Dzieła zebrane #19

Wybrałam się jakiś czas temu na slajdowisko, zorganizowane przez moją znajomą podróżniczkę – rzecz poświęcona była jej niedawnej wyprawie do Japonii, było mnóstwo pięknych zdjęć i wspomnień, co automatycznie uruchomiło moje własne dalekowschodnie tęsknoty. Wróciłam do domu i wiedziona tymi tęsknotami, w tempie błyskawicznym wygrzebałam dwie książki okołojapońskie, które Czytaj dalej „Dzieła zebrane #19”

Dzieła zebrane #17

Jak wiadomo, nic nie działa skuteczniej na jesienną pluchę-szaruchę niż kocyk, herbata i książka. Co prawda ideałem byłoby znalezienie jeszcze trzy kilo czasu na te remedia (powinni zacząć dodawać do każdej książki kilka godzin czasu w bonusie!), niemniej po troszeczku, po kawałeczku – czyta się. Gatunkowo – czyta się fantastycznie.

„Zgnilizna” Siri Pettersen

Tom drugi trylogii “Krucze Pierścienie” Siri Pettersen przenosi nas wraz Hirką bezogoniastą do nowego świata, w którym można zachowywać obrazy i dźwięki na zawsze, rośliny są zupełnie inne, niż w Ym, a obłe pojazdy mkną gładkimi drogami z niepojętą szybkością. Innymi słowy, do Europy Anno Domini 2008. I jeśli Hirka myślała, że opuszczając Ym, podjęła dobrą decyzję… cóż, nowy świat okazuje się być chyba jeszcze bardziej niebezpieczny niż ojczysty, nie mówiąc o tym, że dziewczyna trafia w sam środek konfliktu sięgającego czasów pradawnych. Hirka mierzy się z coraz to nowymi wyzwaniami – i chodzi nie tylko o poszukiwania własnej tożsamości, ucieczkę przed nowymi prześladowcami, ale i o nieustanną tęsknotę za domem. I za Rimem.

Sapkowski w swoim słynnym „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” definiował urban fantasy jako „elfy w Central Parku”. I właśnie ja tych elfów w Central Parku to jednak nie bardzo. Owszem, Pettersen trzyma poziom, połknęłam „Zgniliznę” w jeden długi wieczór (choć akurat nie brzmi to zbyt bezpiecznie), ale mariaż jakiegokolwiek fantastycznego świata z naszym realnym światem (czy przypominającym ten realny do złudzenia) to jednak nie jest to, co lubię najbardziej. Co innego odkrywanie podwójnego dna (vide metro w Londynie, jak u Gaimana!), ale przekraczanie granic w tę i z powrotem… niekoniecznie. Chętnie przeczytam tom trzeci, ale jednak wolałam, jak wszystko było bezpiecznie zamknięte w Ym.

Zdjęcie porównawcze nie oddaje tej Bastionowej objętości, niestetyż.
Zdjęcie porównawcze nie oddaje tej Bastionowej objętości, niestetyż.

„Bastion” Stephen King

Czyli co by było, gdyby ktoś przypadkiem upuścił fiolkę ze śmiercionośną zarazą? Zagłada. Apokalipsa. Porażający odsetek ludzkości umiera na grypopodobną chorobę. Bęc! Jak to pięknie ujęto na okładce, „ktoś kichnął, ktoś umarł i nagle Ziemia staje się masowym grobem”. W Naprawdę Bardzo Grubej Powieści mistrz horroru i dreszczyków wywoływania przedstawia historię wpierw śmiercionośnego rozwoju choroby, a potem wszystkich tych spraw, z którymi muszą mierzyć się ocalali. Bo, rzecz jasna, jedni chcą spokojnie egzystować, a inni wręcz przeciwnie. Jedni tworzą demokratyczną Wolną Strefę, inni zdobywają władzą absolutną i krwawymi metodami zdobywają posłuch. I, rzecz jasna, ci drudzy zasadzają się na tych pierwszych.

Ja u Kinga jednakowoż najbardziej cenię tę obyczajową warstwę powieści – jest w tym naprawdę znakomity. To nie ten czynnik fantastyczny  (i nie mam tu ma myśli li i jedynie supernowoczesnej broni biologicznej, która zapoczątkowała całą historię), ale czynnik ludzki czyni z tej książki coś naprawdę zacnego. Otóż bohaterowie muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości (w podwójnym znaczeniu, nie tylko oswoić ten postapokaliptyczny świat, ale fizycznie odszukać się nawzajem), zastanowić się, co ze sobą w tej sytuacji zrobić, jakimi prawami obłożyć nowe życie w społeczności, jak zorganizować władzę, logistykę, dystrybucję wszystkiego, co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Oglądamy ten spektakl zagłady oczami wielu postaci, poznając ich marzenia, lęki i słabostki. Całość – imponująca.

Na marginesie – to jest chyba najgrubsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Bije „Mgły Avalonu” Marion Zimmer Bradley o jakieś 120 stron.

PS. Podziękowania się należą, koniecznie! Wiol za „Zgniliznę”, Ethlenn za „Bastion”. Arigatou!

Dzieła zebrane #16

Czasem jestem sama z siebie dumna – inauguracja #DziełZebranych była świetnym pomysłem, bo naprawdę w przypadku niektórych książek trudno zebrać myśli na tyle, by poprowadzić oryginalny wywód. Niekiedy po prostu nie ma zbyt wiele do dodania, bo to po prostu kolejny tom jakiegoś cyklu albo wszyscy już tyle mądrych rzeczy napisali, że właściwie nie czuję się na siłach, by dopisać jakąś błyskotliwą myśl do istniejącego zbioru. Egzemplifikacje tychże dwóch tendencji – proszę uprzejmie zerknąć niżej.

„Historia zaginionej dziewczynki” Elena Ferrante

O Ferrante nie ma się co rozpisywać, wiele atramentu przelano na jej temat, odkąd jej powieści rodem z Neapolu zachwyciły świat cały (nie, żebyśmy znali prawdziwą tożsamość autorki, ale mniejsza o to). Historia Eleny (bohaterki, nie pisarki), jej przyjaciółki Liny oraz całej dzielnicy zaczyna się od „Genialnej przyjaciółki”, a kończy właśnie na tejże „Historii zaginionej dziewczynki”. Mam w tej kwestii dwa komentarze. Primo, niebywała jest obrazowość narracji Ferrante. Jakbym się zanurzyła w codzienne życie dzielnicy, jakbym widziała te ciasne uliczki, pranie wiszące nad przejściem, bar-cukiernię Solarów, wędliniarnię i bibliotekę, ba! jakbym czuła duszący zapach tego wszystkiego. Secundo, równie niebywałe jest to – tu odwołam się do bardzo trafnego spostrzeżenia mojej koleżanki zwanej Siewiorem – że nie cierpię równo wszystkich bohaterów, a i tak nie mogłam się oderwać. I przyznaję, że czytałam niecierpliwie, byleby skończyć i mieć za sobą. Więc skończyłam całokształt. I dalej nie cierpię wszystkich postaci. Ale napisane jest to wyśmienicie.

„Historia pszczół” Maja Lunde

Nagrody były rozdawane, krytycy i blogerzy zachwyt wyrażali (zerknijcie choćby na świetny tekst Tanayah), narody klękały – nic dziwnego, że oczekiwałam czegoś wyjątkowego. Długo mi zajęło nadrobienie zaległości (cała moja familia przeczytała powieść Lunde przede mną, to się rzadko zdarza!), ale oto nadrobiłam… i nie zachwycam się. Owszem, rozplanowanie historii na trzy poziomy czasowe (Anglia roku 1852, Stany w 2007 i Chiny czasu przyszłości, to jest 2098) wyszło świetnie, zestawienie trzech porywających głównych postaci również. Ale nie w tym rzecz, gdyż moja niechęć ma podłoże w czymś zupełnie innym: otóż nie lubię żadnych opowieści, które zmierzają ku ewidentnej katastrofie. W to wpasowują się wszystkie możliwe filmy katastroficzne (może wyjąwszy „Pojutrze”, ale już stanowczo odmówiłam pójścia do kina na „2012”) i inne narracje, które zakładają w miarę możliwą ziemską zagładę, a już zwłaszcza taką, którą sprowadziliśmy sami na siebie (fikcyjnym kosmitom takie rzeczy jak eksterminacja planety jestem bardziej skłonna wybaczyć). A „Historia pszczół” ewidentnie pokazuje, jak przez własne działania ludzkość spowodowała wymarcie pszczół… i w efekcie upadek wszystkiego, co uważaliśmy za cywilizowane. Uznaję zatem oryginalność konceptu, ale nie mogę powiedzieć, że mi się podobało.

PS. Mamie-Malicie dziękując za pożyczenie obydwu książek!

Dzieła zebrane #15

Ostatnio naprawdę zebrało się trochę książek do opisania – w tym roku chyba padnie rekord ilościowy, choć bez paniki, jak wiemy, nie o ilość idzie, ale o jakość. Niemniej, tygodniowe leniwe wakacje sponsorowane przez hasło „leżę i czytam” (mój ulubiony typ wakacji, nie wstydzę się przyznać) pozwoliły na nadrobienie kilku książkowych zaległości. Nadrabiam zatem i spisywanie wrażeń w formie tradycyjnych #dziełzebranych. Trzy książki oto.

„Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” Weronika Murek

Dawno dawno temu przeczytałam recenzję Ekrudy i poczułam się oczarowana: nawet sam tytuł, ba, okładka! mają coś w sobie, to nieuchwytne coś, za czym tak bardzo chcemy podążać. Przy bliższej chwili obecnej okazji (przecenie na ebooki, żeby być szczerym do ostatka) upolowałam. Przeczytałam. I wcale nie jestem oczarowana.
Ja właściwie lubię książki nietuzinkowe i niepokojące, ale poziom cudaczności u Weroniki Murek zdecydowanie przekracza mój poziom percepcji. Otwierające opowiadanie, w którym zmarła dziewczyna wciąż uparcie nie chce wyprawić się do zaświatów, to tylko prolog do kolejnych oniryczno-dziwacznych opowieści. Ciężko mi nawet wyjaśnić, co mi się w tym wszystkim nie podobało. Może inaczej: jest takie ładne, acz dosadne powiedzenie „nie mój cyrk, nie moje małpy”. Dosadnie zatem: bardzo nie mój cyrk. Bardzo nie moje małpy.

„Opowiem ci pewną historię” Annie Barrows

A tu już raczej historycznie i twardo na ziemi. Otóż są lata 30-te XX wieku, kryzys w Stanach daje się we znaki wielu osobom, bezrobocie, prohibicja… niemniej, Layla Beck martwi się czym innym. Otóż sprzeciwiła się ojcu („nie wyjdę za niego i już”) i szanowny tata pozbawił Laylę środków do życia. Dziewczyna dzięki ojcowskim znajomościom znajduje pracę – ma napisać książkę o historii Macedonii, niewielkiego miasteczka w Wirginii. Jedzie na miejsce, wynajmuje pokój u rodziny Romeynów i zagłębia się w dzieje Macedonii… oraz  przeszłość swoich gospodarzy.
Barrows kreśli historię z perspektywy kilku bohaterów – właściwie, bohaterek, bo prócz Layli mam też dwunastoletnią Willę Romeyn i jej ciotkę Jottie – pokazując obecne i dawne rozterki, tajemnice, niespełnione miłości i wielkie awantury. Nie jest to rzecz, którą czytałam z wypiekami na twarzy, na początku byłam wręcz niechętna całej tej opowieści i lektura szła mi opornie. Z czasem jednak (zwłaszcza, gdy nabierze się sympatii do którejś z postaci, jak ja do Jottie), czyta się coraz lepiej, a pod koniec naprawdę się wciągnęłam.
[tl;dr] Jest przyzwoicie.

„Włosi” John Hooper

Pierwotnie planowaliśmy z Królem Małżonkiem podarować tę książkę znajomym z okazji ślubu, ale zaczęliśmy podczytywać i w końcu sprezentowaliśmy inną (też w podróżniczym klimacie, niech mają inspirację). Tymczasem – John Hooper od piętnastu lat mieszka we Włoszech i naprawdę zna się na rzeczy, nie mówiąc już o tym, że z klasycznej pozycji outsidera widzi więcej i inaczej. Pisze rzetelnie a dowcipnie, zaczynając od solidnego wprowadzenia historycznego (dlaczego Włochy wcale nie są zjednoczone?) i wiodąc czytelnika przez wszystkie aspekty życia współczesnej Italii: będą tu nie tylko oczywiste wątki mafijne i opowieść o la famiglia (zwłaszcza la mamma!), ale także rzut oka na rolę  Kościoła, umiłowanie do piłki nożnej, kontrowersyjnych polityków i włoską prasę. Naprawdę świetne, dogłębne i niekiedy ironiczne ujęcie tematu – dla italianolubów i po prostu ciekawych świata.
Z cyklu „randomowe ciekawostki”: pierwsza rzecz, jaką zrobiłam po przeczytaniu tej książki, to spaghetti. Miejcie to na uwadze!

PS. Za powieść Barrows dziękuję wydawnictwu Świat Książki.
PPS. A następnym razem znów Was zabiorę do Afryki!

#SummerLovin’ Book Tag

A wszystkiemu winna Hadyna, która mnie nominowała. Hadyna-która-rozkminia i która do tego prowadzi zacnego bloga ukierunkowanego na nerdozę i anglofilię (brzmi to jak zestaw chorób, ale zaprawdę powiadam wam, mogę na takie chorować). Book tag – wiadomo, jest temat przewodni i książki do tematu pasujące. W ten oto piękny sierpniowy dzień serwuję Wam zatem książki okołoletnie w sześciu kategoriach!

Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania

Tu mi się od razu przypomniał facebookowy profil Pierwsze zdanie – kojarzycie? Naprawdę zacny pomysł. Ale fakt, pierwsze zdanie, nawet takie z gatunku krótszych  („In a hole in the ground there lived a hobbit” nie powala długością, czyż nie?), potrafi przykuć uwagę tak skutecznie, że czas między tym pierwszym a tym ostatnim zdaniem upływa nie wiadomo kiedy.  Pozwólcie, że zaproponuję wyjątkowo krótkie pierwsze zdanie, które idealnie oddaje charakter całej książki, acz zawiera słowo w kulturalnym towarzystwie niepożądane. „Mam całkowicie przesrane”, stwierdza z rozbrajającą szczerością autoiroczniczny Mark Watney, po czym zabiera się za uprawę ziemniaków. Na Marsie. Czyli Andy Weir i jego spektakularny sukces, „Marsjanin”. Więcej zachwytów – tuże. Film też, koniecznie!

Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Gdy jest zdecydowanie zbyt gorąco, by wyściubić nos z bezpiecznych (w idealnym układzie: klimatyzowanych) czterech ścian, ale jednak bardzo chce się gdzieś wybrać – truizm, bo truizm, ale nie ma jak książka podróżnicza albo o dalekich krajach. A jak jeszcze jest w tym nutka przygody… hejże ho, dalej w drogę! Na przykład do Australii. Swego czasu zaczytywałam się historiami o Tomku Wilmowskim, niespokojnym duchu, który jako dzielny nastolatek zwiedza pół świata ze swym ojcem i innymi kompanami. Rzecz dzieje się u progu XX wieku, są wyprawy badawcze, przyjaźnie, miłości, odkrywanie nowych kultur i solidna dawka patriotyzmu (Polska naonczas wciąż pod zaborami). Dziewięć tomów przygód Tomka – całość pióra Alfreda Szklarskiego – dobre i nasze! Zaczynamy od tomu „Tomek w krainie kangurów”.

Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na podróż

Ja już od dawien dawna posiadam taką osobistą kategorię lektur dopociągowych, które nie wymagają bardzo dużego zaangażowania intelektualnego, wciągają od pierwszych stron, a swoją długością idealnie wpasowują się w kilkugodzinną podróż. Pamiętam nawet, jaka była pierwsza taka przeczytana przeze mnie „dopociągówka”: miałam jakieś trzynaście lat, wybrałyśmy się z Mamą-Malitą do Wrocławia, a ja w rytm stukotu kół (bardzo lubię ten dźwięk!) pochłonęłam „Złote rendez-vous” mistrza sensacji Allistaira McLeana. Szczerze mówiąc, niespecjalnie wiele pamiętam z samej fabuły – oprócz tego, że statek nazywał się Campari, Susan Beresford opierała się o drzwi, a rejs zasadniczo obfitował w wydarzenia – pamiętam natomiast to pełne napięcia przewracanie stron. Planuję takoż powrót sentymentalny, bo Mama-Malita odkopała gdzieś oryginał powieści. SS Campari, strzeż się, nadchodzę!

Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.
Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.

Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią

Ha, nie będą to raczej pyszności, choć coś jest na rzeczy z tą herbatą… Nie wiedzieć, czemu, ale zimna sceneria skojarzyła mi się natychmiast z „Balladą o Narayamie”, antologią opowiadań prosto z Japonii. Konkretnie, z tytułowym opowiadaniem Fukuzawy  Shichirō o złowrogiej górze Narayama. Szczyt wznosi się między dwoma wioskami i samą swoją ponurą obecnością nieustannie przypomina o kruchości życia, niosąc obietnicę śmierci. Gdy bowiem okoliczni mieszkańcy osiągną odpowiedni wiek, udają się na Narayamę, by tam dokonać żywota. Choć właściwie nie wymaga to wspinaczki na ośnieżony szczyt (albo nie zawsze), to jednak właśnie zimowe kadry z japońskiej ekranizacji „Ballady” najmocniej wbiły mi się w pamięć. Więc gdy za oknem czterdzieści stopni w cieniu, wspomnijcie Narayamę. Dreszcze gwarantowane.

Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła cię w tym roku

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze – czyli pomysłowy koncept nie doczekał się odpowiednio pomysłowej realizacji. Mam na myśli „Szeptuchę” Katarzyny Miszczuk (skądinąd, to bardzo wakacyjno-letnia powieść, wiecie, kwiat paproci, Kupała, te sprawy). A przecież tak dobrze się zapowiadało, cała ta wizja pogańskiego Królestwa Polskiego, które w XXI wieku jest silną monarchią, w której lekarze i szeptuchy współdziałają dla zdrowia narodu, po okolicy pałętają się utopce i rusałki, a seksowny żerca Mieszko niechybnie zdobędzie serce Gosławy… oh wait. Cytując moje marcowe wynurzenia, „Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Smuteczek”.
No smuteczek.

Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych książek tego roku

O, i tu wybór był prosty! Jak na razie prym zdecydowanie wiedzie „Pasterska korona” Terry’ego Pratchetta. Bo nie tylko dlatego, że mistrz Terry (po raz ostatni!), nie tylko dlatego, że czarownice, ale przede wszystkim dlatego, że jest to powieść szalenie mądra. Trzy kilo dowcipów są jako zawsze, ale tym razem jest jakoś bardziej smutno i jednocześnie na duchu podnosząco (tak, wiem, że nie ma takiego słowa). Dobry moment mi się trafił na czytanie „Korony”. I już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam ją drugi raz. Zazdroszczę tym, przed którymi dopiero ten pierwszy raz.

No, i tyle z książkowo-letnich wynurzeń. A teraz nominuję, a co!

Lolantę-która-czyta, niech się spowiada letnio.
Olgę z Wielkiego Buka, niech się nie martwi, że jej nie nominują!
Myszkovską, która ostatnio zaczęła nowy blogowy projekt.

Hadynie raz jeszcze dziękując za nominację. Niech nam lato długo trwa i książki przynosi ;)

Dzieła zebrane #14

Siedzę z nosem w książce, jak wiadomo, nieustannie, ale są takie okresy w życiu, kiedy chce się czytać cały czas, są też i takie, w których raczej by się oglądało filmy/seriale. Chwilowo obowiązuje u mnie ten pierwszy (nie tylko dlatego, że szósty sezon „Gry o tron” już za nami), co cieszy z uwagi na stosy książków zalegające wszędzie. Znów wróciłam do formuły „jedna-książka-około-naukowa-lub-w-pracy-przydatna-tygodniowo”, co oznacza, że aktualnie odświeżam „Białą Boginię” Gravesa i pojękuję nad stylem autora, już abstrahując od treści. Ale, ale, dwa #dziełazebrane mam dla Was, jedno eseistyczne, jedno fantastyczne (w gatunku, nie w epitecie).

„Jak przestałem kochać design”  Marcin Wicha

https://www.karakter.pl/uploads/catalog/product/cover/77/small_WICHA__Jak_przesta_em_kocha__design_-_ok_adka_96_dpi.pngWicha prezentuje zbiór krótkich esejów na temat designersko-architektoniczno-społeczne, celnie punktując różne upadki i wzloty polskiego designu dawniej i dziś. Dla mnie najlepszy z nich to „Krótki kurs antydesignu”: autor, uczciwszy dokonania polskich projektantów na Wielkich Światowych Wystawach, pisze wprost: to nie Wielkie Wystawy, a codzienne drobiazgi decydują o jakości życia. Czy karty do głosowania są czytelne, czy elementarz szkolny jest „kolory do mdłości” czy nie, czy nie gubimy się zanadto w szaro-szarych polach wniosków PIT i oznaczeniach autostrad. Ale w Polsce, zauważa Wicha, takich rzeczy nie traktuje się jako design. „W Polsce design – spieszy z wyjaśnieniem autor – to sfera ludzkiej działalności polegająca na Rzucaniu Świata na kolana za Pomocą Dywanika z Filcu Inspirowanego Sztuką Ludową”.
No, nie powiem, coś w tym jest. Zwłaszcza jeśli idzie o wszelakie wnioski biurokratyczne.
A podsumowując całokształt: erudycyjny zbiór pełen wycieczek w czasy przeszłe i teraźniejsze, osobiste i mniej osobiste. Warto!

„Palimpsest” Catherynne M. Valente

Dawno, dawno temu, za czasów wspaniałej promocji -50% na Ucztę Wyobraźni, nabyłam dwie książki. Jedną z nich przeczytałam już długą chwilę, a fakt, że nie mogłam się zebrać do spisania wrażeń, już jest wielce znaczący. Niemniej – „Palimpsest” pióra Valente to pokręcona historia miasta znanego właśnie jako Palimpsest, które mieści się gdzieś w pół drogi miedzy snem a jawą, fantazją i najgorszym z koszmarów. Dostać się tam można tylko dzięki blizno-znamieniu z fragmentem mapy, i to w dodatku po przespaniu się z innym posiadaczem blizny. A w Palimpseście czekają spełnione marzenia, żywe znaki kanji, pociągi jak ze snu, i nic nie przychodzi tam bez bólu i śmierci.
Ujmijmy to tak: ja naprawdę lubię new weird, dziwaczne, pokręcone książki. Ale tutaj to jest już po prostu przerost osobliwości, za dużo, zbyt dziwacznie, zbyt pokręcenie. Przeczytałam do końca z poczucia obowiązku, ale ani świat nie zachwycił, raczej znużył, ani bohaterowie nie przyciągnęli. Rozczarowanie i smuteczek, otóż i dwie emocje po-palimpsestowe.

PS. A to pierwsze zapewniła myszkovska!
PPS. Przy okazji, jestem fanką okładki numer jeden.

 

Dzieła zebrane #13

Są takie dni w życiu Mality, że po prostu nie ma kiedy czytać, przynajmniej nie takich książek, które można opisać blogowo. Ale ostatnio jest lepiej (i ma to związek z pewną lekturą, o której niedługo Wam opowiem!), ba, tyle się świetnych książek pojawiło dookoła, że nie wiadomo, gdzie zacząć! Nie znaczy to, że nigdy ich nie było, ale wiecie – tu Dzień Dziecka, tu urodziny, i moja biblioteczka jakoś… ekspandowała.

Ale do rzeczy: w trzynastej odsłonie Dzieł Zebranych mam dla Was trzy kobiece książki: o kobietach, przez kobiety napisane, ale diametralnie różne. Niespokojne życiowo Lila i Elena, odważna, choć pełna trosk Kelsea czy Bride o hebanowej skórze i trudnej przeszłości: poznajcie je wszystkie. Każda z osobna jest warta takiego spotkania.

 „Historia ucieczki” Elena Ferrante

W sprawie kolejnej części historii o Elenie i Lili, dwóch przyjaciółkach-nie-przyjaciółkach z Neapolu lat 50-tych i 60-tych, mam tylko jedno zdanie komentarza: Eleno (bohaterko, nie autorko), tak się nie robi. Z tego będą tylko kłopoty.
Czyli: znów przeżywam bardzo. Ale Ferrante tak pisze, że nie sposób po prostu przejść obojętnie nad losami postaci, nad ich (kiepskimi, z reguły) wyborami, tylko trząść się, obrażać, wygrażać, złościć (zwłaszcza, jak sobie przypomnę „Przeznaczonych”, którzy wywołali we mnie reakcję zgoła odmienną, czy raczej brak reakcji). Jeszcze jeden tom i wtedy emocje dopiero sięgną zenitu!

„Inwazja na Tearling” Erika Johansen

Druga część fantastycznej historii królowej Kelsea Glynn (zerknijcie na refleksje z tomu pierwszego, dalej jestem zachwycona, ale chodzi mi też o bycie na bieżąco z historią Przeprawy). Rządy dziewczyny w biednym i nękanym przez ościenne Mortmesne Tearlingu już od samego początku były burzliwe, a teraz jeszcze wojna zbliża się wielkimi krokami. „Inwazja na Tearling” przynosi też drugi plan czasoprzestrzenny – dzieje sprzed Przeprawy, które Kelsea (a my razem z nią) ogląda oczami Lilly, mieszkającej w Bostonie w czasach nie tak znowu odległych od 2016 roku. Na pewno bliższych czasowo nam, niż Kelsea.
Najpierw obecność tego drugiego planu mnie irytowała – więcej Bostonu oznacza mniej Tearlingu – ale z czasem wciągnęła mnie i historia Lilly. Sama Kelsea pozostaje dla mnie naprawdę wybornie napisaną bohaterką. Nie wszystkie jej decyzje i pomysły mi się podobają, uważam wręcz, że czasem idzie w złym kierunku – ale przez to jest jeszcze bardziej autentyczna. Innymi słowy – niecierpliwie czekam na zwieńczenie trylogii, to już w listopadzie, ale w międzyczasie można przeczytać bardzo obiecujący fragment trzeciego tomu!

„Skóra” Toni Morrison

Jeszcze w zamierzchłych czasach czytałam „Umiłowaną” Toni Morrison, z której pamiętam tylko tyle, że mi się podobała (dobrze, że i wrażenie jakieś pozostało, bo jak się nic nie kojarzy, to nie najlepiej świadczy o książce) (albo o czytelniku). Za to „Skóra” – po prostu petarda. Ładunek emocji, jaki niesie ta książeczka, jest niesamowity. Czasem to właśnie te najmniej groźne objętościowo potrafią tak przeczołgać. Morrison przedziera się ze swoimi bohaterami przez szereg trudnych tematów – od kolosalnego poczucia winy i traumy, przez rasizm, aż po pedofilię – a trudna (czy wręcz niemożliwa) relacja matki (Sweetness) i córki (Bride) staje się punktem wyjścia do opowieści o nieszczęściu czterech różnych postaci. Ale, paradoksalnie, nie czułam się przygnębiona ani pognębiona ogromem tego dramatu, a wielką sztuką jest napisanie rzeczy przykrych tak, żeby nie powodowały u czytelnika zbyt wielu myśli depresyjnych. Świetna rzecz, koniecznie!

PS. Książki to wszystko otrzymane/pożyczone: Ferrante pożycza Mama-Malita, myszkovska wyposaża w Tearling, a pani redaktor ze Świata Książki w smakowicie wielkiej paczce przysłała „Skórę” – dziękuję po tysiąckroć!

#ComfortBooks Tag

Mam nadzieję, że oddajecie się błogiemu majówkowemu lenistwu, koniecznie z odpowiednią obstawą książkową – a że taki zestaw (to jest, lenistwo i książki) należy do zestawów wielce komfortowych, wywołuję z odmętów #ComfortBooks TAG. Anka Wstawiająca Tytuł pyta bowiem o książki, które są zawsze w sam raz. Jak się tak zastanowiłam, to imię ich legion – ale zasadniczo w Malitowym przypadku realizują one jeden standard: są to opowieści, które posiadają porządny happy end. Nie muszą w nim występować fajerwerki, tęczowe jednorożce i kiczowate obietnice, wystarczy po prostu takie rozwiązanie wątków, które dla uhołubionych przeze mnie bohaterów skończą się szczęśliwie. Uwaga: nie musi to być historia stricte miłościwa, mile za to widziana nutka rozrzewnienia. Mam dla Was trzy takie książki, w sam raz na komfortową majówkę.

Primo, „Janka z Latarniowego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Rzeczona Autorka zresztą większością swoich powieści wpisuje się w #ComfortBooks TAG, dość wspomnieć urodzinowy „Błękitny zamek”. Tym razem poznajemy historię Janki Stuart, zahukanej jedenastolatki, terroryzowanej przez surową Babkę i uznaną za niespecjalnie rozgarnięte dziecko (brzmi znajomo, prawda?). Pewnego dnia Janka dowiaduje się, że nie dość, że jej ojciec żyje (dotąd miała go za zmarłego), to jeszcze – o zgrozo! – życzy sobie, by córka spędziła z nim trzy miesiące wakacji. Dziewczynka z nastawieniem męczenniczki podróżuje więc z Toronto na Wyspę Księcia Edwarda, by poznać swojego rodziciela – i z miejsca pokochać go jako najlepszego z ojców i najwspanialszego przyjaciela. Spokojny i przekorny Tatko uczy Jankę nie tylko pływać i rozpoznawać gwiazdozbiory, ale przede wszystkim być pewną siebie i odważnie stawiać czoło wszystkim przeciwnościom losu. Piękna, kojąca historia. Rozrzewnienie murowane.

Oto wszystkie trzy, środkowa zaczytana do niemożliwości.
Oto wszystkie trzy, środkowa zaczytana do niemożliwości.

Secundo, „Gwiezdny pył” Neila Gaimana. To był mój pierwszy Gaiman, wiecie? Przepadłam z miejsca. Tajemniczy Mur i cały świat za Murem, wielki quest celem uzyskania wzajemności pewnej damy (oczywiście, okazuje się, że prawdziwa miłość takich questów nie wymaga, a Pragnienie Serca spełnia się w najbardziej nieoczekiwanych momentach), walki o władzę, zaklęcia, łowcy błyskawic, czarownice – wszystko tam jest. Rozrzewnienie? No troszkę też. Bardziej na smutno, ale zawsze. W ekranizacji za to rozrzewnienie murowane.

Tertio, „Szósta klepka” Małgorzaty Musierowicz. „Jeżycjadę” oceniam jak przysłowiowe wino – im starsze, tym lepsze. A najpierwsza „Szósta klepka” to jedna z moich ulubionych części. Jeszcze nie Borejkowie, a rodzina Żaków wprowadza czytelnika na poznańskie Jeżyce połowy lat 70-tych: jest mama-artystka Żakowa i Żaczek-inżynier, ich latorośle – niefrasobliwa Julia oraz zakompleksiona Celestyna, dziadek-inteligent, który ze wszystkich łakoci najbardziej lubi boczek, ciocia Wiesia i jej syn, skaranie-boskie-Bobcio… familijne perypetie, tchnące ciepłem, wiodą od cieknących karpi, przez opiekę nad niemowlęciem, rozterki miłosne i szkolne dramaty. Musierowicz w swojej najlepszej formie. Rozrzewnienie murowane.

Ale ze mnie, cholera, sentymentalistka.

Dzieła zebrane #12

Wpisując się w ostatni trend Dzieł Zebranych, znów nie trzy, a dwie opowieści, którym należy się wspomnienie, chociażby króciutkie. Takie rozwiązanie wydaje mi się najbardziej sprawiedliwe dla drugich i kolejnych tomów różnych rzeczy, a i do zbiorów opowiadań pasuje elegancko. Właśnie takie dwa przypadki tworzą dwunasty odcinek Dzieł.

„Historia nowego nazwiska” Elena Ferrante

https://i2.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/240000/240425/365507-352x500.jpgCzyli ciąg dalszy „Genialnej przyjaciółki”. Otóż drogi Lili i Eleny, dziewcząt dotąd zgodnie dorastających w powojennym Neapolu, zdają się rozchodzić. Lila wychodzi za mąż w wieku lat szesnastu (co wcale nie utemperuje jej krewkiego charakteru), a Elena postanawia kontynuować edukację. Ale to rozejście jest tylko pozorne, bo Lila nie przestaje oddziaływać na Elenę, na dobrą sprawę zmieniając każdą dziedzinę jej życia. Nawet – a może zwłaszcza – dziedzinę uczuciową.

Ferrante wiedzie czytelnika przez kolejne strony w tak niewytłumaczalnie świetny sposób, że nie idzie się od „Historii” oderwać, ba, można doświadczyć całego spektrum emocji. I ja dalej nie cierpię Lili, która sprawia wrażenie, jakby nie wiedziała, czego chce. I wciąż współczuję Elenie, która z bólem odkrywa, że nigdzie tak naprawdę nie przynależy: na rodzinnym osiedlu czuje się nieswojo, zbyt mądra, zbyt wykształcona, natomiast w szkole i na uczelni wciąż nosi w duszy piętno niewykształconej prowincjuszki. Całość znów urywa się w momencie dramatycznym, naprawdę, w pół sceny! A tom trzeci czeka na mnie od dłuższej chwili, ale wiem, że jak tylko go otworzę, to zniknę na kilka godzin, więc czekam na bardziej sprzyjającą chwilę… Wam też doradzam takie zniknięcie, i w tomie pierwszym, i w tomie drugim neapolitańskich historii Ferrante.

„Litr ciekłego ołowiu” Andrzej Pilipiuk

https://i2.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/298000/298488/474049-352x500.jpgDrugie Zebrane Dzieło to najnowsze książka Andrzeja Pilipiuka, to ósmy już zbiór opowiadań poważnych – to znaczy, nie-wędrowyczowych. Duży sentyment żywię do opowieści o kuzynkach Kruszewskich tegoż Autora (choć opublikowanie ostatniego tomu lekko mnie zaskoczyło), ale opowiadania też lubię. Pilipiuk jest zręcznym rzemieślnikiem, pisanie poprzedza solidnym researchem i ma dużo dobrych pomysłów. Do moich ulubieńców w tym tomie należy Robert Storm, archeologo-detektyw od spraw nietypowych, tropiący już to ślady czuhajstra, już to redakcję przedwojennego „Kuriera Warszawskiego”. Zgodnie z Prawem Zbiorów Tekstów, niektóre opowiadania są lepsze, inne mniej lepsze, ale cały zbiór to przyzwoita lektura tramwajowo-pociągowa – w sam raz, jedna historia na kilka przystanków.

PS. Tom drugi opowieści Ferrante, podobnie jak pierwszy, zapewniła Mama-Malita.

Dzieła zebrane #11

Dzieła zebrane, czyli krótkie impresje z ksiąg zebranych, początkowo układały się w trójki, teraz częściej chodzą parami. Nie dlatego, że Malita czyta mniej, raczej dlatego, że nie wszystkie książki nadają się do blogowych opowieści. Mniejsza o przyczyny, oto duet z jednej strony fantastyczny, z drugiej strony… miłościwy. Tak jakby.

„Zakon Mimów” Samantha Shannon

Czyli część druga „Czasu Żniw”, wielkiej historii o jasnowidzach w Sajonie Londyn roku 2059, gdzie dystopia miesza się z opowieściami o duchach. Już przy części pierwszej wyznałam, że próba oddania w dwóch zdaniach całego bogactwa uniwersum, wykreowanego przez Shannon, byłaby niesprawiedliwa, i stanowisko podtrzymuję. Dość tylko powiedzieć, że w „Zakonie Mimów” napięcie nie spada, Paige Mahoney radzi sobie dzielnie, choć kolejne fundamenty usuwają się jej spod nóg. Intryga goni intrygę, nie wolno ufać nikomu, a co najgorsze, mało kto jest w stanie uwierzyć w piekło kolonii karnej, z której udało się uciec naszej Bladej Śniącej. „Zakon Mimów” to kawał solidnej fantastyki z całą paletą nawiązań i dobrych pomysłów – chyba podobał mi się bardziej niż część pierwsza. Na razie czekam na ciąg dalszy – „The Song Rising” ukaże się w marcu 2017 roku.

„Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości” Jakub Żulczyk

Żulczykowy debiut w arcypierwszym wydaniu z pikselopodobną okładką to opowieść drogi o pewnym młodym człowieku, który zakochuje się w pewnej młodej damie. Czyli Dawid, lat 25, niby student prawa, ale bez specjalnie błyskotliwego pomysłu na życie. I Kaśka, lat 15, młodsza siostra jego kumpla, Gamecub Girl, wiecznie z dłońmi na konsoli i nosem w ekranie. Ich wspólna podróż wiedzie prawie przez pół Polski – od zainstalowanego przy molo domu strachów po stratowane błocko muzycznego festiwalu. Nie zabraknie świadków Jehowy, anarchistów, detektywa z paranoją i dużej ilości używek.
To nie chodzi o to, że to jest zła książka. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, że ja nie lubię takich książek, takich bohaterów, takich historii, takiego języka. I choć przebrnęłam, to ślizgając się między zniesmaczeniem a irytacją. Doceniam warsztat Autora i wiem, że to nie mój klimat.

IMG_0598
A w książkę pierwszy właściciel wsunął był wycinki z prasy.

PS. Obie lektury zapewniła myszkovska, kobieta wielu książkowych inspiracji!