L. i Delphine, czyli frapująca Prawdziwa Historia

„Przeczytaj, bo muszę z tobą porozmawiać”, powiedziała tonem pełnym zachęty Mama-Malita, podsuwając mi „Prawdziwą historię” Delphine de Vigan. Kierowana doświadczeniem, które mówi, że matki zawsze mają rację, nie zwlekałam zbyt wiele… i pochłonęłam czterysta stron w tempie ekspresowym. A potem, rzecz jasna, musiałyśmy porozmawiać.

Delphine, uznana pisarka, właśnie niedawno wydała kolejną książkę: pełną autobiograficznych wątków opowieść o swojej matce, która, choć kontrowersyjna, została bardzo entuzjastycznie przyjęta przez czytelników. Wielu upatrywało w niej odbicia swoich własnych przeżyć i relacji rodzinnych, dzieląc się z autorką tymi wrażeniami na rozmaitych spotkaniach i targach książki. Właśnie w takiej chwili, po wielogodzinnym podpisywaniu setek egzemplarzy powieści, spotykamy wyczerpaną Delphine na dobrą sprawę po raz pierwszy. Kobietę wrażliwą, oszołomioną sukcesem i jeszcze nie spodziewającą się tego, co nadejdzie.

Delphine planuje odpocząć i zająć się dalszą pracą, ale, jak informuje nas w pierwszych słowach „Prawdziwej historii”, przez trzy lata po sukcesie ostatniej powieści nie napisała ani jednej linijki. Dosłownie, jako że skonstruowanie najbanalniejszego maila czy listy zakupów pozostawało poza jej zasięgiem, a na widok otwartego dokumentu w Wordzie wpadała w panikę. A wszystko zaczęło się w ten wieczór, kiedy poznała L. Tajemnicza L., elegancka Paryżanka, wydaje się Delphine fascynującą, acz enigmatyczną kobietą. Stopniowo zaprzyjaźniają się – a to wspólna kawa, aperitif, kino, kolacja – by wreszcie zacieśnić więzy w chorobliwie toksyczny sposób. L. przejmuje kontrolę nad życiem Delphine, a pisarka wpierw nie zdaje sobie z tego sprawy, ba, wręcz cieszy się, że ktoś dba o wszystkie aspekty jej codzienności: mieszka z nią, gotuje, odpowiada na maile, rozumie każdy najmniejszy problem. Najważniejszą kwestią dla L. wydaje się być jednak nowa książka Delphine i torpeduje wszystkie pomysły, które uważa za nieprawdziwe. Prawda, poszukiwanie Prawdy przez duże P: oto, co naprawdę interesuje czytelników.

Pisarze muszą powrócić do tego, co ich wyróżnia, odnaleźć potęgę wojny, mówi L. do Delphine. A wiesz, co to takiego? Nie? Ależ tak, dobrze wiesz. Jak sądzisz, dlaczego czytelnicy i krytycy zadają pytanie o autobiografię w dziele literackim? Ponieważ dzisiaj to jedyna racja bytu: zdać sprawozdanie z tego, co rzeczywiste, powiedzieć prawdę. Reszta nie ma żadnego znaczenia. Oto czego czytelnik oczekuje od powieściopisarzy: żeby wywalili wszystko na wierzch (s. 164).

Tak naprawdę w tej książce nie dzieje się zbyt wiele – przynajmniej na początku, dramatyczne wydarzenia przydarzają się nieco później – ale już od pierwszej strony znać nabrzmiałą emocjami atmosferę. Duszną wręcz, niepokojącą. Rozważania na temat roli literatury i powinności, jakie mamy wobec prowadzonych przez nas narracji zajmują w „Prawdziwej historii” bardzo wiele miejsca, prowadząc do finału w iście psychologiczno-thrillerowym stylu. Delphine de Vigan bawi się z czytelnikami już od samego tytułu: oryginalne “D’après une histoire vraie” oznacza właściwie „na podstawie prawdziwej historii”. Równie mocno daje do myślenia podobieństwo powieściowej Delphine i samej autorki: podobna historia i temat wydanych dzieł, obydwie są w związku z dziennikarzem imieniem Francois i mają dwójkę nastoletnich dzieci… gdzie kończy się prawda, gdzie zaczyna fikcja? To tylko jedno z pytań, jakie stawia „Prawdziwa historia”.

Tych pytań jest znacznie więcej, niż odpowiedzi, a de Vigan zręcznie unika podania jasnych rozstrzygnięć. Co tak naprawdę połączyło dwie powieściowe przyjaciółki i kim w rzeczywistości jest L.? Jaka jest prawdziwa (nomen omen) przyczyna pisarskiej niemocy Delphine i co stało się w paryskim mieszkaniu autorki, a co w wiejskiej rezydencji w Courseilles? Kto ma rację w wyjaśnianiu tej sprawy, Delphine czy wszyscy dookoła? Można tak pytać i pytać, ale przyczyni się to bardziej do jeszcze większego splątania tej opowieści, niż do znalezienia jednego, prostego wytłumaczenia.

Zatem: „Prawdziwa historia” Delphine de Vigan to książka ze wszech miar frapująca, pokrewna klimatem chwilami „Genialnej przyjaciółce” Eleny Ferrante, chwilami „Misery” Stephena Kinga, a jednocześnie bardzo… francuska. A zakończenie – ha, ostatnie słowa! – pozostawia w genialnym niedomówieniu, prowokującym do kolejnego przewartościowania swojej interpretacji. Koniecznie.

PS. Mamie-Malicie, rzecz jasna, dziękuję za książkę!


„Prawdziwa historia” Delphine de Vigan
(“D’après une histoire vraie”, 2015)
Tłum. Joanna Kluza, Wydawnictwo Sonia Draga 2016

4 myśli w temacie “L. i Delphine, czyli frapująca Prawdziwa Historia

  1. Niepokojąca historia i świetnie napisana. Dobrze czasem odpocząć od kręgu anglo-amerykańskiego. Tak odkryłam Ferrante, zanim zrobiło się o niej głośno, bo stwierdziłam, że w zasadzie nie znam włoskiej literatury poza „Lampartem” i Moravią. W zasadzie napisałaś już wszystko, mogę się tylko podpisać, ale wiesz, co jest najciekawsze? Wypisałam sobie ten sam cytat o prawdzie. Czemu mnie to nie dziwi?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.