Laini Taylor i Marzyciel, a ja nie wiem, co myśleć

Od jakiegoś pół roku myszkovska mniej lub bardziej łagodną perswazją nakłaniała mnie do czytania powieści Laini Taylor „Marzyciel” (i nie tylko mnie!). Zarejestrowałam posłusznie i odłożyłam konieczność lektury na później (nawet mimo posiadania oryginału na czytniku), aż wreszcie nadeszły Targi Książki – podczas których tradycyjnie na stoisku Sine Qua Non wydajemy z Królem Małżonkiem całe sakiewki (ja na fantastyczne, on na sportowe). „Marzyciel” automatycznie stał jedną z pierwszych pozycji na potargowej liście do przeczytania i choć niezmordowanie pochłaniałam książkę do późnej nocy, wrażenia jednak żywię dość… ambiwalentne.

Oddać oryginalny tytuł, „Stranger the Dreamer”, było w przekładzie niełatwo. O ile „dreamer” jako „marzyciel” łatwo wpasowuje się w opis naszego tytułowego bohatera, o tyle „Strange” niesie ze sobą nie tylko określenie „nieznany”, ale także „dziwny” (nie bez powodu internety ochrzciły Marvelowego doktora Strange’a przydomkiem „Dziwago”). A Lazlo Strange ostatecznie okazuje się nie tylko postacią nieoczekiwanie nieznaną, ale – przynajmniej dla swojego otoczenia – lekko dziwną.

Otóż Lazlo, wojenna sierota, zabiedzony chłopiec wychowany w mnisim klasztorze gdzieś w królestwie Zosmy, przez całe nastoletnie życie karmił się opowieściami. A dokładniej, jedną opowieścią – o Szlochu, na wpół legendarnym mieście, leżącym gdzieś za pustynią Elmuthaleth. Wspaniałe historie zasłyszane od jednego z mnichów o bajecznych stworach i dzielnych wojownikach zaszczepiły w Lazlowej duszy pragnienie zdobycia każdej możliwej informacji o zaginionym od wieków miejscu. Jako bibliotekarz w stolicy królestwa skrzętnie przekopuje wiekowe archiwa, kolekcjonując skrawki wiedzy. Już niedługo przydadzą mu się w jak najbardziej realnym życiu…

Jak się łatwo można domyślić, marzenie o legendarnym mieście spełnia się nieoczekiwanie. Pewnego dnia w Zosmie objawia się delegacja prosto ze Szlochu, szukając uczonych, którzy pomogą rozwiązać pewien… problem, łagodnie określony jako cień „mrocznego czasu”, który na dwieście lat pozbawił miasto kontaktu ze światem. Lazlo decyduje się na ryzykowny krok i dzięki swojej odwadze dołącza do wyprawy do Szlochu. Wkrótce przyjdzie mu skonfrontować marzenia o zaginionym mieście z obrazem dalekim od sielanki.

Tak naprawdę „Marzyciel” okazał się bardziej powieścią o powojennej traumie, niż o czymkolwiek innym. Koszmar, z jakim mierzyli się i nadal mierzą mieszkańcy Szlochu, jest wyjątkowo makabryczny. Wśród bohaterów Laini Taylor próżno jednak szukać typowych antagonistów, czy raczej postaci, które bezmyślnie czynią zło (przynajmniej wśród… żyjących wciąż postaci). Ci, którzy pozostali przy życiu, niezależnie od strony, którą zajmowali podczas konfliktu, muszą poradzić z okrutnymi wspomnieniami. Niektórzy są gotowi wybaczyć, inni wręcz przeciwnie. A Lazlo nie tylko odkryje, że jest zdolny do o wiele bardziej przebojowych czynów niż przenoszenie książek, ale także pozna siłę obezwładniającej miłości. Oczywiście.

„Teraz będziesz przeżywać?” zapytał mnie z czułym zrozumieniem w głosie Król Małżonek, widząc, jak zamaszystym gestem zamknęłam książkę gdzieś bliżej północy. I widzicie, chyba jednak nie przeżywam. Z jednej strony, pomysł na przekazanie tak trudnych i tak złożonych uczuć, jak uraza, zapiekła nienawiść i brak zrozumienia w fantastycznym entourage’u jest bardzo dobry, całość umiejętnie poprowadzona, a wymarzony Szloch wspaniale opisany. Z drugiej strony… z drugiej strony nie jestem w stanie wskazać palcem, co dokładnie mi się w „Marzycielu” nie podobało. Gdzieś podskórnie mam takie wrażenie, że powieść Taylor po prostu mi nie leży, ale żadne merytoryczne argumenty nie składają się w uporządkowaną listę.

Jest za to jedna rzecz, którą na przyszłość obiecuję sobie sumiennie sprawdzać: mianowicie, czy powieść, którą aktualnie czytam, nie stanowi przypadkiem części większej całości. To znaczy, czy jeśli dobrnę do końca, to nie zastanie mnie tam nieoczekiwane „ciąg dalszy nastąpi”, kiedy ja tak bardzo oczekiwałam wyjaśnień, ostatecznych rozstrzygnięć, po prostu – zakończenia opowieści. „Muse of Nightmares”, tom drugi „Marzyciela” (i jednocześnie ostatni) ukazał się w połowie października i trochę chciałabym wiedzieć, jak się to wszystko zakończy, a trochę myśl o czytaniu ciągu dalszego wydaje mi się nużąca.

Nie ma w tym wiele sensu, wiem.


„Marzyciel. Strange the Dreamer” Laini Taylor
(“Strange the Dreamer”, 2017)
Tłum. Bartosz Czartoryski, Wydawnictwo Sine Qua Non 2018

2 myśli w temacie “Laini Taylor i Marzyciel, a ja nie wiem, co myśleć

  1. Dla mnie pewne wątki były zbyt mocno przesłodzone i po prostu romans wyszedł w pewnym momencie na pierwszy plan. Tylor fajnie pisze, ale Marzyciel jest dla mnie pół stopnia niżej niż Córka dymu i kości. Mam nadzieję, że niebawem ukaże się u nad drugi tom ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.