Bath śladami Jane Austen

Królewskie biuro podróży Malita Travel zaprasza na kolejną okołoksiążkową wycieczkę! Co prawda jeszcze przez tydzień się urlopuję – przede mną zacny czas leżenia i czytania, tak bardzo mi się to przyda – ale zdążymy przecież szybko przemknąć przez Bath okresu regencji, prawda?

Bath, leżące w hrabstwie Somerset w zachodniej Anglii, może poszczycić się długimi tradycjami uzdrowiskowymi – ale nie ma co sięgać do epoki żelaza, kluczowe będą tu rzymskie łaźnie. Starożytne spa cieszyło się popularnością już od pierwszych wieków naszej ery, a lokalna woda termalna miała leczyć wszystkie bolączki ciała i duszy. Niemniej prawdziwy rozkwit miasto przeżyło w XVIII wieku, kiedy to ówczesnym arbiter elegantiarum, Beau Nash, uczynił je modnym miejscem dla całej śmietanki towarzyskiej. Nash był dandysem w każdym calu i przez prawie całe życie tytułowano go „mistrzem ceremonii” Bath: to on dyktował trendy tudzież ordynował rozrywki. Eleganckie restauracje, teatry i na nowo odkryte źródła geotermalne sprawiły, że Bath co rok wypełniało się setkami dam i dżentelmenów – a niektórzy przenosili się tu na stałe.

Jane Austen Bath (22)
Most Pulteney nad rzeką Avon
Jane Austen Bath (14)
Bath Abbey: tu Austenowie nie chadzali na mszę z uwagi na… zbyt dużą ilość osób niskiego stanu
Jane Austen Bath (17)
Dzisiejsze wejście do rzymskich łaźni – tylko zwiedzanie, bez kąpieli!
Jane Austen Bath (16)
Starannie zaprojektowane ulice – pełne sklepów

Jane Austen może nie była jakąś wielką miłośniczką Bath – wyjeżdżała z miasta „pełna radosnego uczucia ucieczki”, jak sama pisała – ale rezydowała tu przez parę lat wraz z rodzicami i siostrą Cassandrą oraz umieściła w mieście akcję dwóch swoich powieści. Więcej, właśnie tutaj miała otrzymać jedyną w swoim życiu propozycję małżeństwa. Austenowie zmieniali adresy podczas najdłuższego stałego pobytu w Bath, wynajmowali też różne domy w trakcie krótszych wizyt – ale dziś najsławniejszym miejscem poświęconym pannie Jane jest rezydencja przy Gay Street, gdzie pisarka mieszkała wraz z matką w 1805 roku. Dokładnie w tej okolicy odpowiednią dla swojego statusu (i poczucia wyższości) rezydencję wynajął sir Walter Elliot w „Perswazjach”. Dziś przy Gay Street 40 mieści się Jane Austen Centre, a pamiątki z wizerunkiem pisarki oraz rozmaite wydania jej powieści można znaleźć w całym mieście. Zresztą, całe Bath jest tak klimatyczne, że gdy spuścić zasłonę milczenia na selfie-sticki, można spokojnie poczuć się jak na początku XIX wieku. Wiecie, te herbaciarnie… Słynny Great Pump Room, ukończony w 1789 roku, działa do dziś – i to właśnie w tymże miejscu Catherine Morland miała nadzieję spotkać pana Tilneya („Opactwo Northanger” dzieje się przede wszystkim w Bath). Spójrzcie tylko na te klimatyczne uliczki!

Jane Austen Bath (20)
W tle, po prawej, czekoladki księżnej Brunszwiku.
Jane Austen Bath (13)
Great Pump Room z zewnątrz…
Jane Austen Bath (19)
…i w środku: herbata i scones obowiązkowo!
Jane Austen Bath (21)
Park Parade Gardens: leżaczki i kawa, polecam.

Samo Jane Austen Centre to raczej miejsce w stylu „poznaj okres regencji i poczytaj ciekawostki” niż „na tym krześle siedziała sama Jane” (domyślam się, że drugi typ jest reprezentowany przez muzeum w Chawton, acz to jeszcze przede mną). Jest tu i sklepik z pamiątkami i innymi austenowymi drobiazgami (kartka z rozmarzonym panem Darcym – patrz niżej), i herbaciarnia, oraz niewielkie muzeum, które zwiedza się z przewodnikiem. Wiadomo, poszłam, a Król Małżonek zdecydował się na spacer po okolicy w międzyczasie. Cała wycieczka zaczyna się od krótkiej pogadanki na temat: słów parę o rodzinie Austenów, biografia naszej autorki i opowieść o samym Bath (przewodniczką mojej grupki było dziewczę w stroju filmowej Harriet Smith z „Emmy” z 1995 roku). Potem przechodzi się do pokojów mieszkalnych, gdzie można pooglądać reprodukcje portretów Austen (tych autentycznych i domniemanych), poczytać o różnych powiązanych z pisarką lokalizacjach w Bath, zerknąć do wnętrza XIX-wiecznej pasmanterii i strzelić sobie zdjęcie w stroju z epoki. Notabene, chciałam zaznaczyć, że suknie z okresu regencji są szalenie nietwarzowe, nie mówiąc już o budko-czepkach zwanych „bonnet”. W bordowej kreacji w kwiatki i pasującym kolorystyczne czepku wyglądałam jak chomik w ciąży – zdjęcia nie będzie. Będą za to inne.

Jane Austen Bath (1)
Przy wejściu wita pan Bennet!
Jane Austen Bath (3)
Drzewo genealogiczne familii
Jane Austen Bath (9)
Habedasher, czyli pasamonik – w takim sklepie Elizabeth spotkała Wickhama!
Jane Austen Bath (11)
Ćwiczymy pisanie piórem – szło mi całkiem nieźle, vide ostatnie zdjęcie.

Takie tam, pamiątki.
Takie tam, pamiątki.
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?
O, proszę, jak ładnie piszę piórem?

Królewskie biuro podróży Malita Travel uprzejmie dziękuje za tą krótką wycieczkę po Bath i poleca się łaskawej pamięci!

Byłam w Hogwarcie

Gdy staje się na japońskiej ziemi na lotnisku w Osace, jednym z pierwszych bannerów, jakie widzą nasze gajdzińskie oczęta, jest reklama parku rozrywki Universal Studios. Park to olbrzymi, pełen atrakcji wszelakich i tematycznych obszarów, od „Szczęk” Amity Village, przez Minionki, Ulicę Sezamkową, Jurassic Park (chwilowo nieczynny, jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało), aż po Spidermana i Terminatora. Jest jeszcze jedna, arcypopularna część parku, i to właśnie ona widnieje na reklamie na lotnisku – Wizarding World of Harry Potter. Czy może być lepsze miejsce na spędzenie urodzin?

Ergo: wybraliśmy się polsko-włosko-japońską ekipą na podbój Hogwartu, który już było widać już z daleka, prześwitujący przez palmy przy bramie Universal Studios. Ja od razu zapowiedziałam, że moim głównym i w sumie jedynym celem tego dnia jest właśnie Wizarding World, a pozostałe miejsca mogą dla mnie nie istnieć (skądinąd, na spokojne obejście całego tego radosnego miejsca dobrze przeznaczyć kilka dni). Więc proszę bardzo, mapa w dłoń… i hajda przez Zakazany Las!

A zza palm...
A zza palm…
Pakiecik na wejście
Pakiecik na wejście
Biedny, porzucony Ford Anglia...
Biedny, porzucony Ford Anglia…
Brama do Hogsmeade
Brama do Hogsmeade
Please respect the spell limit.
Please respect the spell limit.
Uczniowie z Hogwartu chyba mieli wolne...
Uczniowie z Hogwartu chyba mieli wolne…

Japońską wersję Wizarding World otwarto w lipcu zeszłego roku i, podobnie jak w Orlando na Florydzie (tam mieści się najpierwszy park Potterowy), składają się nań właściwie dwa miejsca: główna ulica w Hogsmeade oraz mini-replika Hogwartu. Przy bramie wita nas ekspres z Londynu, prosto z peronu 9 i ¾ , a dalej już idzie się tylko zanurzyć w sklepy znane z umiłowanego uniwersum (i przepuścić galony galeonów, wiadomo). Można się zaopatrzyć w słodkości, wyroby papiernicze, szaty, miotły, różdżki (a nawet specjalne… nosidełko na różdżkę, taki niby-kołczan przypinany do pasa, mieliśmy z niego duży ubaw).

Miodowe Królestwo - czy coś jeszcze należy dodać?
Miodowe Królestwo – czy coś jeszcze należy dodać?
W mojej żabie była karta z Salazarem Slytherinem.
W mojej żabie była karta z Salazarem Slytherinem.
Om nom nom. Wszystko.
Om nom nom. Wszystko.
Mogę tu zamieszkać? Proszę?
Mogę tu zamieszkać? Proszę?
Luna Lovegood approves.
Luna Lovegood approves.
Mniejsza o to, że Ollivander miał sklep przy Pokątnej - tu jest inna czasoprzestrzeń.
Mniejsza o to, że Ollivander miał sklep przy Pokątnej – tu jest inna czasoprzestrzeń.
Do wyboru, do koloru, różdżka dla każdego!
Do wyboru, do koloru, różdżka dla każdego!
A może detonator pozorujący?
A może detonator pozorujący?
Księgarnia. Była. Zamknięta. Moja mina mówi wszystko.
Księgarnia. Była. Zamknięta. Moja mina mówi wszystko.

My akurat wybraliśmy się na wycieczkę w dzień powszedni, co było mądrą decyzją, nie wyobrażam sobie tłumów, jakie tam tłoczą się w weekend… pogoda dopisała za to idealnie, był to chyba jedyny piękny, słoneczny dzień w tamtym tygodniu – a na taką temperaturę (i ukojenie rozemocjonowanej duszy) nic nie działa lepiej niż piwo kremowe. Słodkie, gęste, pyszne!

Prosto z beczki!
Prosto z beczki!
Moje, to po lewej, było mrożone.
Moje, to po lewej, było mrożone.

Aż wreszcie oto i on, Hogwart w całej okazałości. W środku, mrocznym i klimatycznym, można przejść przez fragment klatki schodowej (portrety założycieli szkoły naprawdę się ruszają!) i minąć gabinet Dumbledore’a. Cały czas towarzyszą nam fragmenty dialogów z filmów… tylko po japońsku, co brzmi zabawnie, kiedy zna się wyłącznie oryginalną wersję. Zwieńczeniem krótkiej przechadzki po zamku jest obsypana nagrodami atrakcja pt. „Harry Potter and the Forbidden Journey”, coś na kształt odjechanej przejażdżki w 4D (zwane też motion based dark ride). Na tę przyjemność należy troszkę poczekać, nam zajęło to jakieś trzy kwadranse – ale efekt wart był każdej minuty. Wiozą delikwentów na takiej specjalnej kanapie, kanapą rzuca w górę i w dół, dementorzy straszą, pająki plują, znicz ucieka – pełen szał! Oczywiście, w kluczowym momencie błyska flesz i potem można nabyć swoje rozdziawione i uhahane zdjęcie – chyba, że (tak jak Malita) zasłoniło się na tym zdjęciu twarz, bo pająk pluł. Klasyka.

Plastikowy? Tak. Przeszkadza mi to? Nie.
Plastikowy? Tak. Przeszkadza mi to? Nie.
Właściwie, mogłabym tam pracować.
Właściwie, mogłabym tam pracować.

Podsumowując – fenomenalne przeżycie. Naprawdę, zrobione to jest znakomicie, i choć niektórzy pewnie sarkają, że to taka komercja i wszystko, to ja przez pół dnia chodziłam, popiskując i pokazując palcem kolejne drobiazgi: „Ej, żywe sowy!”, „O, sukienka Hermiony z balu bożonarodzeniowego!”, „A w damskiej toalecie słychać Jęczącą Martę!”. Innymi słowy, ja chcę jeszcze raz. I dobrze, że zostaję tu do sierpnia…

Ravenclaw through and through. Prawie nabyłam tę szatę.
Ravenclaw through and through. Prawie nabyłam tę szatę.

PS. Za zdjęcia, na których widnieje Malita oraz wnętrze Miodowego Królestwa dziękuję koleżance ze Slyth… to znaczy, dzielnej Gryfonce.

Muzeum jednej powieści

Mój pierwszy wpis o okołojapońskich podróżach spotkał się był z całkiem pozytywnym responsem – więc pozwólcie na część drugą. Podróżniczo, japońsko, książkowo. Otóż kilkakrotnie u Mality pojawiały się odwołania do postaci i świata księcia Genjiego, najdoskonalszego z bohaterów, jakich wydała literatura (ot, tutaj wprowadzenie do tematu, a tutaj artykuł w duecie z najlepszym akademickim sidekickiem). „Opowieść o Księciu Promienistym” Murasaki Shikibu to dzieło, które fascynuje mnie ogromnie – co włącza do całej wielkie ekipy fanów… czy raczej fanek.

W każdym razie, fanostwo na poziomie muzealnym można zrealizować w Uji, między Kioto a Narą. Niewielkie muzeum „Opowieści o Księciu Promienistym” założono w 1998 roku i może nie poraża obfitością eksponatów – w znakomitej mierze to rekonstrukcje czy makiety – ale ma bardzo zacny klimat.

"The Tale of Genji" Museum
O tu tu, trafiłam!
"Tale of Genji" museum
Otóż i wejście do muzeum
"Tale of Genji" museum
Iiii wejście z drugiej strony. Na planie pierwszym momiji, czyli klon palmowy

W środku odtworzono wnętrze rezydencji z czasów Heian, jest kilka figur w kostiumach, stosowny powóz z epoki (jeździłabym!), a nawet naturalnych rozmiarów wisteria. Jest też makieta pałacu Genjiego w Kioto i Genji-czapka – czyli eboshi, tradycyjne nakrycie głowy ówczesnych arystokratów.

Otóż i czapka. Całkiem twarzowa, patrząc na ekranizacje.
Otóż i czapka. Całkiem twarzowa, patrząc na ekranizacje powieści.
Damy dworu grają w go, parawan taki piękny
Damy dworu grają w go…
...a ktoś się im przygląda z ukrycia!
…a ktoś się im przygląda z ukrycia!
Serio, strasznie mi się podoba ten powóz.
Serio, strasznie mi się podoba ten powóz.
Jest i makieta rezydencji.
Jest i makieta rezydencji.

Muzeum jest raczej nastawione na oddanie wrażenia, niż wystawienie jakiś konkretnych eksponatów. Jedną z sal poświęcono tzw. „rozdziałom z Uji”, czyli ostatnim 10 rozdziałom powieści, które dzieją się właśnie w Uji. Z głośników sączy się opowieść o Kaoru i Niou, rywalizujących o uczucie pięknej Ukifune (sączy się po japońsku, ale a.) znam tę historię na pamięć, b.) arcymiłe panie na recepcji wyposażyły mnie w przenośny przewodnik po angielsku, z wrodzoną uprzejmością dziwiąc się, że po co mi, skoro tak świetnie mówię po japońsku). Na podłodze wyświetlono czerwono-złote momiji, wspomniane klony – już teraz wiem, że muszę przyjechać do Japonii jesienią, żeby je zobaczyć w pełnej czerwonej krasie. W Uji-sali można też wsadzić nos w wehikuł czasu i sprawdzić, jakich zapachów używali arystokraci Heian (bardzo bardzo ważna rzecz w powieści, komponowanie zapachu to wielka sztuka, którą książę Promienisty oczywiście doprowadził do perfekcji).

Bardzo urokliwe, muszę przyznać
Bardzo urokliwe, muszę przyznać
Absolutnie fantastyczny pomysł! Były m. in. goździki i żywica (tu z prawej)
Absolutnie fantastyczny pomysł! Były m. in. goździki i żywica (tu pierwsza z lewej)

Poza tym, oprócz muzeum (sklepiku, sali wykładowej, kawiarni, biblioteki i innych typowych muzealnych przyległości), w centrum Uji można znaleźć wiele Genji-powiązanych miejsc. Można dostojnie przespacerować się Genji-ścieżką nad rzeką Uji (taką mini-promenadą), odwiedzić pomnik Murasaki Shikibu i pomnik rozdziałów z Uji. Poza tym, w okolicy znajduje się mnóstwo urokliwych świątyń i chramów, jest dużo zieleni – warto się przeszlajać bez celu choćby godzinkę.

Genji-alejka, zachęca do spacerów.
Genji-alejka, zachęca do spacerów.
Pomnik Murasaki Shikibu
Pomnik Murasaki Shikibu
Książę Niou i  Ukifune, czyli "Uji Chapters Monument"
Książę Niou i Ukifune, czyli „Uji Chapters Monument”

Z innych, nie-Genji-powiązanych opowieści o Uji – lokalnym specjałem jest zielona herbata (no dobrze, to specjał ogólnie japoński, ale w Uji już wyjątkowo). Są specjalne automaty z Uji-herbatą, i obowiązkowo lody. Naprawdę niezłe!

Uji-herbata
Uji-herbata
Om nom nom. Tak.
Om nom nom. Tak.

A słownie po drugiej stronie rzeki znajduje się Byōdō-in, buddyjska świątynia ze słynnym Pawilonem Feniksa. W promieniach zachodzącego słońca robi niesamowite wrażenie…

Naprawdę, nie sądziłam, że to kiedyś zobaczę.
Naprawdę, nie sądziłam, że to kiedyś zobaczę.

I jeszcze na koniec sama rzeka Uji – nie wiem, jakimi torami biegł mój umysł, bo gdy tylko wysiadłam z pociągu i weszłam na najsłynniejszy tamtejszy most, pomyślałam sobie „Dunajec jak nic!”. I ta zieleń japońska, taka intensywna. Piękne jest to Uji. Jedźcie koniecznie – nie tylko dla muzeum księcia Genjiego.

...ten widok.
…ten widok.

Już teraz obiecuję kolejną relację książkową z Japonii, aczkolwiek nie będzie to japońska książka… w każdym razie, nie mogę się doczekać, żeby pojechać w to Tajemnicze Miejsce (dla mugoli niewidzialne, jak mniemam) i żeby potem zdać relację. Stay tuned, jak to mówią – biuro podróży Malita Travel poleca się łaskawej pamięci!

Okołojapońskie wycieczki książkowe

Od miesiąca mieszkam w Japonii (stypendnium na uniwersytecie w Kobe aż do sierpnia, beware!) i pośród tysięcy wrażeń, nowych doświadczeń i codziennych gajdzińskich wtop osobne miejsce w moim serduszku zajmują japońskie książki. Nie, żebym płynnie czytała normalne regularne powieści po japońsku – wciąż jestem na poziomie, w którym lepiej przyswajam teksty proste. Choć, jakbym się uparła…

Niemniej, w ramach wpisów niekoniecznie recenzyjnych – krótka wycieczka japońsko-książkowa ze stosowną ilością zdjęć. Moi współtowarzysze wycieczek po okolicy doskonale wiedzą, że gdy na horyzoncie poawia się księgarnia, po prostu MUSZĘ wstąpić tam na chwileczkę (ba, cierpliwi, sami mi ją wskazują, gdy przypadkiem przegapię). Zwiedziłam już wszystkie księgarnie na kampusie, największą księgarnię w mieście, tanią księgarnię (mieści się w tym samym budynku co popularny japoński sklep stujenowy, czyli „szwarc, mydło i powidło” za około trzy złote – nie wchodzić z pełnym portfelem…) oraz arcyuroczy książkowy secondhand, o którym za chwilę. Stan książek nabytych – 6 (nie licząc podręczników). Słownie: sześć. I przewiduję, że stan ów wzrośnie…

kant
Takie tam Kanty w księgarni na kampusie.

Jeśli chodzi o poziom czytelnictwa wśród Japończyków, to wedle raportu IPA rynek wydawniczy notuje od paru lat spadki. Co nie oznacza, że czyta się mniej – ebooki zdobywają coraz większą popularność, a ilość księgarni jest naprawdę olbrzymia (w Tokio w promieniu półtora kilometra powinniście mieć co najmniej jedną, to bardzo wysoki wskaźnik). Z obserwacji nieuczestniczącej: szczerze mówiąc, sporadycznie widuję ludzi z książkami – w transporcie publicznym raczej się drzemie lub nie odrywa wzroku od smartfona – ale z drugiej strony, do której księgarni bym nie weszła, to kręci się w niej mnóstwo ludzi.

potter
Dwujęzyczny Harry Potter, bo czemu nie.
2015-04-22 15.02.02
Przyjemne z pożytecznym.

Szaleństwo pakowania występuje w Japonii w wielu postaciach. Ot, na przykład tradycyjne, wielkiej urody furoshiki (czyli chustki do zawijania pakunków w tobołki), albo setki siatek w supermarkecie. Szczytem była piekarnia, gdzie moje trzy bułeczki zapakowano każdą z osobna w plastikową torebkę, potem wszystkie wrzucono do torby papierowej, którą z kolei zaklejono firmową taśmą klejącą, a na koniec torbę papierową włożono w dużo siatkę z plastiku. Sterty śmieci rosną. Niemniej, książki też się pakuje: w księgarni, na miejscu, pani na życzenie obkłada zakupione dzieła w specjalny papier.

IMG_4096
Strach wyjmować z papierka!

Ale za to znalazłam urocze miejsce, do którego jeszcze nieraz wrócę. Wantage Books to anglojęzyczna księgarenka z używanymi książkami, otwarta tylko w weekendy. Pałętają się tam rozmaite stare książki o Japonii, poradniki typu „Jak założyć swój biznes w Kraju Kwitnącej Wiśni”, przewodniki i rozmaite powieści. Ostatnio w modzie wśród gajdzinów w Kobe ewidentnie były książki Khaleda Hosseiniego, co najmniej pięć egzemplarzy chowa się na różnych półkach.

IMG_4239
Mogę tu zamieszkać? Proszę.
IMG_4240
Pierwsze piętro raczej edukacyjno-podróżnicze, beletrystyka na piętrze drugim.
IMG_4244
Obowiązkowa półka fantastyczna!

 Oczywiście, nie wyszłam stamtąd z pustymi łapkami, ale o tym kiedy indziej. Na razie radzę Wam zerknąć do Olgi z Wielkiego Buka, bo bardzo czarowniczy i klimatyczny u niej tydzień… nie omieszkam dorzucić paru słów w temacie!