Emigrantki w Hongkongu nie zachwycają, czyli Janice Y.K. Lee

Wyjeżdżasz z rodzinnego miasta, z ojczystego kraju. Migrujesz w poszukiwaniu lepszej pracy, wyższych zarobków, ekscytujących przygód, oderwania się od dotychczasowej rzeczywistości… albo towarzyszysz komuś w tej migracji. Na miejscu zanurzasz się w lokalną społeczność, przesiąkasz tamtejszą atmosferą… albo zamykasz się w dzielnicy zarezerwowanej dla cudzoziemców. Różne są motywacje i doświadczenia łączące ekspatów. Janice Y.K. Lee w „Emigrantkach” przedstawia trzy takie historie, splecione ze sobą w barwnym Hongkongu. I żadna z nich mnie do siebie nie przekonała.

Trzy bohaterki stworzone przez Lee na pozór niewiele łączy: tak, wszystkie trzy przybyły z Ameryki do Hongkongu, ale na tym podobieństwa właściwie się kończą. Dwudziestosiedmioletnia Mercy, od dziecka przyzwyczajana do myśli, że jej życie potoczy się mało fortunnie, mniej lub bardziej bezwiednie realizuje obietnice jasnowidzów. Owszem, ukończyła prestiżową uczelnię, zdającą się innym światem po rodzinnym Queens, ale właściwie studia nauczyły ją tylko życia ponad stan. W Hongkongu planowała zacząć od nowa, ale zdarzył się pewien tragiczny incydent i dziewczyna teraz coraz bardziej popada w marazm. Incydent ów połączył ją – czy raczej, rozłączył – z Margaret, drugą bohaterką, piękną i elegancką panią architekt, która przybyła do Azji w ślad za swoim mężem. Margaret jeszcze niedawno była matką trójki cudownych dzieci. Teraz ma tylko dwoje i mimo upływu wielu miesięcy nie potrafi oswoić się ze stratą. Jest jeszcze Hillary, szalenie bogata i wpływowa w emigranckim środowisku, która od lat próbuje zajść w ciążę. Bezowocność tych starań rujnuje jej małżeństwo, co Hillary zdaje się ignorować i zaczyna starania o adoptowanie chłopca z sierocińca.

Płyniemy zatem przez codzienność trzech emigrantek, poznając ich troski, zmartwienia i marzenia. Płyniemy… nie bez znużenia. Przyznaję, że musiałam przekonać samą siebie, że „Emigrantki” należy przeczytać do końca, jako że mam wrażenie, że to nie jest książka dla mnie – nie byłam w stanie zrozumieć żadnej bohaterki. Najbliższa mi wiekiem Mercy tak działała mi na nerwy swoją bezmyślnością, że miałam ochotę potrząsnąć nią solidnie z prośbą o ogólne ogarnięcie życiowe. Problemy pozostałych bohaterek są dla zbyt odległe i choć mogę wyobrazić sobie boleść straty, której doświadczyła Margaret, to jednak jej historia nie poruszyła mnie tak, jak mogła.

Jedyne, co autentycznie zaciekawiło mnie w powieści Janice Lee, to portret całej tej społeczności ekspatów, duszących się we własnym hongkońskim sosie. Choć wśród cudzoziemców można wyróżnić przybyszy z wielu krajów, to jednak z czasem okazuje się, że najlepiej, najprościej trzymać z własną nacją. Ileż można nie-Amerykanom tłumaczyć, co to jest uniwersytet stanowy albo czym się różni futbol od piłki nożnej… bezpieczniej zaszyć się w Repulse Bay, jednolitej enklawie ekspatów:

W tym konkretnym zakątku Hongkongu nowo przybyli Amerykanie wpadają na siebie w supermarkecie i rozmawiają o kontenerach z rzeczami, które właśnie do nich płyną, i o tym, jak znaleźć dobre biuro podróży i dostać prawo jazdy. Mężowie wstają rano, wkładają garnitury i taksówkami albo minibusami jadą razem do wysokich błyszczących biurowców, podczas gdy kobiety krzątają się po domach, a potem przygotowują do meczu tenisa albo wolontariatu w bibliotece, bo dla większości z nich przeprowadzka wiąże się z porzuceniem pracy (s. 95).

Dodam jeszcze, że niezbyt podobało mi się tłumaczenie – konkretnie liczba dość osobliwych sformułowań. Przykładowo: „ćwiczenia z elokucji” (jak dla mnie „poprawne wysławianie się” brzmiałoby bardziej naturalnie), „pudełko Bento” (w tym kontekście: łatwiej zrezygnować z japońskiej nazwy, bo była nieistotna) czy „przekąska”, momentami miałam wrażenie, że bohaterowie nie jedzą nic innego. Przyznaję, że jest już pewne czepialstwo z mojej strony, ale jednak przeszkadzało przy lekturze.

Podsumowując: sam temat jest bardzo ciekawy, ale dobór historii, bohaterki i sposób poprowadzenia całej opowieści (zakończenie zbiło mnie z tropu…) po prostu mi nie odpowiadają. Jak to ładnie mówi się w języku Szekspira, it left me cold. Niestety.

PS. Uprzejmie dziękuję pani redaktor z Wydawnictwa Literackiego za książkę!


„Emigrantki” Janice Y.K. Lee
(“The Expatriates”, 2016)
Tłum. Dorota Malina, Wydawnictwo Literackie 2018

2 myśli w temacie “Emigrantki w Hongkongu nie zachwycają, czyli Janice Y.K. Lee

  1. Lubię takie książki o adaptowaniu się w innym środowisku i kraju, typu Niemka w Szanghaju („W Chinach jedzą księżyc”), nawet jeśli nie są za dobre. Szkoda, że te historie jednak nie wypaliły :(

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.