List miłosny do nowej ojczyzny, czyli skąd się biorą Holendrzy

Różne drogi prowadzą ludzi do nowych ojczyzn, niekiedy bardzo dramatyczne. Są tacy, którzy zdecydowali się na emigrację zarobkową, inni zakochali się w kulturze innego kraju (i/lub jej przedstawicielu czy przedstawicielce), jeszcze inni opuścili dotychczasowe miejsce zamieszkania z powodów politycznych. W przypadku Bena Coatesa głównym czynnikiem determinującym zmianę ojczyzny był przypadek. Czy raczej, burza. Otóż samolot, którym wracał do Anglii, wskutek niespodziewanej śnieżycy został przekierowany na amsterdamskie lotnisko Schiphol. Pojechał do znajomej do Rotterdamu… i został na stałe.

Ben Coates, Brytyjczyk z urodzenia i Holender z wyboru, spędził ponad pięć lat w najniżej położonym kraju świata, zanim zdecydował się opisać swoje doświadczenia, które właśnie ukazały się pod tytułem „Skąd się biorą Holendrzy” w serii Mundus Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Coates powoli, delikatnie, ale skutecznie asymilował się w nowym domu, ucząc się niderlandzkiego, próbując sił w przemieszczaniu się na rowerze, znajdując pracę i coraz mocniej wciągając się w realia życia przyjacielskich, ciekawych życia i dość bezpośrednich Holendrów. Nawet nie zorientował się, kiedy pokochał tej płaski jak naleśnik kraj, w którym podczas kursu na prawa jazdy nie uczy się ruszania na wzniesieniu, a rowery nie mają przednich hamulców (ale za to na południu posiadają trzy biegi!).

Rajskie oblicze Holandii, postrzeganej z jednej strony jako idylliczna ojczyzna chodaków, wiatraków, tulipanów i serów, a z drugiej jako matecznik rozpasanej seksualności, zalegalizowanej prostytucji, coffeeshopów i dusznego zapachu trawki, to oczywiście część obrazka. Inne jego składowe to choćby kwestie religijne: Holendrzy jeszcze w latach 50-tych podążali za kryteriami segregacji religijno-światopoglądowej (patrz: system verzuiling, czyli filaryzacji), dziś kilkadziesiąt procent obywateli deklaruje się jako ateiści. Albo walka z krajobrazem i próby okiełznania żywiołu wody, stały wątek historii regionu, który nie zawsze budzą aprobatę ekologów. Albo instytucja państwa opiekuńczego, która ma swoje niewątpliwe plusy, ale i wiele nieprzewidzianych konsekwencji. Albo kwestia imigracji, połączona z rozważaniami na temat islamizacji, szczególnie aktualna w dzisiejszej czasoprzestrzeni. Albo… wymieniać można jeszcze długo!

Jeden z rozlicznych kanałów w Amsterdamie.

W książce Coatesa w każdym rozdziale jedno wydarzenie lub miejsce staje się pretekstem do zgłębienia jakiegoś konkretnego aspektu holenderskiej kultury i historii. Przykładowo, szalony karnawał w pełnym przebierańców Maastricht to przyczynek do opowieści o historycznych konfliktach religijnych między katolikami i protestantami, wizyta w obozie Westerbork to preludium do wątków wojennych i katastrofalnego bombardowania Rotterdamu 13 maja 1940 roku, a stadion Feynoordu, De Kuip („wanna”), prowadzi wprost do snucia rozważań o holenderskim stylu gry w piłkę nożną (tzw. futbol totalny – Królu Małżonku, kiwam w Twoją stronę, musisz przeczytać ten rozdział). Będzie oczywiście też o rowerach, miłości do nabiału i o VOC, czyli Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, a także o barwie pomarańczowej, obowiązkowej przy okazji dawania wyrazu swojemu radosnemu i nieskrępowanemu patriotyzmowi.

Mam tylko niejakie wątpliwości co do konsultacji merytorycznej. W książce znajdziemy bowiem przypisy od tłumaczki, Barbary Gutowskiej-Nowak – dookreślające to, czego przełożyć się nie da i/lub dopowiadające nieznany nam kontekst kulturowy – jak również przypisy od profesora Ryszarda Żelichowskiego, odpowiedzialnego właśnie za konsultację merytoryczną. Jednych i drugich mamy w sumie kilka tuzinów i w perspektywie kilkuset stron książki to nie jest dużo, niemniej nie sądzę, żeby przypisy merytoryczne były tutaj absolutnie niezbędne, skoro wszak już raz ktoś dokonał redakcji tej książki. Owszem, kilkakrotnie są to poprawki po autorze, który na przykład pomylił królową Maksymę z królową Beatrycze, ale częściej otrzymujemy dodatkowe informacje – na przykład, że podstawą działania wiatraków jest tzw. śruba Archimedesa, wynalazek zresztą babiloński – o których autor zdecydował się nie wspominać, a nie na przykład szczegóły, które polski czytelnik mógłby odnieść do znanej sobie sytuacji (jak choćby w opowieści o średniowiecznej wsi, tam to miało wiele sensu!). Po przemyśleniu sprawy żywię głębokie przekonanie, że intencją tego zabiegu było poszerzenie wiedzy czytelnika, a nie pokazywanie erudycji własnej, ale pierwsze wrażenie odnosiłam właśnie w tym drugim gatunku.

Rzut oka na część (!) tulipanowych cebulek do wyboru. Donoszę uprzejmie, że rosną pięknie na polskiej ziemi!

Nie zmienia to faktu, że spojrzenie Bena Coatesa na współczesną Holandię jest spojrzeniem pełnym ciepłych uczuć, ale jednocześnie wcale nie bezkrytycznym. Autor pokazuje bardzo wiele aspektów holenderskiej kultury, tłumacząc ich genezę czy towarzyszące im kontrowersje i czyni to z dużą dawką empatii. To nie jest hagiograficzna laurka, ale – jak pisze sam Coates w posłowiu – „list miłosny” do Holandii, list mądry i piękny, łączący solidną dawkę wiedzy tak o tym niezwykłym kraju, jak i o szerszym europejskim kontekście społecznym, kulturowym i politycznym. Nie sposób nie zgodzić się z okładkową opinią Marcina Wilka, że chciałoby się przeczytać podobną książkę o Polsce. Drodzy Polacy z wyboru, czekamy!

PS. Podziękowania za książkę otrzymuje nieoceniona Pani Redaktor z Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego!
PPS. Zdjęcia z mojego pobytu  w Amsterdamie sprzed dwóch lat – perks of being a scientist, bo to była konferencja – było wspaniale!


„Skąd się biorą Holendrzy” Ben Coates
(“Why the Dutch Are Different. A Journey into the Hidden Heart of the Netherlands”, 2015)
Tłum. Barbara Gutowska-Nowak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2018

4 myśli w temacie “List miłosny do nowej ojczyzny, czyli skąd się biorą Holendrzy

  1. Hej, z tego co widzę ta książka bardziej zgadza się ze swoim tytułem niż „Koreańczycy”, tak? To znaczy faktycznie jest bardziej o Holandii, niż o doświadczeniach cudzoziemca w Holandii w związku z…? Pytam, bo może kiedyś sięgnę, a nie chciałabym, żeby znów mnie tak zaskakiwano :D

    1. To jest o Holandii z perspektywy obcokrajowca, ale to nie jest historia życia Brytyjczyka w obcym kraju, choć oczywiście elementy osobiste się pojawiają. Niemniej porównując z „Koreańczykami“, to to jest zdecydowanie książka bardziej o Holandii niż o doświadczeniach cudzoziemca :)

  2. Król Małżonek obiecuje przeczytać i kiedyś zatrzymać się na dłużej (może nie na całe życie) w Holandii, bo dotychczas widział ten kraj tylko zza szyby samochodu, przejazdem.

    1. Zgadzam się na obydwa pomysły ze wszech miar!
      PS. Wafle. Holenderskie wafle, to jest rzecz bardzo ważna, której nijak się nie uświadczy zza szyby tak, jak się powinno.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.