Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. I już.

Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
W roli obierków z ziemniaka – cukinia i ogórek.

Zazwyczaj książki czytam według uprzednio przygotowanej listy, ale czasem wszechświat działa w taki sposób, że trzeba plan na lekturę nieco zmodyfikować. Ergo, kiedy poprosiłam myszkovską o pożyczenie czegoś na drogę do domu, zaproponowała mi „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” Annie Barrows i Mary Ann Shaffer, cytuję: „Przeurocza książka o wojennych strasznych rzeczach. Nie wiedziałam, że tak się da napisać”. Nie bardzo leżały mi klimaty wojenne i wyraziłam chęć na fantastykę („Pół króla” Abercrombiego – bardzo zacne!). ale następnego dnia Mama-Malita powitała mnie słowami: „Wiesz, jaki śliczny film widziałam wczoraj?”. Domyśliłam się w pół słowa… i poszłam przeprosić się z czytnikiem. Na szczęście.

Rzecz dzieje się krótko po wojnie, w 1946 roku, w zdecydowanie brytyjskim kontekście. Otóż panna Juliet Ashton podróżuje po Anglii, promując zbiór humorystycznych felietonów pod tytułem „Izzie Bickerstaff wyrusza na wojnę”. Juliet w trakcie wojny pisywała teksty do gazety, starając się dowcipnie ująć przerażającą rzeczywistość. „Aż dziw nieraz bierze, że potrafiliśmy żartować z tych bomb (…). Ale tak właśnie było. Coś w tym jest, że humor pomaga znieść rzeczy normalnie niemożliwe do zniesienia”, wyjaśnia w liście do Dawseya Adamsa. Właśnie, w liście. Całą historię poznajemy z listów, telegramów, a nawet wpisów do pamiętnika, poczynionych przez wszystkich bohaterów, tych pierwszo- i drugoplanowych. Z kolei list od Dawseya, prosto z wyspy Guernsey, pozwala Juliet odkryć istnienie Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, które nie tylko pozwoliło nawiązać nowe przyjaźnie i rozwinąć bibliofilskie pasje, ale przede wszystkim przetrwać wojenną zawieruchę. Dosłownie.

Inspiracją dla powstania „Stowarzyszenia…” była dość spontaniczna wyprawa – Mary Ann Shaffer, zbierając w Anglii materiały do innej książki, przeczytała o niemieckiej okupacji Wysp Normandzkich i postanowiła udać się na Guernsey u wybrzeży Normandii. Wyspa zupełnie ją oczarowała swoim pięknem i historią, a okupacyjne przeżycia jej mieszkańców (Niemcy stacjonowali tam do 9 maja 1945 roku) dały do myślenia na tyle, że postanowiła oprzeć na nich kolejną powieść. Musiała odłożyć pracę z uwagę na problemy zdrowotne, ale dzieła dokończyła jej siostrzenica, Annie Barrows (pamiętacie jej „Opowiem ci pewną historię”?).

Guernsey-island
Rzut oka na wybrzeże Guernsey

W ślad za autorkami i za panną Ashton podążamy zatem na Guernsey. Juliet, zaintrygowana nietuzinkowym Stowarzyszeniem i niemiecką okupacją Wysp Normandzkich, poznaje nowy dla siebie świat i wreszcie spotyka wszystkich korespondentów. Miłośnicy Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek już wcześniej zdążyli opisać w listach swoje przeżycia, a wizyta na wyspie pozwala Juliet nie tylko lepiej poznać ich przeszłość, ale także zyskać wspaniałych przyjaciół. Nie obejdzie się bez dyskusji o książkach i ich roli w niecodziennej codzienności, jak również obowiązkowych rozterek miłosnych, które są naprawdę zabawne, a przy tym nie zawstydzające – uniknięcie farsy przy próbie zapewnienia humoru bywa naprawdę trudne.

Połowę ujmującego klimatu „Stowarzyszenia…” zapewnia sama Juliet Ashton, kobieta o dużym dystansie do siebie i pełnych humoru przemyśleniach listowych. Dodajmy, że często te przemyślenia są wyjątkowo trafne a mądre:

Czy jestem jakaś dziwna? Nie chcę wyjść za mąż tylko dlatego, żeby być zamężną. Trudno o większą samotność niż życie z kimś, z kim nie można pogadać albo, co gorsza, nie można pomilczeć. Okropnie się zrobiłam marudna.

Poza pełną wdzięku Juliet pojawia się także szereg innych, bardzo zacnych postaci (wydawca Sidney Stark to mój ulubieniec!), mamy również dużo smakowitych epizodzików – dość wspomnieć listy od pewnego dżentelmena do Babusi Finusi czy potępiająco-moralizatorski ton panny Addison, a motyw z przedwojenną rozrywką sióstr Benoit, wielbicielek Edwarda VII, ubawił mnie do łez! Całość trudno podsumować innym słowem niż „urocza” (żeby nie mówić „ckliwa”), nawet jeśli wraca do trudnych lat wojennych i mierzy się z traumą obozów koncentracyjnych (to zresztą interesujący wątek, ciekawie czytać o doświadczeniach innych nacji w tej kwestii, zwłaszcza jeśli rodzima literatura ma bardzo dużo do powiedzenia).

Na koniec – nietrudno zgadnąć, skąd wymienione w pierwszym akapicie damy i połowa moich mediów społecznościowych podniosły temat powieści wydanej po polsku przed dwoma laty – otóż od niedawna na Netflixie można oglądać filmową wersję tej historii (zerknijcie choćby na wnikliwy tekst Zwierza o ekranizacji, jak również wpis Olgi z Wielkiego Buka o książce, uwaga o Fannie Flagg ze wszech miar słuszna!). Lily James, którą skądinąd bardzo lubię, wydaje się stworzona do roli Juliet (a Matthew Goode to idealny Sidney!) i bardzo jestem ciekawa, jak twórcy filmu postanowili oddać powieść epistolarną na ekranie (w przypadku „Na końcu tęczy” udało się to nieźle!). Zasadniczo, plan na wieczór już mam.

PS. Myszkovsko, Mamo-Malito, dziękuję!


„Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek” Annie Barrows i Mary Ann Shaffer
(“The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society”, 2008)
Tłum. Joanna Puchalska, Świat Książki 2016

10 myśli w temacie “Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. I już.

  1. Całe szczęście, że sięgnęłaś po czytnik, bo „Stowarzyszenie” to powieść napisana w naprawdę wyjątkowy sposób. Zaskakuje formą, treścią, a nawet humorem, co w fabule nawiązującej do wojny mogłoby się wydawać trudne. Zdecydowany must-read, jeśli ktoś jeszcze nie miał przyjemności! :)

  2. Przeczytałam. Zauroczyła mnie swoją bezpretensjonalnością. I bardzo lubię czytać powieści pisane w formie listów. I to od lat (Ach, ten „Tajemniczy opiekun”, łza się w oku kręci). Obejrzałam też film i choć bardzo mi się podobał, to książka jest zdecydowanie lepsza. Wyjątkowo tym razem odwróciłam kolejność.

  3. Książka faktycznie jest urocza. Mnie jeszcze, oprócz poczucia humoru, widocznego zwłaszcza w listach Juliet, podobały się interakcje między postaciami, nawet te przelotne i mniej zażyłe. Tutaj Isola z Sidneyem wysuwają się na czoło. Zresztą wszyscy zostali bardzo prawdopodobnie oddani. Jednak widzę też pewne minusy: moim zdaniem korespondencja między bohaterami nie została wystarczająco zróżnicowana, nie licząc Addison (panny). Ale to może tylko ja się czepiam?

    1. Zgadzam się bardzo co do interakcji – natomiast jeśli idzie o zróżnicowanie korespondencji (wyłączając Addison, pannę), to przyznam, że tak pędziłam przez koleje listu, że się nawet bardzo nad tym nie zastanowiłam. Ale zastanowię się :)

  4. Jako że to wznowienie, wygrzebałam powieść z bibliotecznej półki i też mam zamiar niedługo przeczytać :) Jakoś tak mnie – wszyscy dookoła, piszący o tym – zachęciliście :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.