Hannah, królowa kremów, czyli prawie o Rubinstein

Nietuzinkowe historie o kobietach, które miały odwagę wyzwanie rzucić konwenansom swoich czasów, czytam chętnie. Niepokorne władczynie, arystokratki, badaczki, pisarki i poetki… można tak wymieniać i wymieniać. Ważny tu jest jednak następujący konkret: otóż jakiś czas temu Mama-Malita w zakamarkach Jednej z Wielu Półek z Książkami odkopała dość nienową powieść historyczną Paul-Loupa Sulitzera pod tytułem „Hannah”, inspirowana życiorysem tej Heleny Rubinstein. Wiecie, cesarzowej przemysłu kosmetycznego. Powieść wciągającą, choć niepozbawioną wad.

Lata 80-te XIX wieku. Młodziutka Hannah mieszka wraz z rodziną w spokojnym sztetlu gdzieś w okolicach Lublina i wiedzie spokojne życie, trochę się ucząc, trochę zbierając zioła z matką, a trochę próbując się zaprzyjaźnić z nieco starszym od siebie gojem, chłopcem imieniem Tadeusz. Wszystko zmienia się w dniu pogromu, który burzy codzienny porządek, a Hannah prócz śmierci najbliższych przynosi spotkanie z Mendlem Wysokierem, dość nietypowym, ale jednak wiernym aniołem stróżem. Dziewczynka już dobrze wie, że sztetl jest dla niej o wiele za mały, a Warszawa, do której przeprowadza się jako nastolatka, to tylko przystanek na drodze do wielkiego świata. Do kariery… i do ukochanego Tadeusza.

Los rzuca Hannah do Australii i choć wszystko wydaje się obracać na jej niekorzyść, dziewczyna dzięki ciężkiej pracy i żyłce do interesów – a także wnikliwemu rozpoznaniu potrzeb klientek – nie tylko odbija się od finansowego dna, ale z nawiązką spłaca wszystkie długi i kreuje zupełnie nową gałąź przemysłu. Sprzedaje kremy, własnoręcznie przygotowane dzięki niezmordowanym próbom (i błędom), sprytnie podsuwając je jako produkt luksusowy eleganckim damom z towarzystwa. Bez wahania manipuluje, kim da się manipulować, od pierwszego kochanka, przez sprzyjającą jej rodzinę MacKennów, aż po starsze panie, pomagające przy pierwszym instytucie piękna. Rozwija swoje umiejętności, uczy się języków, pochłania literaturę… i wreszcie rusza na podbój Europy, chcąc po pierwsze założyć kolejne instytuty na Starym Kontynencie, a po drugie, odnaleźć Tadeusza. I Mendla. I więcej nie powiem.

helena rubistein
A tu sama Helena Rubistein.

Sulitzer dość luźno oparł się na biografii Heleny Rubinstein, damy wielkiego rozmachu i jeszcze większego talentu do interesów, która urodziła się jako Chaja na krakowskim Kazimierzu. Jej ścieżka do sukcesu, choć także malownicza, wyglądała nieco inaczej (zerknijcie na przykład tutaj), niemniej ten typ opowieści – o przedsiębiorczej kobiecie rozkręcającej nowatorski biznes – przywołuje mi natychmiast skojarzenie z Emmą Harte, bohaterką książek Barbary Taylor Bradford, do których mam całe kilogramy sentymentu. Emma z zahukanej pokojówki z  Yorkshire przeistoczyła się w kobietę sukcesu, właścicielkę międzynarodowego imperium handlowego. Hannah przechodzi podobną drogę (i wykazuje się podobną przebiegłością), choć trudno uwierzyć w tę postać tak szybko i łatwo, jak w pannę Harte.

Bohaterka powieści Sulitzera jest ambitna i zaradna, ale jednocześnie tak przemądrzała i tak perfekcyjnie zorganizowana, że jawi się jako postać nieznośna. Jej drobiazgowe planowanie każdego możliwego szczegółu, choć początkowo zrozumiałe i uzasadnione, na dłuższą metę okazuje się śmieszną obsesją. Mam wrażenie, że to trochę projekcja autora na temat tego, jak powinna działać i co powinna myśleć kobieta-geniusz, i im bardziej wydawało mi się to prawdopodobne, tym mniej byłam przekonana do głównej bohaterki. O błyskotliwych pomysłach u początków jej kariery, jeszcze na antypodach, czytało się świetnie, ale im więcej wyliczeń, ile funtów przynosi jej inwestycja, tym bardziej czułam się znużona. Wątek miłosny okazał się, cóż, raczej żenujący, a [uwaga spoiler] śledzenie Tadeusza przez całą Europę jednak nieco niesmaczne, zwłaszcza, jeśli chodzi o finał.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Hannah” czyta się szybko i łatwo – zwłaszcza, jak przeskanuje się wzrokiem wyliczenia finansowe, zamiast wczytywać się w każdy funt – a historia „od sztetla do Nowego Jorku” zapewnia interesującą rozrywkę. Daje także asumpt do zainteresowania się pierwowzorem Sulitzerowej bohaterki, a to chyba największy atut całej powieści.

PS. Mamie-Malicie, oczywiście, dziękując za pożyczenie!


„Hannah” Paul-Loup Sulitzer
(“Hannah”, 1985)
Tłum. Katarzyna Skawina, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 1998

2 myśli w temacie “Hannah, królowa kremów, czyli prawie o Rubinstein

  1. Rzeczywiście trudno się oderwać, choć historia momentami mocno przerysowana. Polecam biografię Heleny Rubinstein – to dopiero była postać! A do Emmy Harte mam podobnie wielki sentyment jak Ty!

    1. To ja biografię bardzo chętnie w wolniejszej chwili. Skądinąd, ostatnio kartkowałam „Karierę Emmy Harte” w poszukiwaniu jednej z moich ulubionych scen – przejęcia dworu Fairleyów!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.