Wielki powrót do Osten Ard, czyli Tad Williams wie, co robi!

Bywa, że powrót po latach do dzieł dawnych nie jest powrotem łaskawym – zarówno w czytaniu, jak i pisaniu. Mam tu na myśli po pierwsze, czytanie na nowo książek, którymi się zachwycało wieki temu, a po drugie, kontynuowanie po pewnym czasie raz zamkniętej opowieści. Niedawno donosiłam, że zaliczyłam udany powrót czytelniczy (hurra dla sagi wiedźmińskiej). Z przyjemnością donoszę teraz, że Tad Williams z powodzeniem powraca do Osten Ard!

Sam Williams w odautorskich dedykacjach wyznaje, że długo się mocował z pisaniem kontynuacji i coraz to nowe pomysły wydawały mu się nieodpowiednie. „Najpierw muszę mieć historię do opowiedzenia, inaczej pisanie byłoby dla mnie równie twórcze jak otwarcie firmy franczyzowej”, wyjaśnia z rozbrajającą szczerością. Motywowany przez żonę, wydawczynie i szereg innych osób wreszcie dostrzegł historię do opowiedzenia i zasiadł do jej spisania.

Tutaj na marginesie ważna kwestia – czy „Koronę z czarodrzewu”, pierwszym tom cyklu „Ostatni król Osten Ard”, można czytać bez prerekwizytów? Czy darować sobie słynną pierwszą trylogię „Pamięć, Smutek i Cierń”? Otóż moim zdaniem spokojnie można, jako że odwołania do poprzednich książek są czytelne, a reminiscencje jasno wytłumaczone. Będzie trochę mniej frajdy, to wiadomo, ale ja osobiście dość mało pamiętałam z „Pamięci…” (nomen omen), a ubawiłam się przy czytaniu bardzo. Skądinąd, moje wpisy o pierwszej trylogii oceniam po latach jako… mało zadowalające (składam samokrytkę, rozumiecie).

Ale ad rem. „Korona z czarodrzewu” jest cudownie gruba – prawie 900 stron – niemniej lektura nie dłuży się zupełnie. Wręcz przeciwnie, chce się galopować przez kolejne strony, byle tylko wiedzieć, co dalej. Pełne wyjaśnienie wszystkich wątków, postaci, ich punktów widzenia i perypetii przekracza możliwości i sens istnienia blogowego wpisu, skrótowo tylko wyjaśniam, w czym rzecz: otóż trzydzieści lat po wielkiej wojnie z Królem Burz i nieśmiertelnymi Nornami wydaje się, że w Osten Ard panuje pokój. Dobroduszny król Simon i jego żona, temperamentna królowa Miriamele – bohaterowie pierwszej trylogii – mądrze i roztropnie panują nad światem ludzi i ich sprzymierzeńców. Krucha równowaga, łącząca wszystkie królestwa, już niedługo jednak runie…

Wszystko za sprawą – znów – budzących grozę Nornów, Hikeda’ya, Dzieci Chmur. Ich władczyni, wszechpotężna Utuk’ku, powraca do świata po długim śnie, a jej poddani jak niczego innego pragną zemsty. W trzewiach Burzowej Góry rozpoczynają się przygotowania do walki, w ostępach Osten Ard powracają złowrogie dawne kulty, a szeroko pojęte widma przeszłości ukazują się na nowo. Simon i Miriamele będą musieli nie tylko chronić równowagę we własnym państwie i poradzić sobie z bolesną stratą syna, ale także być gotowym na możliwość wybuchu nowej wojny.

Wielką zaletę każdej opowieści stanowi dla mnie wielowymiarowość, wielość perspektyw. Już tłumaczę: mamy w „Koronie” możliwość wglądu w różne wątki postaci, także tych wzajemnie sobie wrogich. Jak Mistrz Budowniczy Viyeki, należący do Nornów i jego córka Nezeru, a z drugiej strony Erkynlandczycy, reprezentowani przez Simona, Miriamele i ich bliskich. Albo jak księstwo Nabbanu z walczącymi stronnictwami i Thrithingowie, wojownicze plemiona koczujące na granicy. Każdy z bohaterów ma jakiś cel w życiu i wizję, jak do niego dotrzeć, a wizja ta często stoi sprzeczności z wizją cudzą. Takie to… życiowe. Przy okazji – obszerny spis postaci, miejsc, rzeczy, zwrotów we wszystkich językach uniwersum – bezcenny w tej wielości perspektyw.

Nie jest to książka bez wad, bynajmniej. Trochę irytowało mnie, kiedy pewne wątki czy cechy danej postaci zostały podkreślone… po wielokroć. Tak, książę Morgan, wnuk Simona i Miriamele, to leń i birbant. Tak, dawniej król Seoman aka Simon był kuchcikiem. Tak, łączy go z żoną wyjątkowa zażyłość. Rozumiem, że „Korona z czarodrzewu” należy do tomów opasłych i można to i owo zapomnieć lub przeoczyć przy lekturze, ale kilkukrotne przypominanie jednakowoż trochę uwłacza inteligencji czytelnika. Jest to jednak drobne niedociągnięcie zaledwie w stosunku do mojej radości z całości.

Koniec końców, z podekscytowaniem przemierzałam Osten Ard na nowo, przypominając sobie starych ulubieńców (troll Binabik!) i zyskując nowych (o dziwo, team Nezeru…). Im bliżej końca, tym więcej zaskoczeń i zwrotów akcji przyszykował nam autor – co musiało serdecznie ubawić osoby towarzyszące mi przy czytaniu, ja swoje zaskoczenia uzewnętrzniam dość wyraźnie. „Korona z czarodrzewu” to zatem, wracając do powrotów (pun intended), bardzo udany początek dalszego ciągu i tylko patrzeć, kiedy tom kolejny.

PS. Panu Redaktorowi z Domu Wydawniczego Rebis dziękuję pięknie za przedpremierowy egzemplarz książki!
PPS. Drugi tom, „The Empire of Grass” niedawno ukazał się w oryginale, liczę na szybki polski przekład.


„Korona z czarodrzewu” Tad Williams
(“The Witchwood Crown”, 2017)
Przeł. Janusz Szczepański, Dom Wydawniczy Rebis 2019

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.