Moja kochana, dumna prowincja. Filipowicz. Zachwyt.

Powróćmy na chwilę do uroczego weekendu na Śląsku Cieszyńskim i nieoczekiwanego odkrycia przybytku książkowo-księgarnio-kawiarnianego, jakim jest „Kornel i przyjaciele”. Otóż niepodobnym zdawało się opuszczenie tego przybytku bez nabycia książki, a już najlepiej – książki patrona kawiarni, czyli Kornela Filipowicza. Prozaika, którego, przyznaję bez bicia, rozpoznawałam wcześniej przede wszystkim jako partnera Wisławy Szymborskiej. Śpieszę zatem donieść, że teraz będę rozpoznawać Wiadomego Literata jako autora wspaniałych opowiadań. Chodzi tu konkretnie o zbiór „Moja kochana, dumna prowincja” – jestem wprost oczarowana!

Zdecydowana większość opowiadań zanurza się w przeszłość autora – Filipowicz prezentuje bowiem wspomnienia swoje, a jakby nie-swoje. Pięknie ujmuje to w „Stałości uczuć”: „Widzę nas z tamtych czasów bardzo wyraźnie, ale wątpię, abyśmy to byli my. Wydaje mi się, ze to byli dwaj chłopcy, którzy nosili wtedy nasze imiona i nazwiska” (s. 79). On sam, jego rodzina, znajomi, spotkani tu i ówdzie ludzie to ważni bohaterowie opowiadań. Powraca kilkakrotnie postać ojca autora, niekiedy jest to powrót dosłowny, to jest powrót do domu po wojnie, niekiedy metaforyczny. Ojcowskie krótkie spostrzeżenia mają w sobie mądrość i rozwagę: Filipowicz senior mówi to, co powiedzieć w danej chwili należy, jak choćby to, że różne paskudne rzeczy w historii Polski i w ogóle zaczynały się od bicia Żydów (to przyczynek do rywalizacji drużyn Makkabi i Piasta w „Mój ojciec milczy”).

Jak sam tytuł zbioru sugeruje, Filipowiczowe opowiadania dotyczą nie tylko osób, ale i miejsc – czy raczej ogólnej kategorii prowincji, dumnej i drażliwej, pełnej kompleksów, będącej wszak przedmiotem pośmiewiska, panicznie obawiającej się, by nie zostać nabraną. Podróże do kolejnych miasteczek (łącznie z Cieszynem!) prowokują autora do współodczuwania z prowincją: „Jakże cię dobrze znam i rozumiem! Jestem przecież z ciebie, byłem tobą” (s. 5). Ale są i opowieści o przedmiotach, tak drogich sercu, a jednocześnie piętrzących się nieznośnie na półkach i zajmujących coraz więcej miejsca. Filipowicz portretuje ludzi i przestrzenie, ale za swój obowiązek wręcz uważa pisanie również o przedmiotach „tak zwanych martwych”. „Staram się zrozumieć ich tajemniczy byt – wyjaśnia – ich sens istnienia i rodzaj stosunków łączących ich z nami, istotami żywymi” (s. 202). Przyznajcie, brzmi to wyjątkowo pięknie.

Jak to zwykle bywa – Prawo Zbiorów Tekstów – w zgromadzeniu tekstów niektóre podobają się bardziej, inne mniej. Do moich ulubionych należy opowiadanie otwierające, „Nemezis”, przewrotna nieco historia szalenie dojrzałej zabawy w wojnę, która musiała się skończyć najpóźniej kwadrans po szóstej, „Spółdzielnia Czystość” ujęła mnie koncepcją (w porządkach chodzi bowiem o ogrom cierpienia moralnego, pamiętajcie), zaś na „Stałości uczuć” miałam oczy w mokrym miejscu, jak to się ładnie mówi (czytanie tak wzruszających opowieści w tramwaju może być niebezpieczne). Co ciekawe, Królowi Małżonkowi utkwiły w pamięci inne teksty niż mnie, acz całą książką był równie zachwycony, jak ja, i to dużo wcześniej.

Zatem – wnikliwe i jednocześnie pełne czułości, oszczędne i jednocześnie pozwalające na całą gamę przeżyć, traktujące o rzeczach zwykłych i jednocześnie, ha, ekstraordynaryjnych. Opowiadania Kornela Filipowicza mają w sobie coś wyjątkowego, łącząc uważność w obserwacji konstrukcji naszego świata z wrażliwością w jej opisie. Więcej, jego teksty wreszcie pokazały mi, jak wspaniałą formą jest opowiadanie samo w sobie – krótka forma, dopieszczona, niebanalna, ma ogromną siłę oddziaływania.

„Moja kochana, dumna prowincja” to u mnie od dziś synonim słowa „zachwyt”. I to nad wyraz.


„Moja kochana, dumna prowincja. Opowiadania” Kornel Filipowicz
(wybór: Justyna Sobolewska)
Wydawnictwo Znak 2017

8 myśli w temacie “Moja kochana, dumna prowincja. Filipowicz. Zachwyt.

  1. Natknęłam się w Stasiak ostatnio na taki tekst o papce naszych wspomnień, po czasie postrzegamy różnie i nierzadko inaczej niż się to odbyło: „Tak, ze zdarzeniami, gdy już przeminą, nie ma żadnego kłopotu, pod warunkiem że nie próbujemy być mądrzejsi od nich, pod warunkiem że nie próbujemy za ich pomocą załatwiać jakichś własnych spraw. Jeśli damy im spokój, zamieniają się w cudowny roztwór, w czarodziejską tynkturę, która rozpuszcza i czas, i miejsce, trawi kalendarze i atlasy, przemienia w słodką nicość współrzędne uczynków. Jaki sens ma zgadywanka? Na co komu chronologia — siostra śmierci?”

    Pozdrawiam książkowo

  2. Oj tak, jest to rzecz przegodna, ten zbiorek. Bardzo się cieszę, że po wydaniu listów Szymborska-Filipowicz Znak postanowił wznowić opowiadania tego drugiego :) Byłam po lekturze równie oczarowana jak Ty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.