O Trumanie Capote i łabędziach z Piątej Alei

Truman Capote to jeden z tych pisarzy, których się kojarzy, nawet jeśli się nie czytało żadnych jego dzieł. „Śniadanie u Tiffany’ego” w wersji filmowej widziałam ze cztery razy, łącznie z biograficznym filmem o Audrey Hepburn, w którym Truman obsztorcowywał aktorkę na planie. Autor kontrowersyjny i barwny, uwielbiający rozgłos, w powieści Melanie Benjamin zyskuje nad wyraz żywe oblicze. On sam i jego łabędzie – damy z towarzystwa, które w rubryczce „zawód” mogą wpisać „bywalczynie”. Kobiety piękne, bogate, szykowne… i skrywające wiele tajemnic, niekiedy skandalicznych.

„Łabędzie z Piątej Alei” przenoszą nas do lat 50-tych ubiegłego wieku, do Nowego Jorku, ale zredukowanego wyłącznie do najbardziej eleganckich rezydencji, hoteli i restauracji. Kipiąca przepychem epoka wielkich przyjęć, wytwornych familii i niewyobrażalnego bogactwa. Niepodzielnie w tym świecie panuje Barbara ‘Babe’ Cushing Paley, żona medialnego magnata, istota doskonała, uprzejma, zawsze wykwitnie ubrana, nienagannie umalowana i z wdziękiem pełniąca rolę eleganckiej pani domu i żony – roli, do której tresowano ją od najmłodszych lat. Choć dla większości pozostaje niedoścignionym ideałem, ona sama w głębi ducha czuje się samotna, opuszczona i niekochana. Tylko jedna osoba jest w stanie ją zrozumieć, tylko jednej pokazuje swoją prawdziwą (dosłownie) twarz. Nie jest to, rzecz jasna, zdradzający ją na prawo i lewo małżonek, ale Truman. Jej True Heart, jej najlepszy przyjaciel.

Ścisła więź, łącząca Trumana i Babe, Trumana i inne łabędzie, zyskuje łaskawe zezwolenie kolejnych łabędzich mężów głównie dlatego, że otwarty homoseksualizm Trumana („król Pedzio I”, mówi o sobie pisarz dość bezpardonowo) nie stwarza najmniejszego ryzyka dla uchybienia ich czci. Bill Paley, mąż Babe, nawet zaprzyjaźnia się z Trumanem, wyjawiając mu wiele ze swoich sekretów. Początkujący, choć już sławny pisarz – „Śniadanie u Tiffany’ego” i „Z zimną krwią” jeszcze przed nim – staje się entuzjastycznym gościem na jachtach i w letnich rezydencjach. Arogancki i afektowany Truman jednocześnie bawi damy z wyższych sfer i umiejętnie zdobywa ich serca, przysięgając każdej z osobna, że to ona jest dla niego tą najważniejszą. Tak naprawdę ta jedyna jest naprawdę jedyna – Babe, jego Bobolinka, której imię wypowie na łożu śmierci. Złożona relacja Babe i Trumana, trochę miłosna, trochę przyjacielska, trochę matczyno-synowska to najważniejszy wątek opowieści, którą snuje Melanie Benjamin.

Truman Capote i Babe Paley

Prócz całego kolorowego korowodu zdarzeń z lat 50-tych i 60-tych już od początku książki wiemy, dzięki krótkim przerywnikom, że w 1975 roku Truman popełnił opowiadanie „La Côte Basque”, które zniszczyło jego przyjaźń z łabędziami: tekst tragiczny w skutkach, odbijający się skandalem po całym mieście. Celowo nie zerkałam  przed zakończeniem lektury do łaskawych przepaści internetu, żeby spoilerowo sprawdzić, jak się dokładnie historycznie sprawy miały — ale miały się, moi drodzy, wprost dramatycznie. Dość powiedzieć, że doszło to tragicznego zgonu i zerwania wielu relacji towarzyskich. To przemyślany zabieg – otworzyć powieść sceną z 1975 roku, gdy łabędzie gromadzą się, na przekór publikacji, w restauracji La Côte Basque, by potem przenieść się dwadzieścia lat wstecz i pokazać wszystko, co doprowadziło Trumana do zdradzenia sekretów wysoko postawionych przyjaciółek.

Melanie Benjamin w „Łabędziach z Piątej Alei” uczyniła rzecz niezwykłą. Nie tylko przedstawiła frapujące postaci Trumana i jego dam, zwłaszcza Babe, nie tylko zrobiła to w świetnym stylu, ale przede wszystkim – i to mi się najbardziej podobało – barwnie odmalowała miniony świat, przesiąknięty szampanem, dymem z papierosów, konwenansami i skandalami. Na kartach powieści spotykamy szereg postaci współtworzących tamte czasy: od Kay Graham („Czwarta władza”, anyone?) aż po księcia Windsoru i jego amerykańską małżonkę. To, co mnie jednak najbardziej uderzyło, to niewyobrażalne dla mnie bogactwo łabędzi (no, przynajmniej części) i zmian, jakie to bogactwo powoduje w codziennym funkcjonowaniu. Przykładowo: Babe Paley zamiast iść do kina rezerwuje salę projekcyjną w CBS, któremu szefuje jej mąż, a w luksusowym domu towarowym Bergdorf Goodman ma swoją własną sprzedawczynię, asystentkę, która przynosi i odnosi ubrania, doradza i zachwala, byle tylko pani Paley nie musiała mieszać się z innymi klientami. Babe wie, że do Tiffany’ego nie wchodzi się tak ot, z ulicy, a biżuterii nie kupuje publicznie, tylko w prywatnych pomieszczeniach za ukrytymi drzwiami, gdzie serwuje się herbatę w eleganckich filiżankach, a brylantowe naszyjniki przynoszone są na aksamitnych tackach, tylko dla niej.

Uczciwszy cały ten luksus, elegancję, bogactwo, śmietankę towarzyską Nowego Jorku i okolic trzeba powiedzieć jeszcze jedno: powieść Benjamin to również smutna historia odchodzenia w przeszłość opisywanego świata. Dzieje się to na oczach samych łabędzi, które gorzko zdają sobie sprawę z własnych zmarszczek i plam wątrobowych na rękach, obserwując, jak upadają znane im obyczaje, a w dobie Wietnamu, Nixona czy Martina Luthera Kinga złota epoka blichtru osuwa się w brud, syf i zamieszki. Niemniej Babe Paley, bogini tego świata, na zawsze pozostaje ikoną bez skazy – tak widziały są jej przyjaciółki z łabędziego stada, tak widział ją Truman, jej True Heart.

Innymi słowy, dość błaha z pozoru książka okazała się być bardzo złożoną lekturą, która obrazuje bardzo wiele rzeczy – trudne i uparte dążenie do doskonałości, literackie ambicje i pragnienie zaszokowania jak największej liczby odbiorców, przykra pozycja żony-trofeum, niekochanej, ale efektownej… Melanie Benjamin stanęła na wysokości zadania. Jestem zachwycona.

PS. Książkę pożyczyła, gorąco orędując za jej przeczytaniem, nieoceniona Mama-Malita.
PPS. Zdjęcie Babe Paley na okładce przy takim kadrowaniu i takim tle nie wygląda najlepiej – doceńcie fotografie nowojorskiej bogini choćby tutaj!
PPPS. Mój plan na przyszłość: przeczytać „Z zimną krwią”. I obejrzeć po raz piąty „Śniadanie u Tiffany’ego”.


„Łabędzie z Piątej Alei” Melanie Benjamin
(“The Swans of Fifth Avenue”, 2016)
Tłum. Jacek Żuławnik, Wydawnictwo WAB 2017

8 myśli w temacie “O Trumanie Capote i łabędziach z Piątej Alei

  1. Świetna recenzja!
    Miałam tę książkę w koszyku, ale ostatecznie zrezygnowałam w obawie, że to banalna, kiepsko napisana historyjka. Dzięki Tobie zmieniłam zdanie i książkę z pewnością kupię.
    A potem wrócę do twórczości Capote :) Pozdrawiam!

  2. Uwielbiam Capote’ego (chyba nie odmieniłam zbyt karkołomnie?). Ale nie w odsłonie „Z zimną krwią” lecz w „Harfie traw” – genialne opowiadanie. Mam taki zbiorek „Muzyka dla kameleonów” i co jakiś czas tam wracam. Polecam. „Śniadanie” też znacznie lepsze w wersji pisanej niż filmowej, chociaż Audrey cudowna. Baaardzo mnie zachęciła recenzja do przeczytania pani Benjamin… mnia, mniam

    1. O, to już dopisuję do listy „do czytania”, bardzo chętnie! „Śniadanie” też wypada przeczytać. Ach, tyle do nadrobienia… ;)
      A „Łąbędzie” – koniecznie!

  3. W zasadzie mogę się tylko podpisać pod Twoją recenzją (znakomitą!). To poruszająca powieść, która dodatkowo jest kolejnym przykładem na to, że nie należy sądzić książek po okładkach. Aż boję się myśleć, co powiedziałaby Babe Paley, gdyby ją zobaczyła. Choć nie, ona nic by nie powiedziała, uniosłaby tylko znacząco brwi. Za to Truman…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.