy. Co ciekawe, to kompletnie nie jest typ malarstwa, który lubię (team prerafaelici, jakby co). Niemniej, ta drobna, temperamentna istota, naznaczona wieloletnim cierpieniem i niezłomnością charakteru ma w sobie jakąś dziwną moc przyciągania. Więc gdy tylko pojawiła się w zapowiedziach nowa książka o Fridzie, od razu ujawniłam zainteresowanie. Continue reading „Frida Kahlo prywatnie, czyli wstęp do dalszej znajomości”

Yanagihary debiut antropologiczny, czyli nie wiem, co myśleć

Jedną z Książek Roku 2016 było dla mnie zdecydowanie „Małe życie” Hanyi Yanagihary – olbrzymia powieść, jak mało która kompletnie zmiotła mnie emocjonalnie. Na fali sukcesu czytelniczego tejże książki wydano jakiś czas temu debiut autorki, czyli „Ludzi na drzewach”, rzecz o zabarwieniu antropologicznym. Nie dalej jak w sierpniu zachwycałam się podobną lekturą, czyli „Euforią” – Yanagihara uderza w nieco, ale tylko nieco, podobne tony. Sięgnęła po inspiracje z prawdziwego życia, konkretniej, do życiorysu wirusologa i pediatry Daniela Carletona Gajduska, który stał się pierwowzorem powieściowego Periny. Continue reading „Yanagihary debiut antropologiczny, czyli nie wiem, co myśleć”

Poliglotyczni kochankowi, czyli wszystkiemu winien maszynopis

„Daj znać koniecznie jak Poliglotyczni kochankowie!”, piknęła do mnie wiadomość od Ani wprost ze Skandynawii, zaraz po tym, kiedy Facebook uprzejmie doniósł światu, co akurat czytam. Ania, ekspertka od spraw szwedzkich i nie tylko, uprzejmie doniosła, że był w Szwecji szał – wszak Lina Wolff za „Poliglotycznych kochanków” dostała w 2016 nagrodę Augustpriset („nominacje do niej śledzi się, jakby to była nagroda Nobla niemal”, objaśniała Ania). Więc dokonałam kilku przetasowań na liście „do przeczytania” i wsunęłam osławioną powieść Wolff do plecaka. Dwa dni podróżowania tramwajem i oto poznałam trójgłos osnuty wokół pewnego maszynopisu. Continue reading „Poliglotyczni kochankowi, czyli wszystkiemu winien maszynopis”

Stulecie chirurgów, czyli książka makabryczno-świetna

Nie tak dawno zachwycałam się barwną opowieścią o życiu codziennym w czternastym wieku, a tu proszę, kolejna świetna książka na horyzoncie: pasjonujący dziennik początków chirurgii, plasujący się gdzieś między powieścią historyczną a zbeletryzowanym reportażem. Otóż Jürgen Thorwald, niemiecki pisarz i dziennikarz, stworzył fikcyjną postać swojego dziadka, Henry’ego Stevena Hartmanna, i na jego zapiskach oparł „Stulecie chirurgów”, wydane po raz pierwszy w 1956 roku. Wiek współczesnej chirurgii rozpoczał się wydarzeniem ze wszech miar epokowym: 16 października 1846 na sali operacyjnej skutecznie zastosowano opary eteru do uśpienia pacjenta, po czym bezboleśnie usunięto mu guza gruczoły szczękowego. „Oto zlikwidowano ból, pisze Hartmann/Thorwald, najstraszliwszą z przeszkód, bezlitośnie ograniczający zakres chirurgicznego działania – przez tysiąclecia aż do dziś” (s. 164). Innymi słowy – rozpoczęła się epoka narkozy. Continue reading „Stulecie chirurgów, czyli książka makabryczno-świetna”

Dożywocie lepiej późno niż wcale, czyli Kisiel-prozę nadrabiam

Nie kisiel to, a galaretka, pun intended.

Miewałam niekiedy wrażenie, że jestem jedyną osobą w blogosferze, która nie czytała jeszcze żadnego dzieła Marty Kisiel – gorącym orędownikiem tejże jest na przykład Janek z Tramwaju nr 4, zresztą myszkovska również stosowała na mnie łagodną perswazję w stylu „oj, musisz”. Więc na tegorocznych Targach Książki podjęłam męską decyzję – nadrabiam zaległości – i nabyłam drogą kupna najnowsze wydanie pierwszej powieści Ałtorki (czuły ten epitet wywodzi się z forum Fahrenheita), mianowicie „Dożywocie”. Jeden przyjemny wieczór upłynął mi na podróży do Lichotki i spotkaniu z całym dożywotnim tałatajstwem. Oj, musiałam. Continue reading „Dożywocie lepiej późno niż wcale, czyli Kisiel-prozę nadrabiam”

Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie

Co roku obiecuję sobie, że na Targi Książki to tylko symbolicznie, dwie-trzy książki, bez szaleństw, a potem jadę i jakbym amoku na miejscu dostała. Pewnego razu odwiedziłyśmy Targi razem z myszkovską, która wymogła na mnie obietnicę, że jak będzie chciała nabyć więcej niż zakładał plan, to mam ją okładać antologią polskiego reportażu w dwóch tomach. Jako że nie miałam na podorędziu ani jednego tomu, to plan został przekroczony. Znacznie. Ale cóż, krakowskie Targi są raz w roku (czekajcie, jak się wybiorę do stolicy, to dopiero będzie) i czasem trzeba. Niemniej, zanim zagłębię się w radosne potargowe lektury, garść przemyśleń nad tymi przedtargowymi – zresztą ostatnie rozdziały „Belgariady” doczytywałam jadąc na Targi i oczekując nad kawą na Króla Małżonka. Continue reading „Dzieła zebrane #26: Targi, książki, fantastyka i Achajowie”

Swing Time, czyli podwójna opowieść Zadie Smith

Dawno, dawno temu czytałam „Białe zęby” Zadie Smith, niemniej muszę przyznać, że prawie nic z tego czytania nie pamiętam. Gdzieś po drodze było też „O pięknie” – równie niewiele wspomnień – więc postanowiłam odświeżyć znajomość wraz z najnowszą książką autorki, roztańczonym „Swing Time”. Przy okazji przeczytałam też bardzo zacny wywiad ze Smith w „Wysokich Obcasach”: o mediach społecznościowych (czy raczej, nieobecności w nich), macierzyństwie i wyborach, jakie podejmują współcześni ludzie. Bardzo polecam. Continue reading „Swing Time, czyli podwójna opowieść Zadie Smith”