Całkiem dziarski sześciolatek, czyli blogowe urodziny!

„Kłaniam się nisko”, brzmi tytuł pierwszego wpisu na Co czyta Malita sprzed sześciu lat (tym zwrotem zwykłam przedstawiać się w radiu, dzięki później czemu zyskałam w chórze ksywkę „Bow down” — ale to bardzo stare dzieje). Co najważniejsze, swego rodzaju tradycją stało się snucie opowieści o Malitowych książkach najulubieńszych w blogowe urodziny. Wychodzi na to, że są to same #comfortbooks, które dobrze robią niezależnie od okazji. Rok temu opowiadałam Wam o „Błękitnym Zamku” Lucy Maud Montgomery i nie mam zamiaru obniżać poziomu sentymentalizmu. Acz tym razem sentymentalizm będzie polsko-romantyczny, a wszystko za sprawą „Klawikordu i róży” pióra Haliny Popławskiej Continue reading „Całkiem dziarski sześciolatek, czyli blogowe urodziny!”

#SummerLovin’ Book Tag

A wszystkiemu winna Hadyna, która mnie nominowała. Hadyna-która-rozkminia i która do tego prowadzi zacnego bloga ukierunkowanego na nerdozę i anglofilię (brzmi to jak zestaw chorób, ale zaprawdę powiadam wam, mogę na takie chorować). Book tag – wiadomo, jest temat przewodni i książki do tematu pasujące. W ten oto piękny sierpniowy dzień serwuję Wam zatem książki okołoletnie w sześciu kategoriach!

Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania

Tu mi się od razu przypomniał facebookowy profil Pierwsze zdanie – kojarzycie? Naprawdę zacny pomysł. Ale fakt, pierwsze zdanie, nawet takie z gatunku krótszych  („In a hole in the ground there lived a hobbit” nie powala długością, czyż nie?), potrafi przykuć uwagę tak skutecznie, że czas między tym pierwszym a tym ostatnim zdaniem upływa nie wiadomo kiedy.  Pozwólcie, że zaproponuję wyjątkowo krótkie pierwsze zdanie, które idealnie oddaje charakter całej książki, acz zawiera słowo w kulturalnym towarzystwie niepożądane. „Mam całkowicie przesrane”, stwierdza z rozbrajającą szczerością autoiroczniczny Mark Watney, po czym zabiera się za uprawę ziemniaków. Na Marsie. Czyli Andy Weir i jego spektakularny sukces, „Marsjanin”. Więcej zachwytów – tuże. Film też, koniecznie!

Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Gdy jest zdecydowanie zbyt gorąco, by wyściubić nos z bezpiecznych (w idealnym układzie: klimatyzowanych) czterech ścian, ale jednak bardzo chce się gdzieś wybrać – truizm, bo truizm, ale nie ma jak książka podróżnicza albo o dalekich krajach. A jak jeszcze jest w tym nutka przygody… hejże ho, dalej w drogę! Na przykład do Australii. Swego czasu zaczytywałam się historiami o Tomku Wilmowskim, niespokojnym duchu, który jako dzielny nastolatek zwiedza pół świata ze swym ojcem i innymi kompanami. Rzecz dzieje się u progu XX wieku, są wyprawy badawcze, przyjaźnie, miłości, odkrywanie nowych kultur i solidna dawka patriotyzmu (Polska naonczas wciąż pod zaborami). Dziewięć tomów przygód Tomka – całość pióra Alfreda Szklarskiego – dobre i nasze! Zaczynamy od tomu „Tomek w krainie kangurów”.

Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na podróż

Ja już od dawien dawna posiadam taką osobistą kategorię lektur dopociągowych, które nie wymagają bardzo dużego zaangażowania intelektualnego, wciągają od pierwszych stron, a swoją długością idealnie wpasowują się w kilkugodzinną podróż. Pamiętam nawet, jaka była pierwsza taka przeczytana przeze mnie „dopociągówka”: miałam jakieś trzynaście lat, wybrałyśmy się z Mamą-Malitą do Wrocławia, a ja w rytm stukotu kół (bardzo lubię ten dźwięk!) pochłonęłam „Złote rendez-vous” mistrza sensacji Allistaira McLeana. Szczerze mówiąc, niespecjalnie wiele pamiętam z samej fabuły – oprócz tego, że statek nazywał się Campari, Susan Beresford opierała się o drzwi, a rejs zasadniczo obfitował w wydarzenia – pamiętam natomiast to pełne napięcia przewracanie stron. Planuję takoż powrót sentymentalny, bo Mama-Malita odkopała gdzieś oryginał powieści. SS Campari, strzeż się, nadchodzę!

Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.
Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.

Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią

Ha, nie będą to raczej pyszności, choć coś jest na rzeczy z tą herbatą… Nie wiedzieć, czemu, ale zimna sceneria skojarzyła mi się natychmiast z „Balladą o Narayamie”, antologią opowiadań prosto z Japonii. Konkretnie, z tytułowym opowiadaniem Fukuzawy  Shichirō o złowrogiej górze Narayama. Szczyt wznosi się między dwoma wioskami i samą swoją ponurą obecnością nieustannie przypomina o kruchości życia, niosąc obietnicę śmierci. Gdy bowiem okoliczni mieszkańcy osiągną odpowiedni wiek, udają się na Narayamę, by tam dokonać żywota. Choć właściwie nie wymaga to wspinaczki na ośnieżony szczyt (albo nie zawsze), to jednak właśnie zimowe kadry z japońskiej ekranizacji „Ballady” najmocniej wbiły mi się w pamięć. Więc gdy za oknem czterdzieści stopni w cieniu, wspomnijcie Narayamę. Dreszcze gwarantowane.

Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła cię w tym roku

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze – czyli pomysłowy koncept nie doczekał się odpowiednio pomysłowej realizacji. Mam na myśli „Szeptuchę” Katarzyny Miszczuk (skądinąd, to bardzo wakacyjno-letnia powieść, wiecie, kwiat paproci, Kupała, te sprawy). A przecież tak dobrze się zapowiadało, cała ta wizja pogańskiego Królestwa Polskiego, które w XXI wieku jest silną monarchią, w której lekarze i szeptuchy współdziałają dla zdrowia narodu, po okolicy pałętają się utopce i rusałki, a seksowny żerca Mieszko niechybnie zdobędzie serce Gosławy… oh wait. Cytując moje marcowe wynurzenia, „Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Smuteczek”.
No smuteczek.

Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych książek tego roku

O, i tu wybór był prosty! Jak na razie prym zdecydowanie wiedzie „Pasterska korona” Terry’ego Pratchetta. Bo nie tylko dlatego, że mistrz Terry (po raz ostatni!), nie tylko dlatego, że czarownice, ale przede wszystkim dlatego, że jest to powieść szalenie mądra. Trzy kilo dowcipów są jako zawsze, ale tym razem jest jakoś bardziej smutno i jednocześnie na duchu podnosząco (tak, wiem, że nie ma takiego słowa). Dobry moment mi się trafił na czytanie „Korony”. I już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam ją drugi raz. Zazdroszczę tym, przed którymi dopiero ten pierwszy raz.

No, i tyle z książkowo-letnich wynurzeń. A teraz nominuję, a co!

Lolantę-która-czyta, niech się spowiada letnio.
Olgę z Wielkiego Buka, niech się nie martwi, że jej nie nominują!
Myszkovską, która ostatnio zaczęła nowy blogowy projekt.

Hadynie raz jeszcze dziękując za nominację. Niech nam lato długo trwa i książki przynosi ;)

Bath śladami Jane Austen

Królewskie biuro podróży Malita Travel zaprasza na kolejną okołoksiążkową wycieczkę! Co prawda jeszcze przez tydzień się urlopuję – przede mną zacny czas leżenia i czytania, tak bardzo mi się to przyda – ale zdążymy przecież szybko przemknąć przez Bath okresu regencji, prawda?

Bath, leżące w hrabstwie Somerset w zachodniej Anglii, może poszczycić się długimi tradycjami uzdrowiskowymi – ale nie ma co sięgać do epoki żelaza, kluczowe będą tu rzymskie łaźnie. Starożytne spa cieszyło się popularnością już od pierwszych wieków naszej ery, a lokalna woda termalna miała leczyć wszystkie bolączki ciała i duszy. Niemniej prawdziwy rozkwit miasto przeżyło w XVIII wieku, kiedy to ówczesnym arbiter elegantiarum, Beau Nash, uczynił je modnym miejscem dla całej śmietanki towarzyskiej. Nash był dandysem w każdym calu i przez prawie całe życie tytułowano go „mistrzem ceremonii” Bath: to on dyktował trendy tudzież ordynował rozrywki. Eleganckie restauracje, teatry i na nowo odkryte źródła geotermalne sprawiły, że Bath co rok wypełniało się setkami dam i dżentelmenów – a niektórzy przenosili się tu na stałe.

Jane Austen Bath (22)
Most Pulteney nad rzeką Avon
Jane Austen Bath (14)
Bath Abbey: tu Austenowie nie chadzali na mszę z uwagi na… zbyt dużą ilość osób niskiego stanu
Jane Austen Bath (17)
Dzisiejsze wejście do rzymskich łaźni – tylko zwiedzanie, bez kąpieli!
Jane Austen Bath (16)
Starannie zaprojektowane ulice – pełne sklepów

Jane Austen może nie była jakąś wielką miłośniczką Bath – wyjeżdżała z miasta „pełna radosnego uczucia ucieczki”, jak sama pisała – ale rezydowała tu przez parę lat wraz z rodzicami i siostrą Cassandrą oraz umieściła w mieście akcję dwóch swoich powieści. Więcej, właśnie tutaj miała otrzymać jedyną w swoim życiu propozycję małżeństwa. Austenowie zmieniali adresy podczas najdłuższego stałego pobytu w Bath, wynajmowali też różne domy w trakcie krótszych wizyt – ale dziś najsławniejszym miejscem poświęconym pannie Jane jest rezydencja przy Gay Street, gdzie pisarka mieszkała wraz z matką w 1805 roku. Dokładnie w tej okolicy odpowiednią dla swojego statusu (i poczucia wyższości) rezydencję wynajął sir Walter Elliot w „Perswazjach”. Dziś przy Gay Street 40 mieści się Jane Austen Centre, a pamiątki z wizerunkiem pisarki oraz rozmaite wydania jej powieści można znaleźć w całym mieście. Zresztą, całe Bath jest tak klimatyczne, że gdy spuścić zasłonę milczenia na selfie-sticki, można spokojnie poczuć się jak na początku XIX wieku. Wiecie, te herbaciarnie… Słynny Great Pump Room, ukończony w 1789 roku, działa do dziś – i to właśnie w tymże miejscu Catherine Morland miała nadzieję spotkać pana Tilneya („Opactwo Northanger” dzieje się przede wszystkim w Bath). Spójrzcie tylko na te klimatyczne uliczki!

Jane Austen Bath (20)
W tle, po prawej, czekoladki księżnej Brunszwiku.
Jane Austen Bath (13)
Great Pump Room z zewnątrz…
Jane Austen Bath (19)
…i w środku: herbata i scones obowiązkowo!
Jane Austen Bath (21)
Park Parade Gardens: leżaczki i kawa, polecam.

Samo Jane Austen Centre to raczej miejsce w stylu „poznaj okres regencji i poczytaj ciekawostki” niż „na tym krześle siedziała sama Jane” (domyślam się, że drugi typ jest reprezentowany przez muzeum w Chawton, acz to jeszcze przede mną). Jest tu i sklepik z pamiątkami i innymi austenowymi drobiazgami (kartka z rozmarzonym panem Darcym – patrz niżej), i herbaciarnia, oraz niewielkie muzeum, które zwiedza się z przewodnikiem. Wiadomo, poszłam, a Król Małżonek zdecydował się na spacer po okolicy w międzyczasie. Cała wycieczka zaczyna się od krótkiej pogadanki na temat: słów parę o rodzinie Austenów, biografia naszej autorki i opowieść o samym Bath (przewodniczką mojej grupki było dziewczę w stroju filmowej Harriet Smith z „Emmy” z 1995 roku). Potem przechodzi się do pokojów mieszkalnych, gdzie można pooglądać reprodukcje portretów Austen (tych autentycznych i domniemanych), poczytać o różnych powiązanych z pisarką lokalizacjach w Bath, zerknąć do wnętrza XIX-wiecznej pasmanterii i strzelić sobie zdjęcie w stroju z epoki. Notabene, chciałam zaznaczyć, że suknie z okresu regencji są szalenie nietwarzowe, nie mówiąc już o budko-czepkach zwanych „bonnet”. W bordowej kreacji w kwiatki i pasującym kolorystyczne czepku wyglądałam jak chomik w ciąży – zdjęcia nie będzie. Będą za to inne.

Jane Austen Bath (1)
Przy wejściu wita pan Bennet!
Jane Austen Bath (3)
Drzewo genealogiczne familii
Jane Austen Bath (9)
Habedasher, czyli pasamonik – w takim sklepie Elizabeth spotkała Wickhama!
Jane Austen Bath (11)
Ćwiczymy pisanie piórem – szło mi całkiem nieźle, vide ostatnie zdjęcie.

Takie tam, pamiątki.
Takie tam, pamiątki.
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?

Królewskie biuro podróży Malita Travel uprzejmie dziękuje za tą krótką wycieczkę po Bath i poleca się łaskawej pamięci!

#Tolkienowski TAG książkowy

Raz na jakiś czas lubię zasiąść do kreatywnego zadania okołoksiążkowego i zebrać kilka książek w zestawie tagu książkowego (pamiętacie ten czarowniczy?). Czasem wymaga to stania przed półkami (nie, żebym się uskarżała, bynajmniej), czasem po prostu od razu wiadomo, która książka, postać, wątek pasuje do danej kategorii. Tym razem Lolanta nominowała mnie do Tolkienowskiego tagu książkowego – no no, pomysł jest zacny!

Ergo:

Drużyna pierścienia, czyli ulubiona książkowa paczka przyjaciół

Ostatnio jestem na bieżąco z trylogią husycką Andrzeja Sapkowskiego (w słuchawkach ostatni tom, tj. „Lux perpetua”) i pewnie dlatego od razu pomyślałam o trio Reynevan-Szarlej-Samson. Przyjaźń między nimi, dość nieoczekiwana i właściwie trochę niezrozumiała, trwa niezmiennie przez wszystkie trzy tomy. I choć wspólne działania całej trójki opierają się głownie na ratowaniu Reynevana lub wszystkich trzech z kłopotów, w które ich Reynevan wpakował, to czasem zdarza się moment wytchnienia, gdy mogą beztrosko i bez pogoni na karku zasiąść w karczmie i zaspokoić sybaryckie potrzeby. Czego im życzę jak najczęściej.

Pierścień, czyli ulubiona książka o władzy

I tu wybór był łatwy – „Diuna” Franka Herberta, monumentalne dzieło otwierające przed czytelnikiem równie monumentalny świat. Tu o władzę walczą wszyscy, a symbol jej posiadania stanowi pozornie jałowa planeta, Arrakis, gdzie wydobywa się przyprawę. A jak wiemy, the spice must flow. W tym korowodzie graczy wszyscy: Bene Gesserit, wysokie rody, Imperator i jego świta, wszyscy grają o władzę. Nawet arrakijskie plemiona, Fremeni, pragną władzy: władzy nad własną ojczyzną. Oprócz tych politycznych rozgrywek „Diuna” fenomenalnie przedstawia rozterki przed podjęciem drogi ku własnemu przeznaczeniu (czyli co zrobić, kiedy wedle wszelkich przepowiedni jesteś obiecanym mesjaszem). Aż sobie chyba przekartkuję na dobranoc, takiej ochoty nabrałam!
PS. Choć czytałam też „Mesjasza” i „Dzieci”, części kolejne, ba, nawet widziałam ich ekranizacje — wypieram. Liczy się tylko „Diuna” i na niej poprzestaję.

https://i2.wp.com/img09.deviantart.net/8b3e/i/2011/223/5/f/arrakis_by_ramasg-d4695xv.jpg

Nazgul, czyli książka, która wzbudziła we mnie strach

Jak wiecie, raczej rzadko czytam typowe horrory, wolę oglądać grozę na ekranie niż poznawać ją na kartach książki (idealny tryb oglądania horrorów: za dnia, najlepiej, gdy światło się odbija w telewizorze, mało co widać, mało co słychać – Król Małżonek zawsze wypytuje „po co ty to oglądasz, jak nie oglądasz?”. Oj tam oj tam.). Więc nie będzie tu o strachu typowo horrorowym, ale o innym. Znów, będąc na bieżąco z trylogią husycką: przeraża mnie fanatyzm religijno-myślowy, przedstawiony po obu stronach konfliktu. Zajadłość w prześladowaniach i rzeziach, ciemnota w przekonaniach, kompletny brak zrozumienia dla inaczej myślących – o tak, tego się boję. Na planie rzeczywistym również.

Bilbo Baggins, czyli książka, która nieoczekiwanie wkradła się do mojego serca

Zupełnie niespodziewanie! Eshkol Nevo i jego „Samotne miłości”, czyli ostatnia mykwa na Syberii – cudowna, słodko-gorzka opowieść o współczesnym Izraelu. Co tu więcej opowiadać, idźcie czytać Nevo (można uprzednio Malitową recenzję).

Sam Gamgee, czyli bohater, który mógłby zostać moim przyjacielem

Hermiona Granger, jak nic. Czuję z nią pokrewieństwo dusz. Wiecie, Hermiona wiecznie siedzi w bibliotece, na wszystkie lekcje i egzaminy przychodzi przygotowana, a dzień bez przeczytania jakiejś opasłej księgi uważa za stracony. Lekko przemądrzała, ale odważna i lojalna – któż nie chciałby mieć takiej przyjaciółki? Choć zakładam, że byłybyśmy w innych domach (Malita, jak wiecie, Ravenclaw through and through), to pewnie i tak siedziałybyśmy razem w ławce i chodziły na wszystkie możliwe dodatkowe przedmioty, jakie tylko można. Wyjąwszy wróżbiarstwo.

https://i0.wp.com/imagesmtv-a.akamaihd.net/uri/mgid:file:http:shared:mtv.com/news/wp-content/uploads/2015/06/Hermione-Now-If-You-dont-Mind-GIF-1433745682.gif
Czyż ona nie jest cudowna?

Eowina i Faramir, czyli ulubiona książkowa para

Tak właściwie, to bardzo lubię parę Eowina-Faramir – obydwoje tak doświadczeni przez los, znajdują razem ukojenie, zawsze wydawało mi się to bardzo sprawiedliwe, a jednocześnie piękne… ale żeby tagowi stało się zadość, to jednak lećmy inną klasyką literatury angielskiej (nie Jane Austen, ale blisko!). Mianowicie: pan Thornton i panna Hale z „Północ Południe” Elizabeth Gaskell. Ich początkowa wzajemna niechęć prowadzi do dojrzałego i pełnego zrozumienia uczucia – bardzo bardzo lubię podczytywać sobie zakończenie tej powieści raz na czas jakiś.

Gandalf, czyli ulubiony pisarz-czarodziej

Zakładam, że genderowy przykład kategorii to tylko sugestia, bo ja tu chciałam zaproponować czarującą pisarkę. Otóż moi drodzy, nikt inny, tylko J. K. Rowling, która pisze doskonale, niezależnie od tego, czy zabiera czytelników do Hogwartu,  czy snuje opowieść o Pagford, małym angielskim miasteczku czy proponuje podążyć tropem mrocznych przygód pewnego detektywa i jego asystentki.

Sauron, czyli znienawidzona książkowa postać

„Nienawiść” jest słowem mocnym i ciężko będzie mi znaleźć postać, co do której żywiłabym tak drastyczne uczucia. Ale jest za to sporo takich, których mniej melodramatycznie, ale po prostu nie cierpię. Ostatnio na przykład nie cierpię Liny i Eleny, dwóch bohaterek opowieści snutych przez tajemniczą Elenę Ferrante. Mamy tu klasyczny przypadek relacji typu ­love-hate, bo nie cierpię obu pań, a książki pochłaniam jak szalona.

Gollum, czyli bohater książki, któremu współczuję

Dużo łatwiej znaleźć mi takich bohaterów, którym współczuję, niż tych, których nie znoszę. Tu niechże będzie za to Poncjusz Piłat z opowieści jerozolimskich w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa (które, skądinąd, przeczytałam same w sobie na parę lat przed samą powieścią”, targany wyrzutami sumienia z powodu śmierci Jeszui Ha-Nocri. Przy okazji – polecam najnowszą rosyjską ekranizację, mini-serial z 2005 roku. Efekty specjalne są fatalne, ale muzyka i klimat bardzo na tak.

Hobbiton, czyli moja książkowa ojczyzna

Mam ich dziesiątki, zależnie od nastroju – czasem chce się bojowo ruszyć na hordy orków, a czasem wyszywać makatki z siostrami Bennet. Ale żeby tak ogólna ojczyzna… hmm,  pomyślmy… musiałyby tam przede wszystkim książki, ładne widoczki i dużo dobrego jedzenia. I trochę magii w codziennym życiu. I dużo świetnych ludzi dookoła.
…Hogwart jak nic.

Zaiste, #tag długi, ale zacny! I miły przyczynek do tego, żeby się wieczorową porą wybrać do Śródziemia i w inne okolice. Aha, a potem na Arrakis. Się podróżuje!

#ComfortBooks Tag

Mam nadzieję, że oddajecie się błogiemu majówkowemu lenistwu, koniecznie z odpowiednią obstawą książkową – a że taki zestaw (to jest, lenistwo i książki) należy do zestawów wielce komfortowych, wywołuję z odmętów #ComfortBooks TAG. Anka Wstawiająca Tytuł pyta bowiem o książki, które są zawsze w sam raz. Jak się tak zastanowiłam, to imię ich legion – ale zasadniczo w Malitowym przypadku realizują one jeden standard: są to opowieści, które posiadają porządny happy end. Nie muszą w nim występować fajerwerki, tęczowe jednorożce i kiczowate obietnice, wystarczy po prostu takie rozwiązanie wątków, które dla uhołubionych przeze mnie bohaterów skończą się szczęśliwie. Uwaga: nie musi to być historia stricte miłościwa, mile za to widziana nutka rozrzewnienia. Mam dla Was trzy takie książki, w sam raz na komfortową majówkę.

Primo, „Janka z Latarniowego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Rzeczona Autorka zresztą większością swoich powieści wpisuje się w #ComfortBooks TAG, dość wspomnieć urodzinowy „Błękitny zamek”. Tym razem poznajemy historię Janki Stuart, zahukanej jedenastolatki, terroryzowanej przez surową Babkę i uznaną za niespecjalnie rozgarnięte dziecko (brzmi znajomo, prawda?). Pewnego dnia Janka dowiaduje się, że nie dość, że jej ojciec żyje (dotąd miała go za zmarłego), to jeszcze – o zgrozo! – życzy sobie, by córka spędziła z nim trzy miesiące wakacji. Dziewczynka z nastawieniem męczenniczki podróżuje więc z Toronto na Wyspę Księcia Edwarda, by poznać swojego rodziciela – i z miejsca pokochać go jako najlepszego z ojców i najwspanialszego przyjaciela. Spokojny i przekorny Tatko uczy Jankę nie tylko pływać i rozpoznawać gwiazdozbiory, ale przede wszystkim być pewną siebie i odważnie stawiać czoło wszystkim przeciwnościom losu. Piękna, kojąca historia. Rozrzewnienie murowane.

Oto wszystkie trzy, środkowa zaczytana do niemożliwości.
Oto wszystkie trzy, środkowa zaczytana do niemożliwości.

Secundo, „Gwiezdny pył” Neila Gaimana. To był mój pierwszy Gaiman, wiecie? Przepadłam z miejsca. Tajemniczy Mur i cały świat za Murem, wielki quest celem uzyskania wzajemności pewnej damy (oczywiście, okazuje się, że prawdziwa miłość takich questów nie wymaga, a Pragnienie Serca spełnia się w najbardziej nieoczekiwanych momentach), walki o władzę, zaklęcia, łowcy błyskawic, czarownice – wszystko tam jest. Rozrzewnienie? No troszkę też. Bardziej na smutno, ale zawsze. W ekranizacji za to rozrzewnienie murowane.

Tertio, „Szósta klepka” Małgorzaty Musierowicz. „Jeżycjadę” oceniam jak przysłowiowe wino – im starsze, tym lepsze. A najpierwsza „Szósta klepka” to jedna z moich ulubionych części. Jeszcze nie Borejkowie, a rodzina Żaków wprowadza czytelnika na poznańskie Jeżyce połowy lat 70-tych: jest mama-artystka Żakowa i Żaczek-inżynier, ich latorośle – niefrasobliwa Julia oraz zakompleksiona Celestyna, dziadek-inteligent, który ze wszystkich łakoci najbardziej lubi boczek, ciocia Wiesia i jej syn, skaranie-boskie-Bobcio… familijne perypetie, tchnące ciepłem, wiodą od cieknących karpi, przez opiekę nad niemowlęciem, rozterki miłosne i szkolne dramaty. Musierowicz w swojej najlepszej formie. Rozrzewnienie murowane.

Ale ze mnie, cholera, sentymentalistka.

Kartka z kalendarza i po co czytać książki

Ot, i proszę, obfita wielce kartka z kalendarza. 23 kwietnia jest dniem wyjątkowo świątecznym, jubileusz goni jubileusz, okazja przepycha się łokciami z inną okazją… książki, smoki, Szekspir, wszystko. Aż się prosi o wpis okolicznościowy! Zwłaszcza, że, jak wiecie, dziś Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, święto raczej niebezpieczne: co otwieram internety, to jakaś strona kusi zniżkami na książki. Na razie jestem dzielna.

Okolicznościowo zamiatam też kapeluszem przez mistrzem ze Stratfordu (ok, zawsze zamiatam, ale dziś nieco gorliwiej). Wszak w tę oto sobotę przypada czterechsetna rocznica śmierci Szekspira (z tej okazji polecam nowoczesne powieściowe retellingi – była już „Opowieść zimowa” w wizji Jeanette Winterson, na półce czeka „Kupiec wenecki” wedle Howarda Jacobsona). A do tego 23 kwietnia to dzień św. Jerzego (ten od smoka, patron Anglii), ponoć i pogromca smoka dokonał żywota właśnie tą kwietniową porą.

Ale, ale. Przede wszystkim okazja jest książkowa – stąd zastanówmy się, po co w ogóle te książki. Abstrahując od naukowych wywodów, badań, jak lektura wpływa na mózg i co literatura wnosi do życia codziennego, oto przed Wami lista absolutnie randomowych i subiektywnych powodów, dlaczego Malita wiecznie z nosem w książce. Czasem z przymrużeniem oka (ta lista, nie nos w książce).

Więc, po co czytać książki?
Ja czytam:

  1. Bo lubię. Kropka.
  2. Bo czytając, uczę się nowych miejsc, ludzi, rzeczy (trywialne, ale trafne).
  3. Bo lubię wiedzieć.
  4. Bo lubię sobie wyobrażać.
  5. Bo lubię rozmawiać o tym, o czym przeczytałam.
  6. Bo lubię pisać o tym, o czym przeczytałam.
  7. Bo żyję wtedy nie dwa, a pięćset, tysiąc, tysiące razy (też trywialne a trafne).
  8. Bo czasem się śmieję.
  9. Bo czasem się wzruszam.
  10. Bo czasem się irytuję.
  11. Bo się kocham w bohaterach, niektórych.
  12. Bo nie znoszę bohaterów, niektórych.
  13. Bo zachwycam się kunsztem literackim i erudycją niektórych autorów.
  14. Bo mnie to szalenie odpręża.
  15. Bo mnie to bardzo motywuje do Zmian. Różnych.
  16. Bo staję się mądrzejsza.
  17. Bo staję się głupsza.
  18. Bo czasem snobuję, ile to ja nie czytam. Przyznaję się bez bicia.
  19. Bo wciąż lamentuję, że za mało czytam.
  20. Bo łechta moje ego, gdy mnie różni ludzie proszą o polecanki.
  21. Bo tyle jeszcze do przeczytania.
  22. Bo ciągle nowe dobre rzeczy wydają.
  23. Bo – powód pośredni – uwielbiam wypchane do granic możliwości biblioteki.
  24. Bo mi ludzie znoszą, ofiarowują, pożyczają.
  25. Bo lubię wracać do ukochanych historii.
  26. Bo lubię zajmować czymś czas w podróży.
  27. Bo tramwaj/autobus długo jedzie.
  28. Bo nic tak dobrze nie towarzyszy herbacie, jak książka. I popcornowi.
  29. Bo dzień bez czytania to dzień jakiś taki… niecodzienny.
  30. Bo tak właściwie, to… bardzo lubię. Kropka.

Lista bynajmniej nie jest zamknięta, proszę dorzucać swoje pomysły! I, rzecz jasna, wszystkiego pięknego książkowo Wam życzę. Dziś – i zawsze.

Bo wiecie: #TLDRxP!

Urodzinowo o Błękitnym Zamku

Jako się rzekło – dziś Co czyta Malita obchodzi 5 urodziny! Oddajmy się na chwilę banalnym „ach, kiedyż to minęło…” czy „jakże ten czas zleciał”, a teraz: wpis właściwy. Wpis ów realizuje wytyczne urodzinowej tradycji – co urodziny, to słów parę o ulubionej Malitowej książce. Panie, panowie, przed wami przesławna Lucy Maud Montgomery.

Ręka w górę, kto nie zaczytywał się swego czasu w opowieściach o Ani Shirley o włosach rudych jak marchewka? Otóż właśnie. Ja osobiście najbardziej zawsze lubiłam „Anię na uniwersytecie” i „Rillę ze Złotego Brzegu”, w starych wydaniach z pięknymi okładkami, zaczytywałam się też w „Jance z Latarniowego Wzgórza” czy „Dzbanie ciotki Becky”. Ale jest jedna książka szczególna w dorobku autorki, nieco mniej znana, ale nie mniej cudowna: „Błękitny Zamek”. Czyli Kanada, dokładniej miasteczko Deerwood, lata 20-te XX wieku.

Z „Błękitnym Zamkiem” powstało nieco tłumaczeniowego zamieszania – pierwsze polskie wydanie to bardziej wariacja na temat niż wierny przekład. Tłumacz powycinał kilka scen, zmienił imiona niektórych postaci (w oryginale para głównych bohaterów to Valancy i Barney) i zasadniczo skrócił całą powieść. Nie zmienia to faktu, że to ta okrojona wersja zajmuje specjalne miejsce w moim serduszku i nie planuję czytać tej bardziej odpowiadającej oryginałowi. Z przyczyn bardzo… osobistych. Bo Joanną zostałam ochrzczona nie bez powodu.

Wieloczęściowe, zaczytane i hołubione wydanie.

Powieściowa Joanna, de domo Stirling, jest starą panną. Wstyd przynosi całej familii: według Stirlingów Joanna nie należy do ogarniętych życiowo, brak jej urody, ogłady, polotu. I męża, ba, nawet narzeczonego. Łatka „tej gorszej”, raz przypięta, towarzyszy dziewczynie przez 29 lat życia. Choć Joanna w rzeczywistości ma w sobie dużo więcej ikry, niż rodzina mogłaby podejrzewać, z nieśmiałości i lęku nie potrafi przeciwstawić się surowej matce i wiecznie gderającej ciotce. Woli zamykać się w wymarzonym Błękitnym Zamku, swojej oazie spokoju, gdzie nie ma bronchitu, ploteczek z sąsiadkami i wiecznego porównywania się z piękniejszą o niebo kuzynką Oliwią. Marna egzystencja wlecze się i wlecze aż do dnia, gdy dziewczyna dowiaduje się od lekarza, że cierpi na nieuleczalną chorobę serca – co gorsza, został jej najwyżej rok życia. I Joanna postanawia ten rok przeżyć. Całą sobą.

Bardzo podziwiam Joannę. Stłamszona przez krewnych, którzy traktowali ją jak dziecko, potrafiła zerwać więzy konwenansów, zawalczyć o swoją niezależność i o swój Błękitny Zamek. A gdy niespodziewanie w jej życiu przyszła miłość – znaleźć w sobie na tyle odwagi, by nie zakopać tego uczucia gdzieś głęboko w odmętach duszy i na przekór świętoszkowatej społeczności Deerwood poślubić Edwarda, mężczyznę podejrzanego o najgorsze zbrodnie.

„Więzienie, w które chętnie wstępujemy, nie jest wcale więzieniem”, mówi Joanna do swego męża i trudno nie przyznać jej racji. Powieść Montgomery, choć mogłaby się zdawać przestarzałą opowiastką, niesie ze sobą odpowiednią dawkę wzruszeń i dużo mądrych treści. To historia o tym, że nikogo nie należy sądzić po pozorach. Że każdy ma swój Błękitny Zamek. I że wystarczy trochę odwagi, by go odnaleźć.

Po prostu – uwielbiam.