Król. Twardoch. Tak.

Proza Szczepana Twardocha jakoś mnie dotychczas omijała – czy raczej, ja ją omijałam na moich czytelniczych ścieżkach, aczkolwiek nie było to działaniem specjalnie celowym i zamierzonym. Czasem jednakowoż potrzeba szturchnięcia w odpowiednią stronę i takimż właśnie szturchnięciem była sugestia Mamy-Mality. Weź, czytaj „Króla”. Wzięłam. Słusznie.

Ten król, moi drodzy, to król Warszawy. Warszawy, dodajmy, międzywojennej, rozbitej na dwa światy, dwa języki, de facto dwa miasta. Poznajemy ją oczami młodziutkiego Mojżesza Bernsztajna, rodem z biednych Nalewek, który snuje opowieść o czasach swojej młodości. Już jako emerytowany generał w słonecznym Izraelu chce pozbyć się ciężaru tej opowieści i wystukuje ją pracowicie na maszynie do pisania. Oto powraca duszna atmosfera stolicy 1937 roku, targanej przez intrygi, szantaże, morderstwa, polityczne spiski, rewolty i małe-wielkie osobiste tragedie. Przede wszystkim zaś powraca on: Jakub Szapiro, bokser, zabijaka, mężczyzna potężny i pełen namiętności. Tak bardzo, jak młody Bernsztajn jest nikim, tak mocno Szapiro jest kimś. Ba, Szapiro jest wszystkim.

Twardoch zrobił, uważam, rzecz niezwykłą, pozwalając nam zanurzyć się w fascynujący, brutalny świat, czekający już tylko na iskrę, która rozpali ogień nieugaszonej wojny. Narracja Bernsztajna jest bardzo… namacalna. Stajemy się widzami zażartych walk bokserskich, rozbijamy się buickiem po wszystkich dzielnicach, stołujemy się w mniej lub bardziej prominentnych lokalach miasta, racząc się sztuką mięs (trefną, ale wyśmienitą) i zmrożoną wódką w kryształowych kieliszkach. Szalenie mi się podobał taki obraz Warszawy i sposób jego podania, w powracających co i rusz refrenach. Szczególnie jeden opis mnie zachwycił:

Dzień wcześniej przeczytałem w „Kurjerze”, że z Mostu Poniatowskiego do Wisły skoczyła średnio ubrana kobieta w zamiarze samobójczym. (…) Dziennikarz „Kurjera” odnotował skrupulatnie, iż kobieta była ubrana średnio. Właśnie tak. Średnio. Mogła być ubrana dobrze, mogła być ubrana biednie, mogła być ubrana średnio. Ani dobrze, ani biednie. Średnio. I to średnio było ważne kontekście jej samobójczego skoku. Skoczyła do Wisły średnio ubrana, więc może żona sklepikarza. Albo służąca donaszająca ubrania po dobrej pani. Albo żona skromnego urzędnika. Albo sama skromna urzędniczka. Ale taka właśnie skoczyła do Wisły, średnio ubrana. (s. 144-145, to zaledwie fragment jest!).

Jestem pewna, że te frazy powtarzające się jak refren mogą nużyć, niemniej mnie się ten zabieg bardzo odpowiada. Trochę natomiast ten metaforyczny wtręt kaszalotowy, wszechobecnego obserwatora zdarzeń – if you know what I mean – przerósł moje zdolności percepcji. Co nie zmienia faktu, że „Król” jest powieścią frapującą, czytałam jak zaczarowana rozdział po rozdziale, zaskoczona przewrotnością tej opowieści, jej straszliwym finałem. Naprawdę niezwykła rzecz.

PS. Ale ciągu dalszego – o wojnie, o getcie – czytać nie zamierzam. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Dobrze wiem, o czym będzie i nie czuję się na siłach z tym zmierzyć.
PPS. Ta okładka!
PPPS. Oczywiście, Mamie-Malicie dziękując za pożyczenie!


„Król” Szczepan Twardoch
Wydawnictwo Literackie 2016

Jedna myśl w temacie “Król. Twardoch. Tak.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.