Griszowie, baśnie i język cierni, czyli świat według Bardugo nadrabiam

Nie dalej jak ostatniego dnia ubiegłego roku Anka-która-wstawia-tytuł (i-zdecydowanie-za-rzadko-pisze, tak poza tym) popełniła pełen zachwytów wpis o „Języku cierni”, cudownie wydanym zbiorze baśni pióra Leigh Bardugo. Na fali zachwytu nad Anki zachwytem popędziłam, by nabyć ów tom i jakoś tak… przeleżał aż do marca. Przeleżał także dlatego, że – zgodnie z radą myszkovskiej – chciałam nadrobić w tak zwanym międzyczasie książki, które wprowadziłyby mnie w świat stworzony przez Bardugo, a mianowicie „Trylogię Griszy”. Świat przedziwnie bliski carskiej Rosji, zaludniony przez budzące grozę stwory oraz obdarzonych magiczną mocą Griszów.

Debiutancka trylogia Leigh Bardugo – a przynajmniej te dwie części, które przeczytałam, w tym miejscu kiwam niecierpliwie na osobę, która wypożyczyła trzeci tom, niechże odda – zabiera nas do świata bardzo ciekawego, acz znać i czuć tę debiutanckość. Pozwólcie na dwa zdania, zanim będę zachwycać się „Językiem cierni”. Otóż zjednoczoną ongiś Ravkę rozdarło pewnego dnia Niemorze, Fałda ciemności, w której nie znać promyku słońca. Przeprawienie się przez nią oznacza rzucenie wyzwania straszliwym potworom. Tylko legendarna Przyzywaczka Słońca może zniszczyć Fałdę… i oczywiście przybywa ona w stosownym momencie, w osobie zagubionej, wiecznie niedospanej sieroty imieniem Alina, która na co dzień usiłuje wywiązać się z obowiązków początkującej wojskowej kartografki i nie zdradzić się z uczuciem do przyjaciela z dzieciństwa. Niemniej niespodziewane odkrycie własnej mocy wynosi Alinę na sam szczyt – dziewczyna musi stawić się na królewskim dworze i wpasować się w złożoną hierarchię Griszów, z ich zwierzchnikiem, tajemniczym Darklingiem na czele. A prawdziwa wojna o władzę dopiero się rozpoczyna…

Mniejsza o to, jak bardzo Alina reprezentuje typ Mary Sue (nie bardzo, przynajmniej czytywałam gorsze przykłady), mniejsza o fakt, że trzech głównych męskich protagonistów zasadniczo na nią leci (wybaczcie ten żenujący kolokwializm, ale pasuje tu jak ulał), mniejsza o fatalne imię głównego złego (ups, spoiler?) – nie byłam w stanie zachować powagi, jak Alina truchlała z przerażenia przed Darklingiem. No błagam. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że z przyjemnością przegalopowałam przez obydwa dotychczas dostępne mi tomy, polegując a to na kanapie, a to w łóżeczku. Nie-dzielny (niedzielny i niezbyt dzielny) poranek zyskał na poczuciu błogiego rozleniwienia, kiedy kartkowałam „Szturm i grom”. A niedziela wieczór… to był czas spędzony w krainie baśni.

Na „Język cierni” składa się sześć opowieści, pochodzących z różnych rejonów świata stworzonego przez Bardugo: Ravki, Nowoziemia, Kerchu czy Fjerdy. Opowieści, dodajmy, budzących dziwnie bliskie skojarzenia z baśniami z naszego świata: od Jasia i Małgosi”, przez „Dziadka do orzechów” aż po „Małą syrenkę”. Panny młode w kokosznikach, wiedźmy i śpiewające syreny, mądre zazwyczaj zwierzęta i nie zawsze mądrzy ludzie, niełatwa miłość i prawda, która wymaga cierni. Niebanalne historie – zwłaszcza ta pierwsza, szkatułkowa baśń o Ayamie i potworze – urzekają klimatem, postaciami i oryginalnym spojrzeniem na niby doskonale znane nam historie. I co najważniejsze, to spojrzenie słodko-gorzkie, jako że te niby doskonale znane nam historie nagle potrafią skręcić w nieoczekiwaną i bardzo… życiową stronę.

Jeszcze: przepiękne jest to wydanie, dopieszczone nad wyraz. Największe wrażenie robią ilustracje Sarah Kirin, których styl bardzo mi odpowiada. Dopiero przy drugiej opowieści zorientowałam się, że ilustracje rozwijają się ze strony na stronę, rozpoczynając się jednym elementem u progu baśni, a kończąc pełną ramką przy jej końcu. Pomysł właściwie prosty, a wyjątkowo efektowny. Czerwono-niebieska kolorystyka i smukłe, piękne postaci mają w sobie coś magicznego. Właściwie połowę lektury „robią” te ilustracje, coś wspaniałego!

O ile zatem „Cień i kość” oraz „Szturm i grom”, dwa pierwsze tomy trylogii o Alinie, wzbudziły moje zaciekawienie przemieszane z pobłażliwością, to „Język cierni” pokazuje, jak rozwinął się talent pisarski Bardugo. Przyjemnie będzie śledzić ciąg dalszy tego rozwoju… a na razie idę polować na tom trzeci, bo jednak chcę wiedzieć, jak to się wszystko skończy. Po drodze przeczytam sobie jeszcze raz jedną czy dwie cierniowe baśnie, bo one służą właśnie do takiego zaczytania się znów i znów.

Jeżeli jesteś na tyle niemądry, by zboczyć ze ścieżki…, kusi Bardugo na otwarcie książki.
Bądźcie.


„Język cierni. Opowieści snute o północy i niebezpieczna magia” Leigh Bardugo
(“The Language of Thorns”, 2017)
Ilustracje Sarah Kipin
Tłum. Wojciech Szypuła, Wydawnictwo MAG 2017

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s