Kłaniam się nisko / exit Malita

Już od dłuższego czasu na blogu nie pojawiły się żadne nowe treści – z dwóch przyczyn. Po pierwsze, aktywności matczyno-akademicko-aktywistyczne (wychowuję córkę, pracuję naukowo i ratuję świat przed katastrofą klimatyczną) pochłaniają znakomitą część doby. Po drugie, czytam nieco mniej i nieco mniej mam też siły i pary, żeby o tym czytaniu pisać tudzież dokumentować rozmaitości poprzez media społecznościowe.

Zatem – na chwilę obecną, jak to ładnie pisze się w sztukach w języku Szekspira, exit Malita. Nie mówię, że kurtyna opada na zawsze, ale na razie potrzeba mi tutaj jakiegoś zakończenia.

Znajdziecie mnie czasem na Facebooku czy Instagramie. Ale czasem.

Tym-czasem: exit Malita.
Dziękuję.

Łowca tygrysów, czyli Paulliny Simons opowieść miłościwa a niebanalna

Do książek Paulliny Simons mam stosunek bardzo osobisty – nie tylko dlatego, że miałam okazję poznać autorkę i zachwycić się jej żywiołową osobowością. Przede wszystkim chodzi o fakt, że większość powieści Paulliny na język polski przełożyła Mama-Malita, a najnowsze dzieło czytałam tak szybko, jak tylko drukarka wypluwała kolejne strony tłumaczenia. „Łowca tygrysów” okazuje się Czytaj dalej „Łowca tygrysów, czyli Paulliny Simons opowieść miłościwa a niebanalna”

Szekspirowski Book Tag

Bardzo dawno nie popełniłam żadnego book taga, a to zasadniczo bardzo przyjemna zabawa. Kiedy zaś u Olgi z Wielkiego Buka zobaczyłam Szekspirowski Book Tag, od razu poczułam przypływ natchnienia. Akurat całkiem niedawno zanurzyłam się w czasy elżbietańskie (odmierzane krokami wampirzymi, tak, jednak zabrałam się za czytanie dalszych części „Księgi Wszystkich Dusz”) i odświeżyłam sobie film „Zakochany Szekspir” (uśmiałam się przy tym serdecznie, nie zdawałam sobie sprawy, że to tak zabawny film!). Innymi słowy, Szekspir był mi pisany jak nic!

Czytaj dalej „Szekspirowski Book Tag”

„Momenty” były. Młodszy księgowy a dygresja muzyczna

młodszy księgowy2.JPGKsiążki o książkach to zasadniczo jedna z co bardziej szczególnych pozycji na liście „ulubione” każdego bibliofila – dość wspomnieć choćby wspaniałe eseje Anne Fadiman. W tę kategorię pięknie wpasowuje się zbiór felietonów Jacka Dehnela, wydany co prawda kilka lat temu, ale niezmiennie aktualny i niezmienne znakomicie napisany. Chodzi o tom „Młodszy księgowy”, wyniesiony z cudownego przybytku „Kornel i przyjaciele” (to w tę książkę tak czule wpatruję się na zdjęciu!). Od razu zachęcam – czytajcie, a zamiast dłuższego namysłu nad samym dziełem proponuję nieco niżej dygresję muzyczną. Bardzo na temat. Czytaj dalej „„Momenty” były. Młodszy księgowy a dygresja muzyczna”

Poznański weekend, czyli Jeżyce, jedzenie i Pyrkon

W miniony weekend wybraliśmy się do Poznania i były to ewidentnie trzy dni, kiedy w stolicy Wielkopolski działo się wszystko. Już mniejsza o konferencje (ja pojechałam na jedną, część moich akademickich znajomych na inną), ale był też Air Show (70 tysięcy widzów!), rozmaite biegi i zawody czy wreszcie dość brzemienny w skutkach mecz Lecha z Legią. Ah, no tak, no i Pyrkon. O starogreckiej jedności miejsca i czasu tych wydarzeń dane mi się było przekonać trzy tygodnie temu, kiedy usiłowałam znaleźć nocleg w Poznaniu (cóż, kiedy wiadomość o przyjęciu abstraktu przychodzi dopiero wtedy…) i oświeciło mnie. Brak miejsc? Fakt, przecież to Pyrkonowy weekend! Niemniej, nocleg się znalazło (z klimatem mocno… kolonijnym), a cały poznański wypad oceniam na piątkę z dużym plusem! Czytaj dalej „Poznański weekend, czyli Jeżyce, jedzenie i Pyrkon”

Jak zorganizować epicką imprezę, czyli siódme urodziny blogowe!

Druga połowa kwietnia zawsze jest czasem wyjątkowo książkowym – trwa Weekend Księgarni Kameralnych (krakowskie wydarzenia – tuże!), w poniedziałek czeka nas Światowy Dzień Książki, a Co Czyta Malita obchodzi dziś siódme urodziny (tu można wstawić dowolne westchnienie znamionujące przemijanie, przykładowo „ach, kiedy to minęło” albo „jak ten czas leci”). Przy okazji jubileuszy w latach poprzednich pojawiały się różne Malitowe ulubione książki, ale dziś, proszę ja was, dobieram książkowy komitet organizujący urodziny. Siedmiu bohaterów, po jednym na każdy rok blogowania. Bo świętować trzeba w towarzystwie. Czytaj dalej „Jak zorganizować epicką imprezę, czyli siódme urodziny blogowe!”

Śląsk weekendowy, czyli Cieszyn cieszy książkowo

W dość spontanicznym przebłysku geniuszu postanowiliśmy z Królem Małżonkiem wybrać się na weekend „za miasto”, rozumnie eliminując kierunek południowy (deptanie krokusów w Tatrach całą hurmą niespecjalnie nam się widziało). Wybór padł na Śląsk Cieszyński, i to właśnie Cieszyn podbił moje serce najmocniej. Cieszyn, dodajmy, książkowy.

Czytaj dalej „Śląsk weekendowy, czyli Cieszyn cieszy książkowo”

Książki, które czytam w Święta

Uwielbiam cały ten świąteczny rozgardiasz – pierniczki, torty, choinki, ćwiczenie kolęd (moja familia śpiewa, aż miło!), ale oprócz tego przepadam też za tymi spokojniejszymi świątecznymi momentami i co roku staram się wygospodarować czas na okupowanie kanapy w towarzystwie książki i słodkości. Po Wigilii z reguły czytam wspaniałości znalezione pod choinką (w tym roku zamówiłam od Aniołka jeszcze „Dawcę Przysięgi” Sandersona, trzymajcie kciuki, byłam grzeczna!), a przed Wigilią wprawiam się w nastrój, kartkując kilka ulubionych w temacie książek. Dziś podrzucam Wam dwie z nich. Czytaj dalej „Książki, które czytam w Święta”

Całkiem dziarski sześciolatek, czyli blogowe urodziny!

„Kłaniam się nisko”, brzmi tytuł pierwszego wpisu na Co czyta Malita sprzed sześciu lat (tym zwrotem zwykłam przedstawiać się w radiu, dzięki później czemu zyskałam w chórze ksywkę „Bow down” — ale to bardzo stare dzieje). Co najważniejsze, swego rodzaju tradycją stało się snucie opowieści o Malitowych książkach najulubieńszych w blogowe urodziny. Wychodzi na to, że są to same #comfortbooks, które dobrze robią niezależnie od okazji. Rok temu opowiadałam Wam o „Błękitnym Zamku” Lucy Maud Montgomery i nie mam zamiaru obniżać poziomu sentymentalizmu. Acz tym razem sentymentalizm będzie polsko-romantyczny, a wszystko za sprawą „Klawikordu i róży” pióra Haliny Popławskiej Czytaj dalej „Całkiem dziarski sześciolatek, czyli blogowe urodziny!”

#SummerLovin’ Book Tag

A wszystkiemu winna Hadyna, która mnie nominowała. Hadyna-która-rozkminia i która do tego prowadzi zacnego bloga ukierunkowanego na nerdozę i anglofilię (brzmi to jak zestaw chorób, ale zaprawdę powiadam wam, mogę na takie chorować). Book tag – wiadomo, jest temat przewodni i książki do tematu pasujące. W ten oto piękny sierpniowy dzień serwuję Wam zatem książki okołoletnie w sześciu kategoriach!

Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania

Tu mi się od razu przypomniał facebookowy profil Pierwsze zdanie – kojarzycie? Naprawdę zacny pomysł. Ale fakt, pierwsze zdanie, nawet takie z gatunku krótszych  („In a hole in the ground there lived a hobbit” nie powala długością, czyż nie?), potrafi przykuć uwagę tak skutecznie, że czas między tym pierwszym a tym ostatnim zdaniem upływa nie wiadomo kiedy.  Pozwólcie, że zaproponuję wyjątkowo krótkie pierwsze zdanie, które idealnie oddaje charakter całej książki, acz zawiera słowo w kulturalnym towarzystwie niepożądane. „Mam całkowicie przesrane”, stwierdza z rozbrajającą szczerością autoiroczniczny Mark Watney, po czym zabiera się za uprawę ziemniaków. Na Marsie. Czyli Andy Weir i jego spektakularny sukces, „Marsjanin”. Więcej zachwytów – tuże. Film też, koniecznie!

Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Gdy jest zdecydowanie zbyt gorąco, by wyściubić nos z bezpiecznych (w idealnym układzie: klimatyzowanych) czterech ścian, ale jednak bardzo chce się gdzieś wybrać – truizm, bo truizm, ale nie ma jak książka podróżnicza albo o dalekich krajach. A jak jeszcze jest w tym nutka przygody… hejże ho, dalej w drogę! Na przykład do Australii. Swego czasu zaczytywałam się historiami o Tomku Wilmowskim, niespokojnym duchu, który jako dzielny nastolatek zwiedza pół świata ze swym ojcem i innymi kompanami. Rzecz dzieje się u progu XX wieku, są wyprawy badawcze, przyjaźnie, miłości, odkrywanie nowych kultur i solidna dawka patriotyzmu (Polska naonczas wciąż pod zaborami). Dziewięć tomów przygód Tomka – całość pióra Alfreda Szklarskiego – dobre i nasze! Zaczynamy od tomu „Tomek w krainie kangurów”.

Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na podróż

Ja już od dawien dawna posiadam taką osobistą kategorię lektur dopociągowych, które nie wymagają bardzo dużego zaangażowania intelektualnego, wciągają od pierwszych stron, a swoją długością idealnie wpasowują się w kilkugodzinną podróż. Pamiętam nawet, jaka była pierwsza taka przeczytana przeze mnie „dopociągówka”: miałam jakieś trzynaście lat, wybrałyśmy się z Mamą-Malitą do Wrocławia, a ja w rytm stukotu kół (bardzo lubię ten dźwięk!) pochłonęłam „Złote rendez-vous” mistrza sensacji Allistaira McLeana. Szczerze mówiąc, niespecjalnie wiele pamiętam z samej fabuły – oprócz tego, że statek nazywał się Campari, Susan Beresford opierała się o drzwi, a rejs zasadniczo obfitował w wydarzenia – pamiętam natomiast to pełne napięcia przewracanie stron. Planuję takoż powrót sentymentalny, bo Mama-Malita odkopała gdzieś oryginał powieści. SS Campari, strzeż się, nadchodzę!

Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.
Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.

Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią

Ha, nie będą to raczej pyszności, choć coś jest na rzeczy z tą herbatą… Nie wiedzieć, czemu, ale zimna sceneria skojarzyła mi się natychmiast z „Balladą o Narayamie”, antologią opowiadań prosto z Japonii. Konkretnie, z tytułowym opowiadaniem Fukuzawy  Shichirō o złowrogiej górze Narayama. Szczyt wznosi się między dwoma wioskami i samą swoją ponurą obecnością nieustannie przypomina o kruchości życia, niosąc obietnicę śmierci. Gdy bowiem okoliczni mieszkańcy osiągną odpowiedni wiek, udają się na Narayamę, by tam dokonać żywota. Choć właściwie nie wymaga to wspinaczki na ośnieżony szczyt (albo nie zawsze), to jednak właśnie zimowe kadry z japońskiej ekranizacji „Ballady” najmocniej wbiły mi się w pamięć. Więc gdy za oknem czterdzieści stopni w cieniu, wspomnijcie Narayamę. Dreszcze gwarantowane.

Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła cię w tym roku

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze – czyli pomysłowy koncept nie doczekał się odpowiednio pomysłowej realizacji. Mam na myśli „Szeptuchę” Katarzyny Miszczuk (skądinąd, to bardzo wakacyjno-letnia powieść, wiecie, kwiat paproci, Kupała, te sprawy). A przecież tak dobrze się zapowiadało, cała ta wizja pogańskiego Królestwa Polskiego, które w XXI wieku jest silną monarchią, w której lekarze i szeptuchy współdziałają dla zdrowia narodu, po okolicy pałętają się utopce i rusałki, a seksowny żerca Mieszko niechybnie zdobędzie serce Gosławy… oh wait. Cytując moje marcowe wynurzenia, „Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Smuteczek”.
No smuteczek.

Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych książek tego roku

O, i tu wybór był prosty! Jak na razie prym zdecydowanie wiedzie „Pasterska korona” Terry’ego Pratchetta. Bo nie tylko dlatego, że mistrz Terry (po raz ostatni!), nie tylko dlatego, że czarownice, ale przede wszystkim dlatego, że jest to powieść szalenie mądra. Trzy kilo dowcipów są jako zawsze, ale tym razem jest jakoś bardziej smutno i jednocześnie na duchu podnosząco (tak, wiem, że nie ma takiego słowa). Dobry moment mi się trafił na czytanie „Korony”. I już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam ją drugi raz. Zazdroszczę tym, przed którymi dopiero ten pierwszy raz.

No, i tyle z książkowo-letnich wynurzeń. A teraz nominuję, a co!

Lolantę-która-czyta, niech się spowiada letnio.
Olgę z Wielkiego Buka, niech się nie martwi, że jej nie nominują!
Myszkovską, która ostatnio zaczęła nowy blogowy projekt.

Hadynie raz jeszcze dziękując za nominację. Niech nam lato długo trwa i książki przynosi ;)