Osobliwie przedziwna rzeczpospolita umarłych, czyli Lincoln w bardo

bardo (2)„Lincoln w bardo” George’a Saundersa to jedna z powieści, która tej jesieni odbiła się szerokim echem w książkowym świecie wirtualnym i nie tylko. Zachwyty nad prozą laureata Bookera 2017 docierały do mnie z wielu stron, niemniej wciąż odkładałam lekturę „na lepsze jutro”. Owo jutro nadeszło na Targach Książki, wszak Saundersowe dzieło otwierało moją listę „kupić koniecznie”. Kupiłam i zaraz zabrałam się za czytanie, kiedy, jak nie w ten szczególny październikowo-listopadowy czas Dziadów, Halloween czy Samhain? Niemniej okazało się, że, niezależnie od czasu, „Lincoln w bardo” to powieść, z którą mi wybitnie nie po drodze.

Punkt wyjścia jest wielce… faktograficzny. U progu konfliktu, który przeszedł do historii jako wojna secesyjna, prezydent Lincoln wraz z małżonką wydaje przyjęcie. Księżyc jasno świeci pewnej lutowej nocy 1862 roku, przed Biały Dom zajeżdżają kolejne powozy. Na parterze gromadzą się goście w odświętnym rynsztunku, na piętrze Lincoln junior, dzielny chłopczyk imieniem Willie, rozogniony gorączką, umiera na tyfus. „Mój biedny chłopiec. Za dobry był na ten świat. Bóg zawezwał go do siebie”, miał powiedzieć pogrążony w żałobie ojciec.

Tyle historia. Ale Saunders nadaje rozpaczy osieroconego rodzica nowy wymiar, wymiar mocno… metafizyczny. Oto mały Willie znajduje się w świecie umarłych, a dokładniej, istot nie do końca świadomych, że nie żyją, mówiących o swoich ciałach jako o larwach w szpitalnych skrzyniach. Chłopczyne widmo nie podejmuje dalszej drogi w zaświaty, ale decyduje się tkwić na cmentarzu, zawieszony w pół-bycie, nie-do-końca-bycie, w tybetańskim bardo, oczekując na obiecane nadejście ukochanego ojca. Ten przybywa, ale nie sposób nawiązać porozumienia: jakże bowiem zrozpaczony Lincoln senior może usłyszeć wołanie Williego zza zasłony oddzielającej życie od śmierci?

bardo (1)
Rzut oka na wielogłos umarłych

I teraz przyznaję z całą mocą – zupełnie, kompletnie, absolutnie nie odpowiada mi forma tej opowieści. Saunders postawił bowiem na wielogłos już to rezydentów waszyngtońskiego cmentarza, już to komentatorów z epoki, opisujących słynne przyjęcie, chorobę Williego czy aparycję jego prezydenckiego rodziciela. Pomysł sam w sobie frapujący, zapewnia wszak bardzo wszechstronne spojrzenie na całą historię, nawet jeśli niejako „dookoła”. Ów wielogłos zresztą dobrze oddaje polskie tłumaczenie Michała Kłobukowskiego, starannie odwzorowujące różne idiolekty całego legionu postaci.

Co nie zmienia faktu, że spodziewałam się więcej, ha, Lincolna w Lincolnie. Więcej narracji strapionego ojca, który nie potrafi pożegnać się z ukochanym dzieckiem. Tymczasem to przede wszystkim chór umarłych i żywych prowadzi czytelnika przez jeden właściwie wieczór akcji, co na dłuższą metę okazuje się po prostu nużące. Doceniam wizję, doceniam pomysł, ale w tej formie ta historia po prostu mnie nie przekonuje.


„Lincoln w bardo” George Saunders
(“Lincoln in the Bardo”, 2017)
Tłum. Michał Kłobukowski, Wydawnictwo Znak 2018)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.