Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana

Deana Koontza kojarzyłam do tej pory przede wszystkim z powieściami sensacyjnymi pokroju Forsytha – w najlepszym tego słowa znaczeniu – i jakoś niespecjalnie śpieszyło mi się do bliższego zapoznania się z tym konkretnym skrawkiem współczesnej literatury amerykańskiej. Do czasu, kiedy Mama-Malita wyraziła chęć przeczytania „Miasta”, posiłkując się już dłuższą chwilę temu wpisem Olgi z Wielkiego Buka. Biblioteka Jagiellońska – hurra po trzykroć – po raz kolejny okazała się miejscem słusznym do wyrażania takich chęci. Ergo, pożyczyłam. Przeczytałam. I po prostu zachwyciłam się.

Continue reading „Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana”

Szóstka wron, czyli Bardugo wspina się na wyżyny

Wyznałam ostatnio na łamach social media (czy wszyscy już widzieli Malitowego Instagrama?), że aż miło się czyta autora i/lub autorkę, po którym widać, że rozwija warsztat. Myszkovska miała rację, Leigh Bardugo przeszła długą drogę od Trylogii Griszy i historii Aliny, legendarnej Przyzywaczki Słońca. Swój talent do snucia baśni udowodniła w „Języku Cierni”, a dzięki „Szóstce Wron” pokazała, że nieobce jej szalone tempo awanturniczych przygodówek. Och, jakie to było wspaniałe! Continue reading „Szóstka wron, czyli Bardugo wspina się na wyżyny”

Hannah, królowa kremów, czyli prawie o Rubinstein

Nietuzinkowe historie o kobietach, które miały odwagę wyzwanie rzucić konwenansom swoich czasów, czytam chętnie. Niepokorne władczynie, arystokratki, badaczki, pisarki i poetki… można tak wymieniać i wymieniać. Ważny tu jest jednak następujący konkret: otóż jakiś czas temu Mama-Malita w zakamarkach Jednej z Wielu Półek z Książkami odkopała dość nienową powieść historyczną Paul-Loupa Sulitzera pod tytułem „Hannah”, inspirowana życiorysem tej Heleny Rubinstein. Wiecie, cesarzowej przemysłu kosmetycznego. Powieść wciągającą, choć niepozbawioną wad. Continue reading „Hannah, królowa kremów, czyli prawie o Rubinstein”

A imię jego Macbeth, czyli znakomita wizja w wydaniu Nesbø

A tymczasem wydaje się opowieści szekspirowskie – na pewno pamiętacie „Projekt: Szekspir”, uczynion celem uczczenia czterechsetnej rocznicy śmierci słynnego dramaturga. Opowiedziano na nowo zatem już „Zimową opowieść”, „Kupca weneckiego” czy „Burzę”, wreszcie przyszła też pora na kilka słów od Jo Nesbø – któż mógłby lepiej uwspółcześnić krwawą opowieść o Makbecie! Wspominałam już chyba, że „Makbet” to moja ulubiona sztuka Szekspira – bo, wiadomo, czarownice – i jednocześnie ta, której najwięcej odsłon widziałam. Czy to film z Michaelem Fassbenderem, czy restauracyjna wersja z Jamesem McAvoyem (latające świnie!), czy wreszcie wersja prawdziwie teatralna, dawno, dawno temu w krakowskim Starym – każda miała coś w sobie. A wersja Nesbø jest doprawdy znakomita. Continue reading „A imię jego Macbeth, czyli znakomita wizja w wydaniu Nesbø”

Dzieła zebrane #29, głównie obyczajowe

Dziś w cyklu #dziełzebranych mam dwie powieści, jedną starszą, drugą nowszą – obie łączy ogólny rys gatunkowy (raczej współczesne, raczej obyczajówki) oraz Osoba Szanownej Tłumaczki (nikt inny, tylko Mama-Malita!). Raz na jakiś czas dobrze zanurzyć się w porządną powieść obyczajową, której bohaterowie podbijają nasze serduszka (no, prędzej czy później…) i całą książkę trzymamy kciuki za szczęśliwe zakończenie. A tu zanurzyłam się w dwie takie! Continue reading „Dzieła zebrane #29, głównie obyczajowe”

Dzieła zebrane #28: polsko a współcześnie, czyli Miłoszewski i Osińska

Jakoś tak się ostatnio złożyło, że w #dziełachzebranych składam wrażenia z książek współczesnych polskich pisarzy. Cykl owych dzieł, przypominam, dotyczy raczej krótkich przemyśleń co do lektur, o których chcę wspomnieć, ale bez rozpisywania się na długaśne wpisy – bo na przykład jest to kolejna część jakiegoś cyklu. Więc i dziś raczej krótko, choć wielozdaniowo: „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego i „Slash” Natalii Osińskiej. Continue reading „Dzieła zebrane #28: polsko a współcześnie, czyli Miłoszewski i Osińska”

Truman Capote o mordercach z zimną krwią

Prerekwizytem do mojego nadrabiania twórczości Trumana Capote’a stała się powieść „Łabędzie z Piątej Alei”. W tej prześwietnej zresztą książce Melanie Benjamin – prócz przyjaźni pisarza z damami z nowojorskiej śmietanki towarzyskiej – kreśli kulisy powstania książki „Z zimną krwią”, sugerując przy tym, że Capote wykorzystał swoich rozmówców, dokładniej, morderców, podobnie jak wykorzystał łabędzie. Ale zacznijmy od początku. Continue reading „Truman Capote o mordercach z zimną krwią”