Nie mów do mnie, bo czytam. „Dawcę Przysięgi” Sandersona

W naszym domu funkcjonują dwa typy sytuacji, w których ciężko uzyskać odpowiedź od drugiej połówki, mianowicie, kiedy Król Małżonek ogląda mecz i kiedy ja zaczytam się po uszy w jakiejś książce. Występują przy tym dwie subkategorie tych sytuacji: kiedy mecz rozgrywa Real Madryt albo kiedy książkę napisał Brandon Sanderson. „Przepraszam, nie słyszałem”, tłumaczy się wtedy Król Małżonek, ja zazwyczaj reaguję nerwowym „Nie mów do mnie, bo czytam!”. W miniony weekend zaliczyliśmy obie subkategorie: królewscy ograli Gironę cztery do jednego w drugiej kolejce Primera División, a ja pochłaniałam drugą część „Dawcy Przysięgi”, ostatniego tomu „Archiwum Burzowego Światła”.

Otóż przeczytałam pierwszą część „Dawcy Przysięgi” jakoś jeszcze w marcu, byłam zadowolona i zdecydowałam się grzecznie czekać na dalszy ciąg – polskie wydanie zostało podzielone na dwa tomy (mam wrażenie, że podziały na kategorie zaczynają sponsorować ten wpis), a każdy z nich, bagatela, liczy ponad 600 stron. Kiedy tom drugi trafił do księgarni, dokonałam zakupu i odłożyłam „na lepsze jutro”, mając świadomość, że będę musiała spędzić trochę czasu w domu nad tą książką, gdyż wożenie jej ze sobą w tramwaju raczej przekracza moje aktualne możliwości. Ale oto z końcem sierpnia nadszedł ten moment, że postanowiłam zalec na kanapie i zabrać się do czytania, co skończyło się wymyślaniem samej sobie, że tak długo odwlekałam też chwilę.

Wyjaśnianie, o co dokładnie chodzi w trzecim tomie wyjątkowo obszernego cyklu, nieco mija się z celem – wszak nie wszyscy czytali części poprzednie – ale pozwólcie na krótkie objaśnienie. Otóż na Rosharze trwa wojna, która na zawsze zmieni obraz całego świata: pradawni wrogowie powracają, podobnie jak legendarni rycerze, emanujący Burzowym Światłem. Ale to nie jest prosta walka dobra ze złem, gdzie po jednej stronie stoją siły ciemności, a po drugiej miłująca pokój rasa ludzka. Zwłaszcza, kiedy ci, których uważaliśmy za tych mających rację, tak naprawdę okazują się być kimś zupełnie nieoczekiwanym. Do walki o przyszłość swoją i świata stają obdarzeni niezrozumiałą mocą Świetliści, a każde z nich zmaga się z demonami swojej przeszłości. Znękany wojną Dalinar, rozstrojona psychicznie Shallan, wiecznie niepokorny Kaladin mają swoje słabości, ale mają też chwile chwały. To właśnie połączenie wspaniałych, złożonych postaci (żeby jeszcze dorzucić Navani, Jasnah, Adolina, most czwarty, spreny czy Venli) wraz z przemyślaną i staranną konstrukcją świata daje ten jakże upragniony efekt pod tytułem „nie przeszkadzać, bo czytam”. To i świetnie poprowadzona narracja, która jest patetyczna, kiedy powinna być patetyczna, dowcipna, gdy tego potrzeba, i wciągająca – to akurat zawsze.

W kontekście narracji trzeba też dodać, że nikt inny nie opisuje bitew tak epicko, jak Brandon Sanderson. Już przy okazji „Drogi Królów”, tomu otwierającego cykl, kiwałam się nerwowo, czytając o brawurowych akcjach mostu czwartego na Strzaskanych Równinach, ale tutaj to już cała ta epickość przechodzi ludzkie pojęcie. I nie jest to bynajmniej wyłącznie napuszone stawanie do boju, gdy wroga flaga powiewa złowieszczo, ale rezultat starannego budowania postaci przez poprzednie setki stron. Wyzwania, które stają przed bohaterami – zwłaszcza przed Dalinarem – robią ogromne wrażenie właśnie dlatego, że zżyliśmy się z nimi podczas czytania i szalenie obchodzi nas nie tylko, kto zwycięży, ale jakiego wyboru przyjdzie mu dokonać po drodze i jakie będą jego konsekwencje. Żeby nie być gołosłowną – rozdział „Jedność” czytałam z takimi wypiekami, jakby ktoś mi odcisnął połówki buraczka na obliczu. Dreszcz emocji murowany.

Jeszcze dwa słowa o tłumaczeniach: Anna Studniarek, która przełożyła jak dotąd wszystkie tomy „Archiwum Burzowego Światła” na polski, wykazuje się nie tylko dobrym warsztatem translatorskim jako takim, ale też talentem do proponowania naprawdę klimatycznych odpowiedników nazw własnych. Bywa wszakże i tak, że angielskie oryginały brzmią po prostu świetnie i jakakolwiek próba przekucia ich na polskojęzyczną wersję kończy się, delikatnie mówiąc, niepowodzeniem (jeśli komukolwiek w tym momencie zagrało w głowie „Bagoszno”, „Łazik” i „Tajar”, to wie, o czym mówię). Można oczywiście zostawiać nazwy wyjściowe i liczyć na domyślność czytelników, ale pomysły Studniarek są tutaj naprawdę wyjątkowo trafne i dopiero przy tomie trzecim uświadomiłam sobie to z pełną mocą, konfrontując wersję polską i angielską nazw. Dla przykładu: „Soulcasting” to Dusznikowanie, zakon „Windrunners” po polsku brzmi „Wiatrowi” oraz, chyba moje ulubione, „Shardblades” jako Ostrza Odprysku. Wyrwane z kontekstu może nie brzmią tak zacnie, jak w książce, niemniej moim zdaniem to bardzo dobry kierunek tłumaczeń.

Można co prawda sarkać na objętość całego cyklu i nad przyswajaniem tych tysięcy stron, ale jakoś nie czuję się przytłoczona. Ba, ufam, że Brandon Sanderson bezpiecznie doprowadzi do zakończenia tej historii (to znaczy, bezpiecznie ją napisze i wyda, niekoniecznie, że bezpiecznie dla wszystkich bohaterów i emocji czytelniczych). Jedyna zła wiadomość jest taka, że kolejny tom „Archiwum Burzowego Światła”, pod nieznanym jeszcze tytułem, ukaże się najwcześniej za dwa lata.

Na arcyburzę, poczekam.

PS. Kiedy myślę o stosownie epickiej ścieżce dźwiękowej do czytania (i pisania o tym czytaniu), od razu gra mi w głowie „Woad To Ruin” z „Króla Artura”. Hans Zimmer, rzecz jasna.


„Dawca Przysięgi” Brandon Sanderson
(“The Oathbringer”, 2017)
Tłum. Anna Studniarek, Wydawnictwo MAG, 2017 (tom I) i 2018 (tom II)

4 myśli w temacie “Nie mów do mnie, bo czytam. „Dawcę Przysięgi” Sandersona

  1. Sanderson bardzo lubię i cenię przede wszystkim za niesłychaną zdolność stwarzania nowych światów, z których każdy rządzi się odmiennymi zasadami i charakteryzuje innym rodzajem magii. A w „Archiwum” chyba najbardziej ujęło mnie to (poza wciągającą historią i doskonale napisanymi bohaterami), że nie wszystko jest jednoznaczne i czarno-białe. Oczywiście, zawsze to lepiej, gdy nasi to ci dobrzy i zwyciężają ze złem, ale w końcu życie rzadko takie bywa, więc tym bardziej cieszy, że autor oparł się pokusie uproszczenia niektórych postaci i ich wyborów. Zwłaszcza Galinar w początkowych tomach wydawał się być pewnym kandydatem na rycerza bez skazy. Dobrze, że jednak jest prawdziwym człowiekiem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.