Elegia dla bidoków, książka frapująca, książka świetna

Na fali kulturoznawczej pasji poznawania świata zabrałam się niedawno za głośną książkę, która kreśli portret jednej konkretnej społeczności w kipiącym tyglu północnej Ameryki. Nawet nie przypuszczałam, jak wyjątkowa okaże się to lektura – „Elegia dla bidoków” J. D. Vance’a pokazuje nie tylko portret białej klasy robotniczej z rejonu Appalachów, ale także historię człowieka, który życiorysem – i to jeszcze przed trzydziestką – mógłby zainspirować niejedną powieść. Jego „Elegia”, podobnie jak „Made in USA” Guy Sormana (jeden z moich pierwszych wpisów!), pomaga objaśniać współczesną Amerykę – a przynajmniej pewną jej część.

Stany Zjednoczone, amerykański sen, Fabryka Snów, świat finansjery, Wall Street… wielkomiejskie oblicze Ameryki to tylko jeden z jej aspektów. Spójrzcie teraz na północny wschód kraju, na rejon Appalachów – to tam mieści się Pas Rdzy, tereny, w których ongiś święcił tryumfy przemysł ciężki, a dziś przemoc i poczucie beznadziei. To nie jest świat anglosaskiej protestanckiej elity, ale ojczyzna bidoków, białych Amerykanów wywodzących się ze Szkoto-Irlandczyków, niewykształconych robotników. Grupy społecznej, która od ponad 40 lat coraz bardziej pogrąża się w kryzysie. Hillbillies, czyli „bidoki”. Rednecks, czyli „buraki”. Dla J. D. Vance’a to przyjaciele, sąsiedzi i rodzina. Im poświęca swoją książkę.

„Elegię dla bidoków” można czytać na wiele sposobów: polityczny, militarny, społeczny, kulturowy, niemniej na mnie chyba najmocniejsze wrażenie zrobiła właśnie opowieść o rodzinie autora. Oddany przez biologicznego ojca do adopcji, pomieszkujący z trudną we współżyciu matką i jej kolejnymi mężami, wychowany wreszcie przez ukochanych dziadków, Mamaw i Papaw – przez wiele lat dzieciństwa był przekonany, że miłość to wojna, a kłótnie, agresję i rzucanie talerzami uważał za normalny sposób funkcjonowania z bliskimi. Jednocześnie z domu Mamaw wyniósł przekonanie, że kulturę bidoków spajało niewzruszone poczucie honoru i poświęcenie dla rodziny („nim Mamaw wyszła za mąż, jej bracia byliby gotowi zamordować każdego, kto uchybiłby jej czci”, pisze Vance, s. 53). „Stara bidoczka”, jak czule mówi o babci, mimo swoich przywar była dla niego szalenie ważną postacią i gdyby nie ona, nigdy nie udałoby mu się wydostać z duliny (tak, to celowa pisownia) w Jackson w stanie Kentucky, czyli z samego serca zagłębia węglowego.

Mogłabym zasadniczo wypisywać całe fragmenty, które mnie zafrapowały – jak to, że Mamaw miała dwóch bogów, Jezusa i Stany Zjednoczone Ameryki – ale to nie o to wszak chodzi. Żarliwa „Elegia dla bidoków”, pisana wprost z samego środka ich kultury, jest książką bardzo dającą do myślenia, i nie zawsze jest to myślenie napawające optymizmem. O ile sam autor wyrwał się z zaklętego kręgu biedy, przemocy i narkotyków, wstępując do Korpusu Piechoty Morskiej i studiując prawo na Yale, to jednak prognoza dla ogółu bidoków wcale nie jest już tak radosna. J. D. Vance, imigrant kulturowy z klasy robotniczej do wyższej, jasno pisze, że problemów całej społeczności nie stworzył żaden rząd, korporacja czy inna zewnętrzna siła. „To nasze dzieło i tylko my możemy je rozwiązać. (…) Nie wiem, jaka dokładnie jest odpowiedź na nasze problemy, ale na pewno na początek musimy przestać winić Obamę, Busha czy korporacyjne byty bez twarzy i zapytać siebie samych, co możemy zrobić dla poprawy sytuacji”, deklaruje (s. 312). Jak dokładnie rozwiązać ten problem? To już jest zupełnie inna historia…

Cytat z „The Globe and Mail” na skrzydełku polskiego wydania głosi, że to w „Elegii” znajdziemy wyjaśnienie fenomenu Trumpa, mimo, że nie pada w niej jego nazwisko (wydano ją w oryginale jeszcze przed ostatnimi wyborami). Brzmi to gorzko, zwłaszcza, że dla obecnego prezydenta USA problemy białej klasy robotniczej nie są priorytetem. Cała zresztą książka jest mocno gorzka, mocno przykra, a jednocześnie bardzo otwierająca oczy. Pokazała mi prawie zupełnie nieznany wcześniej rejon Stanów Zjednoczonych i właśnie dlatego pozostaję pod tak dużym jej wrażeniem. Mogłabym pisać jeszcze i pisać – choćby o procesie zdobywania kapitału kulturowego przez autora podczas studiów na Yale czy jego służbie w marines – ale poprzestanę tylko na stwierdzeniu, że „Elegia dla bidoków” to książka absolutnie niezwykła. Czytajcie.

PS. Dziękuję uroczej Pani Redaktor z Wydawnictwa Marginesy za książkę… i naklejki!
PPS. Bardzo chętnie przejrzę też angielską wersję – przekład Tomasza S. Gałązki jest bardzo dobry, wybór tłumaczenia hillbilly jako „bidoka” uważam za wyjątkowo trafny– ale ciekawa jestem, jak to płynie w oryginale.
PPPS. Zerknijcie też na świetny tekst Owcy z Książką!


„Elegia dla bidoków” J. D. Vance
(“Hillbilly Elegy: A Memoir of a Family and Culture in Crisis”, 2016)
Tłum. Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Marginesy 2018

8 myśli w temacie “Elegia dla bidoków, książka frapująca, książka świetna

  1. W weekend byłam na filmie „Ja, Tonya” i miałam takie gorzkie uczucie przez cały czas, że twórcy mimo próby dotarcia głębiej, cały czas się z tych „rednecków” i „hillbillies” naśmiewają – takie „gdzie, wieśnioku, na salony, tu się na łyżwach jeździ”. I ten film nie jest wyjątkiem. Do tego choćby w „Whose Line Is It Anyway” cała masa żartów dotyczyła właśnie tych „bidoków” (stale powracał dowcip, że mają milion krewnych i wszyscy wiążą się między sobą). Chętnie poczytałabym o tym świecie więcej, tym bardziej że kiedyś byłam na ultraciekawym wykładzie o Ameryce na Uniwersytecie Otwartym i moja ciekawość świata domaga się więcej ;)

    1. Ciekawość świata to bardzo słuszna rzecz! Nie widziałam jeszcze filmu „Ja, Tonya“, ale tym bardziej teraz mam chęć. A świat bidoków, cóż, jest naprawdę frapujący.

  2. Skończyłam w ten weekend słuchać w oryginale, czytane przez samego autora. Momentami to jego beznamiętne czytanie najbardziej paskudnych momentów bardzo przypominało o tym, że to jego wyuczony akcent i może dlatego brzmi tak rzeczowo, dokładnie i powolnie.
    Akurat sama historia biedy rednecków i problemy rodzinne to dla mnie nic nowego, ale ciekawa jest taka amatorska analiza zestawiona ze statystyami i teoriami profesjonalnymi. Momentami ta książka mocno poruszała, ale czasem była sucha, surowa w sensie śladowych umiejętności artystycznych autora.
    Żeby tłumaczyć fenomen Trumpa? Za dużo i za szumnie się reklamuje te wspomnienia.
    Muszę sobie to wszystko jeszcze poukładać i rozkmninić.

    1. Bardzo mnie interesuje słuchanie w oryginale!Gdzie to można drapnąć do rozkmin osobistych?
      I fakt, tłumaczenie fenomenu Trumpa jedną książką to trochę za wyrost…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.