#SummerLovin’ Book Tag

A wszystkiemu winna Hadyna, która mnie nominowała. Hadyna-która-rozkminia i która do tego prowadzi zacnego bloga ukierunkowanego na nerdozę i anglofilię (brzmi to jak zestaw chorób, ale zaprawdę powiadam wam, mogę na takie chorować). Book tag – wiadomo, jest temat przewodni i książki do tematu pasujące. W ten oto piękny sierpniowy dzień serwuję Wam zatem książki okołoletnie w sześciu kategoriach!

Początek lata, czyli książka, która przyciąga uwagę już od pierwszego zdania

Tu mi się od razu przypomniał facebookowy profil Pierwsze zdanie – kojarzycie? Naprawdę zacny pomysł. Ale fakt, pierwsze zdanie, nawet takie z gatunku krótszych  („In a hole in the ground there lived a hobbit” nie powala długością, czyż nie?), potrafi przykuć uwagę tak skutecznie, że czas między tym pierwszym a tym ostatnim zdaniem upływa nie wiadomo kiedy.  Pozwólcie, że zaproponuję wyjątkowo krótkie pierwsze zdanie, które idealnie oddaje charakter całej książki, acz zawiera słowo w kulturalnym towarzystwie niepożądane. „Mam całkowicie przesrane”, stwierdza z rozbrajającą szczerością autoiroczniczny Mark Watney, po czym zabiera się za uprawę ziemniaków. Na Marsie. Czyli Andy Weir i jego spektakularny sukces, „Marsjanin”. Więcej zachwytów – tuże. Film też, koniecznie!

Za gorąco, żeby wychodzić, czyli książka idealna, by zaczytać się w czterech ścianach

Gdy jest zdecydowanie zbyt gorąco, by wyściubić nos z bezpiecznych (w idealnym układzie: klimatyzowanych) czterech ścian, ale jednak bardzo chce się gdzieś wybrać – truizm, bo truizm, ale nie ma jak książka podróżnicza albo o dalekich krajach. A jak jeszcze jest w tym nutka przygody… hejże ho, dalej w drogę! Na przykład do Australii. Swego czasu zaczytywałam się historiami o Tomku Wilmowskim, niespokojnym duchu, który jako dzielny nastolatek zwiedza pół świata ze swym ojcem i innymi kompanami. Rzecz dzieje się u progu XX wieku, są wyprawy badawcze, przyjaźnie, miłości, odkrywanie nowych kultur i solidna dawka patriotyzmu (Polska naonczas wciąż pod zaborami). Dziewięć tomów przygód Tomka – całość pióra Alfreda Szklarskiego – dobre i nasze! Zaczynamy od tomu „Tomek w krainie kangurów”.

Letnia wycieczka samochodowa, czyli książka idealna na podróż

Ja już od dawien dawna posiadam taką osobistą kategorię lektur dopociągowych, które nie wymagają bardzo dużego zaangażowania intelektualnego, wciągają od pierwszych stron, a swoją długością idealnie wpasowują się w kilkugodzinną podróż. Pamiętam nawet, jaka była pierwsza taka przeczytana przeze mnie „dopociągówka”: miałam jakieś trzynaście lat, wybrałyśmy się z Mamą-Malitą do Wrocławia, a ja w rytm stukotu kół (bardzo lubię ten dźwięk!) pochłonęłam „Złote rendez-vous” mistrza sensacji Allistaira McLeana. Szczerze mówiąc, niespecjalnie wiele pamiętam z samej fabuły – oprócz tego, że statek nazywał się Campari, Susan Beresford opierała się o drzwi, a rejs zasadniczo obfitował w wydarzenia – pamiętam natomiast to pełne napięcia przewracanie stron. Planuję takoż powrót sentymentalny, bo Mama-Malita odkopała gdzieś oryginał powieści. SS Campari, strzeż się, nadchodzę!

Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.
Idealny zestaw letni: jedna książka, druga książka i blueberry muffins.

Mrożone herbaciane pyszności, czyli książka z zimną scenerią

Ha, nie będą to raczej pyszności, choć coś jest na rzeczy z tą herbatą… Nie wiedzieć, czemu, ale zimna sceneria skojarzyła mi się natychmiast z „Balladą o Narayamie”, antologią opowiadań prosto z Japonii. Konkretnie, z tytułowym opowiadaniem Fukuzawy  Shichirō o złowrogiej górze Narayama. Szczyt wznosi się między dwoma wioskami i samą swoją ponurą obecnością nieustannie przypomina o kruchości życia, niosąc obietnicę śmierci. Gdy bowiem okoliczni mieszkańcy osiągną odpowiedni wiek, udają się na Narayamę, by tam dokonać żywota. Choć właściwie nie wymaga to wspinaczki na ośnieżony szczyt (albo nie zawsze), to jednak właśnie zimowe kadry z japońskiej ekranizacji „Ballady” najmocniej wbiły mi się w pamięć. Więc gdy za oknem czterdzieści stopni w cieniu, wspomnijcie Narayamę. Dreszcze gwarantowane.

Słoneczne poparzenie, czyli książka, która zawiodła cię w tym roku

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze – czyli pomysłowy koncept nie doczekał się odpowiednio pomysłowej realizacji. Mam na myśli „Szeptuchę” Katarzyny Miszczuk (skądinąd, to bardzo wakacyjno-letnia powieść, wiecie, kwiat paproci, Kupała, te sprawy). A przecież tak dobrze się zapowiadało, cała ta wizja pogańskiego Królestwa Polskiego, które w XXI wieku jest silną monarchią, w której lekarze i szeptuchy współdziałają dla zdrowia narodu, po okolicy pałętają się utopce i rusałki, a seksowny żerca Mieszko niechybnie zdobędzie serce Gosławy… oh wait. Cytując moje marcowe wynurzenia, „Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Smuteczek”.
No smuteczek.

Upalne czytadła, czyli jedna z najlepszych książek tego roku

O, i tu wybór był prosty! Jak na razie prym zdecydowanie wiedzie „Pasterska korona” Terry’ego Pratchetta. Bo nie tylko dlatego, że mistrz Terry (po raz ostatni!), nie tylko dlatego, że czarownice, ale przede wszystkim dlatego, że jest to powieść szalenie mądra. Trzy kilo dowcipów są jako zawsze, ale tym razem jest jakoś bardziej smutno i jednocześnie na duchu podnosząco (tak, wiem, że nie ma takiego słowa). Dobry moment mi się trafił na czytanie „Korony”. I już nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam ją drugi raz. Zazdroszczę tym, przed którymi dopiero ten pierwszy raz.

No, i tyle z książkowo-letnich wynurzeń. A teraz nominuję, a co!

Lolantę-która-czyta, niech się spowiada letnio.
Olgę z Wielkiego Buka, niech się nie martwi, że jej nie nominują!
Myszkovską, która ostatnio zaczęła nowy blogowy projekt.

Hadynie raz jeszcze dziękując za nominację. Niech nam lato długo trwa i książki przynosi ;)

#ComfortBooks Tag

Mam nadzieję, że oddajecie się błogiemu majówkowemu lenistwu, koniecznie z odpowiednią obstawą książkową – a że taki zestaw (to jest, lenistwo i książki) należy do zestawów wielce komfortowych, wywołuję z odmętów #ComfortBooks TAG. Anka Wstawiająca Tytuł pyta bowiem o książki, które są zawsze w sam raz. Jak się tak zastanowiłam, to imię ich legion – ale zasadniczo w Malitowym przypadku realizują one jeden standard: są to opowieści, które posiadają porządny happy end. Nie muszą w nim występować fajerwerki, tęczowe jednorożce i kiczowate obietnice, wystarczy po prostu takie rozwiązanie wątków, które dla uhołubionych przeze mnie bohaterów skończą się szczęśliwie. Uwaga: nie musi to być historia stricte miłościwa, mile za to widziana nutka rozrzewnienia. Mam dla Was trzy takie książki, w sam raz na komfortową majówkę.

Primo, „Janka z Latarniowego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Rzeczona Autorka zresztą większością swoich powieści wpisuje się w #ComfortBooks TAG, dość wspomnieć urodzinowy „Błękitny zamek”. Tym razem poznajemy historię Janki Stuart, zahukanej jedenastolatki, terroryzowanej przez surową Babkę i uznaną za niespecjalnie rozgarnięte dziecko (brzmi znajomo, prawda?). Pewnego dnia Janka dowiaduje się, że nie dość, że jej ojciec żyje (dotąd miała go za zmarłego), to jeszcze – o zgrozo! – życzy sobie, by córka spędziła z nim trzy miesiące wakacji. Dziewczynka z nastawieniem męczenniczki podróżuje więc z Toronto na Wyspę Księcia Edwarda, by poznać swojego rodziciela – i z miejsca pokochać go jako najlepszego z ojców i najwspanialszego przyjaciela. Spokojny i przekorny Tatko uczy Jankę nie tylko pływać i rozpoznawać gwiazdozbiory, ale przede wszystkim być pewną siebie i odważnie stawiać czoło wszystkim przeciwnościom losu. Piękna, kojąca historia. Rozrzewnienie murowane.

Oto wszystkie trzy, środkowa zaczytana do niemożliwości.
Oto wszystkie trzy, środkowa zaczytana do niemożliwości.

Secundo, „Gwiezdny pył” Neila Gaimana. To był mój pierwszy Gaiman, wiecie? Przepadłam z miejsca. Tajemniczy Mur i cały świat za Murem, wielki quest celem uzyskania wzajemności pewnej damy (oczywiście, okazuje się, że prawdziwa miłość takich questów nie wymaga, a Pragnienie Serca spełnia się w najbardziej nieoczekiwanych momentach), walki o władzę, zaklęcia, łowcy błyskawic, czarownice – wszystko tam jest. Rozrzewnienie? No troszkę też. Bardziej na smutno, ale zawsze. W ekranizacji za to rozrzewnienie murowane.

Tertio, „Szósta klepka” Małgorzaty Musierowicz. „Jeżycjadę” oceniam jak przysłowiowe wino – im starsze, tym lepsze. A najpierwsza „Szósta klepka” to jedna z moich ulubionych części. Jeszcze nie Borejkowie, a rodzina Żaków wprowadza czytelnika na poznańskie Jeżyce połowy lat 70-tych: jest mama-artystka Żakowa i Żaczek-inżynier, ich latorośle – niefrasobliwa Julia oraz zakompleksiona Celestyna, dziadek-inteligent, który ze wszystkich łakoci najbardziej lubi boczek, ciocia Wiesia i jej syn, skaranie-boskie-Bobcio… familijne perypetie, tchnące ciepłem, wiodą od cieknących karpi, przez opiekę nad niemowlęciem, rozterki miłosne i szkolne dramaty. Musierowicz w swojej najlepszej formie. Rozrzewnienie murowane.

Ale ze mnie, cholera, sentymentalistka.

Book Name Tag… i Supernatural.

Lipcowa sesja japońska trochę mnie przytłoczyła ogromem pracy (nie mówiąc już o zobowiązaniach co do mej Alma Mater), więc musiałam zwolnić tempa. Chwilowo wszystko, co się czyta, jeszcze się nie przeczytało, ergo na właściwe opowieści i relacje z konkretnych lektur przyjdzie pora za kilka dni. Niemniej, za sprawą Ekrudy tu oto teraz pojawi się Book Name Tag. Nie należę do jakiś entuzjastycznych fanek zabaw okołoblogowych, ale ta jest zacna, wszak znów można poopowiadać o tym, co się czytać lubi! Zasada jest prosta: bierzemy swoje własne imię i do niego dopasowujemy tytuły książek.

Więc: sześć książek, które uważam, że trzeba przeczytać (albo po prostu je uwielbiam). Trochę… popłynęłam z abstrakcją, ale raz na jakiś czas każdy musi.
W pakiecie zestaw gifów z serialu „Nie z tego świata”, który ostatnio nadrabiam. To w ramach intertekstualności i dowodu na to, że „Nie z tego świata” ma gif na WSZYSTKO.

https://i1.wp.com/33.media.tumblr.com/b1dc92a0fa22b7271c55f64abf697aa9/tumblr_nd8snbpkz41rziwwco1_400.gif
Cass wie, co mówi.

J
Właściwie zaczniemy od oszustwa troszkę, bo chciałam zwrócić Waszą uwagę nie na książkę samą, ale na autora. José Carlos Somoza, psychiatra z wykształcenia, potrafi tak niesamowicie spleść kryminalną intrygę, otchłanie ludzkiego umysłu i odległe horyzonty wyobraźni, że aż chce się machać łapkami z radości i podziwu. „Jaskinia filozofów” to pierwsza jego książka, jaką czytałam – o Akademii Platońskiej i serii morderstw w starożytnych Atenach, filozofia w parze z makabrą – i była świetna, niemniej „Zygzak” (sensacja, futurystyka, fizyka), „Klara i półmrok” (hiperdramatyzm, czyli ludzie stają się dziełami sztuki) oraz „Przynęta” (sztuki Szekspira vs tajniki ludzkiego psynomu) to też pozycje obowiązkowe.
Czytamy i klaszczemy.

https://i0.wp.com/31.media.tumblr.com/197321baf15507e16435b36532d1c425/tumblr_inline_n9m0gw9cbP1rrjncn.gif
Można na stojąco (i czytać, i klaskać).

 

O
Krótko: rzecz z gatunku „trzeba przeczytać”. „ości” Ignacego Karpowicza to jedna z Malitowych zeszłorocznych lektur wakacyjnych, piałam peany na temat tego, jak „ości” są napisane. Po prostu poezja. Na marginesie, fascynuje mnie to, jak jedna osoba może popełnić tak różne dzieła: „Sońka” jest wszak zupełnie, zupełnie inna.
Przypomnę tylko jeszcze mój ulubiony cytat z „ości”.
„- Nie dla mnie już Barad Dûr. [powiedziała Maja – JM]
– Co? – zapytał Krzyś.
– Tak się nazywała twierdza głównego złego we Władcy Pierścieni. Myślałam, że wiesz. Gejowie powinni lubić i znać się na opowieściach o biżuterii”

https://i0.wp.com/24.media.tumblr.com/510b590aef1ca5345635775a193a0621/tumblr_mjzxrosGAr1qzbq69o3_500.gif
…right?

 

A
Nie mogło zabraknąć tuże i mojego hołubionego Miéville’a, a „Ambasadorię” możecie potraktować – podobnie jak to było z Somozą – jako przyczynek do tego, że Miéville’a po prostu należy spróbować. To nie jest proza, która spodoba się wszystkim, choć mieszanka geniuszu i ohydy zasługuje na kolejne oklaski. China Miéville potrafi stworzyć niesamowite światy, z reguły też okrasza je znakomitym pomysłem na fabułę. I ma szczęście do tłumaczy, bo przekłady jego książek na polski są naprawdę wyborne. „Ambasadoria” zaś to efekt romansu Miéville’a z hard sf, a zarazem historia o kontakcie z obcymi, którzy są tak niesamowicie odmienni, że aż trudno uwierzyć, że można sobie ich wyobrazić. A potem opisać.

N
A teraz pierwsza literka „n”, czyli „Nigdziebądź” Neila Gaimana.
No wiecie. GAIMAN.
To by właściwie starczyło za cały opis, ale jednak dodam, że to moja ulubiona jego powieść. Chodzi o to, że nie zawsze należy pomagać nieznajomym. Przynajmniej do takiego wniosku mógłby dojść Richard Mayhew, przeciętny zjadacz londyńskiego chleba, który za sprawą tajemniczej dziewczyny imieniem Drzwi traci wszystko, co dotychczas miał: dom, pracę i narzeczoną. Nie bardzo mając inny wybór, podąża za Drzwi (nie: za Drzwiami) do Londynu Pod, magicznego świata skrywanego gdzieś metafizycznie w rejonach metra. Będą intrygi, pościgi, anioły (no, przynajmniej jeden), bestie (no, przynajmniej jedna) i mnóstwo frajdy z odkopywania wszystkich literackich smaczków. A-ha, i po prostu ubóstwiam zakończenie.

https://i2.wp.com/i780.photobucket.com/albums/yy90/rickitaylorw/Gifs/dudeyes_zpsae8aa3db.gif
Dean approves.

N
Z drugą literką „n” będzie leciutkie jeno oszustwo, bo tytuł w oryginale, ale z drugiej strony, wszak czytałam oryginał, nie przekład. I chciałam, aby w niniejszym zestawieniu znalazło się miejsce dla bardziej… obyczajowo-romantycznego zestawu Malitowych lektur (drugim kandydatem było „Opactwo Northanger”, które po angielsku też zaczyna się na „n”). Stąd „North and South” Elizabeth Gaskell.
Nie tak dawno referowałam moje zachwyty nad powieścią Gaskell, więc powtórzę tylko, że całość opowiada o dziewczynie, która z sielskiego Południa przybywa na przemysłową Północ Anglii i musi dostosować się do nowych, zupełnie innych warunków. Wątki społeczno-ekonomiczne przeplatają się z miłościwymi i jedne i drugie są znakomite. Czytamy koniecznie.

A
Przeszukując listę „przeczytane” pod kątem „tytuł na A”, zobaczyłam „Akty wiary” Ericha Segala i zaaplikowałam sobie tak efektowne plaśnięcie w czoło (szczęśliwie, chronione grzywką), że aż dźwięk się poniósł w przestworza. Jak mogłam nie pomyśleć o tej powieści od razu…

https://i0.wp.com/media.giphy.com/media/fFzF3CLIjqMj6/giphy.gif
O tak zrobiłam. Może trochę intensywniej.

Dzieła Segala mają to do siebie, że są bardzo bardzo podobne. Stąd czytamy je w odpowiednich odstępach czasowych, żeby się nie znużyć i nie frustrować tym, że przecież już było to sto razy wszystko. Ale najwspanialsza powieść Segala to właśnie „Akty wiary”, czyli historia trójki niezwykłych młodych ludzi, która zaczyna się na nowojorski Brooklynie. Tim, półsierota i łobuziak, odnajduje w sobie wielką pobożność. Służy do mszy, uczy się Biblii na pamięć i głęboko przeżywa swoją wiarę, a po godzinach pracuje jako szabesgoj w lokalnej społeczności ortodoksyjnych Żydów. Tam poznaje Danny’ego, syna rabina, który szamoce się z oczekiwaniami narzuconymi przez rodzinę (ma zostać rabinem, jak jego ojciec) oraz jego siostrę Deborę, która marzy o tym, by się uczyć i odwleka jak najdłużej się da moment zamążpójścia. Czytam „Akty wiary” średnio raz do roku, więc znam na pamięć i na wyrywki losy całej trójki: ich zmagania z życiem, poszukiwanie tożsamości, wielką miłość i… a, zresztą, po prostu przeczytajcie.

PS. Pamiętam, jak pożyczyłam tę książkę koledze i dopytywałam smsowo, czy już skończył i czy mu się podoba. Odpisał „Rodzę razem z Deborą, nie mogę się oderwać”.
Kurtyna.

I tak powoli finiszujemy i z książkami, i z gifami. Do zaprezentowania Name Book Tagu nominuję myszkovską, sugerując bezczelnie, że mogłaby dorzucić do książek tytuły piosenek.
…a na koniec zwracam się ku siłom wyższym.

https://i0.wp.com/38.media.tumblr.com/bc332d9e46f2d2c5d8d4bad0cbabe934/tumblr_nfixbr7Dr81rziwwco1_400.gif
Czy wręcz najwyższym.

Wywar w kotle, czyli book tag!

Zeszły tydzień u Olgi z Wielkiego Buka upłynął pod znakiem czarownic, co jest znakiem zaprawdę słusznym i godnym (u Mality skądinąd też ostatnio bywało czarowniczo, taki widać sezon). Ale nie tylko recenzje, nie tylko powieści, ale też i przepis na wywar, od którego każdy kociołek zakipi (zwłaszcza taki cynowy, standardowy, rozmiar 2). Malita też się załapała na ów #DiabelskiKocioł book tag. Ingrediencje są książkowe, rzecz jasna, trochę czasem przewrotne, ale tak to jest z gotowaniem – gdy nie ma jednego składnika, trzeba kombinować i liczyć, że i tak wyjdzie pysznie. A jakby co, wmawiać, że to kuchnia fusion i tak miało być.
Przy okazji – jak ktoś potrzebuję nucić oldskulowy utwór w klimacie, to można to.

Do kotłów zatem!

Składniki

Oko traszki
Szczypta gnilca
Włos jednorożca
Kropla krwi
Podobizna voodoo
Garść skażonej ziemi
Liść mandragory
Najczystsza z łez

Oko traszki, czyli najładniejsza  i jednocześnie najmroczniejsza okładka książki

Zgroza w DunwichPiękny, Mroczny a Przedwieczny – czyli wielki Cthulhu, widoczny na okładce zbioru opowiadań „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści” Lovecrafta. Na sam jej widok mam ciary!

Szczypta gnilca, czyli ulubiona książka z nieumarłymi, zombie i innymi żywymi trupami

Tu się trochę wymigam, bo przyznam, że po prostu nie lubię nieumarłych i zombie jako postaci w ogóle. Wampiry – rewelacja. Wilkołaki – proszę uprzejmie. Strzygi, upiory, demony – więcej, więcej, jeszcze. Ale żywy trupy… po prostu nie bardzo. Niemniej, żeby się stało zadość składnikowi, dorzucam „Carpe Jugulum” sir Terry’ego Pratchetta oraz sepleniące, wieloskładnikowe Igory ze Świata Dysku.

Włos jednorożca, czyli książka z magicznym lub mitologicznym stworzeniem

U Mality, wiadomo, musi być smok, w końcu jestem smokoznawczynią z dyplomem. Ostatnio przypomniał mi się smok futrzasty, czyli Fuchur (Falkor) z „Niekończącej się historii”, wspaniały wierzchowiec i mądry kompan każdej wyprawy. Przy okazji – jego imię wywodzi się z japońskiego złożenia fukuryuu, 福竜, czyli dosłownie „smok przynoszący szczęście”. W ekranizacji z 1984 roku przypomina mi skrzyżowanie golden retrievera i długowłosego jamnika i chyba dlatego go tak lubię!

falkor-the-luckdragon-from-the-neverending
Głaskałabym.

Kropla krwi, czyli ulubiony horror, slasher, thriller, w którym leje się posoka

Estetyka gore jest mi obca, podobnie jak zombie – jak się bać, to raczej niedopowiedzenia, drżącej firanki, sugestywnej muzyki… w każdym razie, klimat, nie posoka. Ale jeśli kryterium krwi to wyznacznik kluczowy, to niechże będzie „Religia” Tima Willocksa, czyli rzecz o obronie Malty, joannitach i Turkach pod wodzą Sulejmana Wspaniałego. Horror wojny i teatrum grozy w czerwonej tonacji.
(rzeź hugonotów w wydaniu Willocksa równie krwawa, jakby co)

Podobizna voodoo, czyli postać, nad którą wisi bądź zdaje się wisieć jakaś klątwa

Tak, wiem, miało być mrocznie i tajemniczo, ale jedyna przeklęta postać, która mi przychodzi do głowy, to Anastasia Steele. Ani toto inteligentne specjalnie (choć znalazła pracę zaraz po studiach humanistycznych, i to w zawodzie, chylę czoła), ani wyględne, zaradność życiowa na poziomie „pożal się, Boże”, umiejętność podejmowania decyzji na poziomie jeszcze niższym, a jej związek z panem G… może pominę dyplomatycznym milczeniem. Ach, i jeszcze do tego przeżywa jakieś dziwne, transcendentne rozdwojenie jaźni, co rusz wspominając o swojej wewnętrznej bogini. Klątwa jak nic.

Garść skażonej ziemi, czyli literackie miejsce, w którym zdecydowanie nie chcielibyście mieszkać

Pod tę kategorię podpadają wszystkie możliwe postapo, krajobrazy zniszczenia, skażenia, minionej wojny etc. Ale jak ma być jedno miejsce, to zdecydowanie destynacją omijaną w moim GPSie będzie Nowe Crobuzon. Uwielbiam światy wykreowane przez Chinę Mielville’a, a jego „Dworze Perdido” jest jedną z najgenialniejszych powieści ever. Niemniej, miejsce akcji – Nowe Crobuzon właśnie – to miasto ohydne, skorumpowane, niebezpiecznie, a do tego pełne dziwacznych stworów (ot, choćby khepri, czyli miks tułów ludzki plus głowa chrząszcza). Nie mówiąc już o niekorzystnych warunkach bio-eko – to, że dwie największe rzeki miasta nazywają się Smoła i Egzema, powinno Wam wystarczyć za wytłumaczenie. Nie, dziękuję.

Liść mandragory, czyli literacka scena, która wywołała w Was krzyk przerażenia

Może nie było krzyków i jęków, ale to był chyba jedyny tekst, przy którym autentycznie się bałam. „Zew Cthulu”, czyli groza stosowana pióra Samotnika z Providence. Ochh, ten klimat, ten posążek, ta mroczna tajemnica… znów mam ciary. Całokształt bardzo bardzo sugestywny. Aha, i według opowiadań Lovecrafta Wielki Przedwieczny zwiększa aktywność w dwóch okresach: między 28 lutego a 2 kwietnia oraz w nocy z 22 na 23 marca. Zabrałam się za czytanie wieczorem 22 marca, nieświadoma i naiwna. Brawa dla mnie.

Najczystsza z łez, czyli Wasz ulubiony bohater, który byłby zdolny uratować Was z każdej opresji

Pierwsza myśl – Conan, w myśl zamiaru samego Howarda. Pisarz ongiś zeznał, że lubi swojego bohatera dlatego, że gdy przychodzi jakieś zagrożenie, Conan nie układa skomplikowanych logicznie planów, tylko bierze, co ma pod ręką – topór, miecz, krzesło, nogę od stołu – i rąbie na prawo i lewo. W opresji – umiejętność bezcenna.
Przez chwilę zastanawiałam się nad jakimś mocarnym magiem, który jednym uniesieniem brwi anihiluje całą armię orków, ale jednak… stawiam na łotrzykowy spryt tudzież szczyptę inteligentnej finezji. Proszę Locka Lamorę.

A teraz odmeldowuję się i lecę na sabat.

czarownica