Księga czarownic – książka a serial

Kiedy okazało się, że Brytyjczycy kręcą serialową adaptację „Księgi wszystkich dusz” Deborah Harkness (w oryginale: „A Discovery of Witches”, taki tytuł ma pierwszy tom cyklu), przypomniało mi się, że wieki temu faktycznie czytałam taką książkę. Po premierze serialu postanowiłam do niej wrócić celem konfrontacji tych dwóch wersji i donoszę uprzejmie, że powieść jest przeciętna, ale serial – wręcz przeciwnie. Konkretniej, dawno nie czekałam z takim utęsknieniem na kolejne odcinki! Otwarcie trylogii „Księga wszystkich dusz” było jedną z pierwszych książek, o których pisałam na niniejszym blogu – i o ile wówczas nie wydawał mi się taka zła, tak dzisiaj oceniam ją dużo bardziej krytycznie. Dodajmy, że po tom drugi jakoś nigdy, mimo blogowych deklaracji, nie sięgnęłam. Na marginesie: czasem dobrze sięgnąć do swoich starszych tekstów, żeby z pełną mocą uświadomić sobie, że teraz pisze się nieco inaczej, dłużej, wnikliwiej. Na szczęście.

Niemniej, ad rem. Otóż drodzy użytkownicy czytelni całego świata, uważajcie, co zamawiacie na swoim niechlujnie wypełnionym rewersie. Ja co prawda w rodzimej Jagiellonce nigdy nie trafiłam na przeklęty manuskrypt – ostatnio przeglądałam kilka roczników czasopisma „Gwiazdy mówią” oraz „Wróżki”, wiadomo, for science, ale bez efektów specjalnych. Tymczasem Diana Bishop, utalentowana badaczka historii nauki, a w szczególności XVII-wiecznych alchemicznych rękopisów, po prostu zamawia w oksfordzkiej czytelni pozycję znaną jako Ashmole 782 i zabiera się do analizy. Ale oprawiony w skórę manuskrypt to nie jest zwykłe dzieło, a szalenie ważna i niebezpieczna magiczna księga, której od wieków poszukują czarownice, demony i wampiry. Diana sama pochodzi z prominentnej czarowniczej rodziny, niemniej po traumie związanej ze śmiercią rodziców przestała czarować, ba, jest przekonana, że zupełnie nie ma do tego talentu.

Oczywiście, nie dane będzie jej tak łatwo porzucić manuskryptu Ashmole’a – już wkrótce, przy pełnej niewiadomości ludzkiego personelu, w Bibliotece Bodlejańskiej zaroi się od magicznych istot, które będą chciały wydostać od panny Bishop magiczno-alchemiczne opus. Znajdzie się wśród nich profesor Matthew Clairmont, samotniczy geniusz i przy okazji szalenie przystojny wampir – jak się łatwo można domyślić, profesorowi będzie zależało równie mocno na manuskrypcie, jak i na samej Dianie. Będzie mógł rychło dowieść swojego przywiązania (do Diany, nie do manuskryptu), jako że oczywiście złe moce (w osobie wrogich czarodziejów) chcą zagrozić jego ukochanej. Aha, będą też międzygatunkowe lekcje jogi oraz dużo jedzenia.

Sam koncept książki wciąż wydaje się łączyć wiele bliskich Malitowemu sercu wątków: młoda pani naukowiec, magia stosowana, krajobraz angielski, a do tego jeszcze wszystko rozgrywa się w okolicznościach, cóż, bibliotecznych, i to w samej Bodlejańskiej! Niemniej z realizacją jest nieco gorzej, żeby nie powiedzieć: słabowicie. Otóż „Czarownica” należy do tego szczególnego gatunku pierwszoosobowych narracji, w których nieustannie dowiadujemy się, co bohaterka ma na sobie, a obiekt jej uczuć co i rusz zachęca ją do jedzenia (skojarzenia z apodyktycznością Christiana Greya były bardzo silne…). Innymi słowy, otrzymujemy niezbyt przekonujący romansik paranormalny, z Bardzo Potężną Ale Jeszcze Nieświadomą Swojej Mocy czarownicą i Koniecznie Przystojnym Oraz Pełnym Gracji wampirem w rolach głównych. Nie bardzo rozumiałam, co powieściowy Matthew widział w niezbyt ogarniętej Dianie.

Trochę zżymam się również na tłumaczenie, które słabuje o tyle, że jest po prostu często dosłownym przekładem z angielskiego, bez prób dopasowania wielu sformułowań do polskiego uzusu. Nie chodzi mi nawet o terminologię stricte czarowniczą – jak mylenie nazwy religii (wicca) z nazwą święta (Mabon) – ale o takie subtelności, jak „uczciwie mówiąc” (w oryginale, zakładam, „honestly speaking”, my raczej mówimy coś „szczerze”), nagminne zostawianie zaimków („ona jest zazdrosna” zamiast „jest zazdrosna”, bez kontekstu może to nie razi, ale w samych wypowiedziach – owszem) czy Objawienie – to ostatnie jednak jako księga biblijna częściej funkcjonuje jako Apokalipsa.

Ale za to obejrzałam też ekranizację, czy właściwie: trzy pierwsze jej odcinki. Jak dotąd serial jest po prostu bajeczny – tym bardziej świetny na tym mniej-świetnym powieściowym tle. To, co irytuje w narracji, tutaj po prostu widać (czyli, że Diana ma na sobie sweter, a Matthew płaszcz), a że widać to w angielskich okolicznościach przyrody (jak doktor Bishop jeździ rowerem po brukowanych oksfordzkich uliczkach, to po prostu mnie zalewa z zazdrości, nie mówiąc już o tej cudownej czytelni w Bibliotece Bodlejańskiej), to można się rozpływać w pełni. W bonusie równie piękne widoczki weneckie – wątek italski to zresztą ciekawy serialowy dodatek i ciekawam, jak się rozwinie. Intryga, niezbyt pasjonująca na kartach książki, tutaj wciąga zupełnie inaczej, już nie mówiąc o tym, że Matthew Goode jest stworzony do roli profesora Clairmonta, a i Teresa Palmer radzi sobie nad wyraz dobrze w roli doktor Bishop. Plus na ekranie pojawia się cała gama brytyjskich aktorów, których kojarzymy z różnych zacnych produkcji (Louise Brealey, czyli Molly z „Sherlocka”, bardzo nadaje się na czarownicę-filolożkę z lekką nutką zawiści w stosunkach z czarownicą główną).

Innymi słowy, jeśli szukacie jesiennego guilty pleasure w postaci nienajlepszej książki (ja tego czasem potrzebuję, czego dowodem jest pełen komplet cyklu „Szeptucha” na mojej półce), to proza Deborah Harkness będzie w sam raz. A jeśli szukacie zacnego jesiennego serialu o czarownicach, wampirach i książkach – „A Discovery of Witches” powinno Was przynieść pełne ukontentowanie. Ja się wprost nie mogę doczekać kolejnych odcinków!


„Księga wszystkich dusz. Tom 1: Czarownica” Deborah Harkness
(“All Souls. A Discovery of Witches”, 2011)
Tłum. Jan Jackowicz, Wydawnictwo Amber 2011

3 myśli w temacie “Księga czarownic – książka a serial

  1. Wątek Wenecki, to nie serialowy dodatek. Jak można kusić się o recenzję książki nie czytając jej w całości a zaledwie połowę pierwszego tomu? (pierwsza cześć wydana w PL, to tak naprawdę tylko połowa oryginalnego tomu pierwszego). Najpierw proszę przeczytać całość a później recenzować. Więcej by Pani także zrozumiała z samego serialu :)

    1. Jestem po lekturze wszystkich czterech części wydanych po polsku – to zresztą budzi pewne zamieszanie, ten podział w wersji polskiej na tony, byłam przekonana, że czytam cały tom pierwszy – i podtrzymuje zarzuty co do sposobu prowadzenia narracji. Tłumacz się zmienił i jest lepiej 😊 wątek wenecki – to racja!
      Szczęśliwie serial można rozumieć bez książki, nie uważam, że powieściowy pierwowzór jest do tego niezbędny, a wręcz przeciwnie 😊

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.