Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana

Deana Koontza kojarzyłam do tej pory przede wszystkim z powieściami sensacyjnymi pokroju Forsytha – w najlepszym tego słowa znaczeniu – i jakoś niespecjalnie śpieszyło mi się do bliższego zapoznania się z tym konkretnym skrawkiem współczesnej literatury amerykańskiej. Do czasu, kiedy Mama-Malita wyraziła chęć przeczytania „Miasta”, posiłkując się już dłuższą chwilę temu wpisem Olgi z Wielkiego Buka. Biblioteka Jagiellońska – hurra po trzykroć – po raz kolejny okazała się miejscem słusznym do wyrażania takich chęci. Ergo, pożyczyłam. Przeczytałam. I po prostu zachwyciłam się.

Bezimienne miasto to wielka i odwzajemniona miłość Jonasza Ellingtona Basie Hinesa Eldridge’a Wilsona Hamptona Armstronga Kirka. Mieści się ono gdzieś w Stanach Zjednoczonych i niby niczym nie różni się od innych amerykańskich metropolii, ale stało się areną wydarzeń zgoła niezwykłych – już to sensacyjnych, już to… nie z tej ziemi. Otóż pewnego dnia Jonasz, syn śpiewaczki, wnuk pianisty, genialny muzyk i szalenie poczciwy chłopiec, poznał był kobietę, która mówiła o sobie, że jest duszą miasta. To był rok 1967, a Jonasz miał dziesięć lat.

Jestem miastem [wyjaśniała panna Pearl], duszą utkaną z nici pozostawionych przez lepsze dusze tych wszystkich, którzy tutaj żyli i umarli, oraz tych, którzy żyją tu teraz. Jedną nić mojej duszy pożyczyłam od ciebie, inną od twojej mamy, jeszcze inną od duszy twojego dziadka. Miliony, wiele milionów nici. (s. 265).

Tajemnicze pojawienie się panny Pearl, kobiety-miasta, to tylko jedno z nietuzinkowych wydarzeń, które spotkają naszego bohatera. Będą też i doświadczenia bardziej przyziemne i stokroć bardziej przykre – jak rozwód rodziców czy śmierć babci. W tle jednak czai się niewypowiedziana groza, zwiastowana przez prorocze Jonaszowe sny, rozwijająca się powoli do niebezpiecznego spisku, który może przynieść zgubę wielu niewinnych osób. Podejrzana sąsiadka, widziany w sennej marze morderca, z dawna niewidziany ojciec – te osoby na pewno coś łączy i Jonasz wraz z przyjaciółmi będzie musiał rozwikłać całą tę zagadkę jak najszybciej, w przeciwnym wypadku wielka krzywda może przytrafić się jego najbliższym.

Narracja, prowadzona przez dorosłego Jonasza na prośbę jego najwierniejszego druha, Malcolma, przenosi nas zatem w lata 60-te, pełne wojennych niepokojów i wspaniałej muzyki. Od razu zresztą wiadomo, że gdzieś, prędzej czy później, czeka nas jakieś Wielkie Wydarzenie, Niechybnie Tragiczne, Które Pozostawiło Traumę w głównym bohaterze – antycypująca konstrukcja sprawdzona i znana choćby z „Księgę rodu z Baltimore” i innych podobnych. Jak do niego doszło i co właściwie się stało – to pozostaje nam odkryć wraz z Jonaszowym monologiem.

Rozkręca się ta opowieść nieśpiesznie, wręcz powoli, i przez pierwsze kilkadziesiąt, nawet więcej stron czułam raczej uprzejme zainteresowanie niż pasję poznania tej historii. Ale potem, nagle, bez uprzedzenia, magia powieści Koontza wciąga niepostrzeżenie i całym sercem lękałam się o bezpieczeństwo Jonasza, jego wspaniałej familii i przyjaciół – w tym mojego zdecydowanego ulubieńca, sąsiada nazwiskiem Yoshioka. Zresztą wątki japońskie, jakkolwiek smutne, są tej książki dla mnie zdecydowanym atutem; od cytowania haiku aż po całą historię rodziny pana Yoshioki (już nie mówiąc o zakończeniu, nad którym uroniłam łez parę, przyznaję).

Jeszcze jedna uwaga na marginesie: cenię sobie także to, że w „Mieście” nie ma ani pół przypisu merytorycznego – a jestem pewna, że w przypadku innych wydań każde nazwisko jazzowego czy swingowego muzyka, które pojawia się w tekście, mogłoby zostać okraszone stosowną adnotacją, kto zacz. Szczęśliwie, tu tego nie ma. Dziękuję.

Zasadniczo, „Miasto” Deana Koontza okazało się, zupełnie nieoczekiwanie, wyjątkową historią pełną pasji i wzruszeń, a do tego wybornie napisaną i przełożoną. Ilość mądrych cytatów, które chciałoby się z tej książki wynotować, rośnie w miarę lektury – chyba znów pora mi założyć sobie kajecik na takie przepisywanki – niemniej jeden, który pojawia się kilkakrotnie, należy tutaj przywołać i zapamiętać, co zresztą już Wam sugerowałam pozablogowo. Otóż:

„Bez względu na to, co się wydarzy, bez względu na nieszczęścia, które na ciebie spadną, w końcu wszystko i tak będzie dobrze”

I gdy mówi tak panna Pearl, nie sposób jej nie wierzyć. Czy jest się małym chłopcem, czy całkiem już dorosłą kobietą.

PS. Mama-Malita zasugerowała czytanie – dziękuję!


„Miasto” Dean Koontz
(“The City”, 2014)
Tłum. Janusz Ochab, Wydawnictwo Albatros 2016

5 myśli w temacie “Dean Koontz i Miasto, czyli magicznie wspaniała opowieść nieoczekiwana

  1. To też była moja pierwsza powieść Koontza. Oj, jak mi się podobała. Zachwyciłam się i wzruszyłam. Dobrze, że jeszcze można niespodziewanie trafić na takie perełki!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.