Niedyskretnik z irytującą narracją, czyli szukamy wiktoriańskiej sensacji

Fascynujemy się przeszłością, to fakt. Wiek XIX stanowi wyjątkowo wdzięczną czasoprzestrzeń do eksplorowania: ach, te stroje, bale, maniery, anse i awanse… i tyle źródeł do czerpania wiedzy, wszak nie tylko kroniki i pamiętniki, ale prasa, reklamy, fotografie – do wyboru, do koloru! Z tych źródeł wypływa jednak nie romantyczno-idylliczne oblicze epoki wiktoriańskiej, ale to prawdziwe: dużo mniej piękne, jak się można domyślić. Można je pokazać z nutą dowcipu i sensacji – co próbuje zrobić Therese Oneill w świeżo wydanym w Polsce „Niedyskretniku”. Próbuje, podkreślam. 

Pełen tytuł opus Oneill od razu wprowadza w temat: „Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna o seksie, małżeństwie i dobrych manierach, a o czym mówić nie wypada” (skądinąd, świetny pomysł na przekład tytułu, w oryginale brzmi on “Unmentionable”). I otóż właśnie otrzymujemy skrócony kurs bycia wiktoriańską damą: od toalety codziennej i ubioru aż po relacje damsko-męskie i problemy zdrowotne. To, co wyróżnia „Niedyskretnik” na tle innych tego typu publikacji (notabene, pamiętacie tę o modzie?) to bezpruderyjne pakowanie się w tematy, no właśnie, niedyskretne. Czyli dama, mimo pełnego rynsztunku złożonego z krynoliny, halek i sukni nie nosi majtek, ponieważ inaczej ciężko byłoby korzystać z nocnika. Może, choć autorytety wyrażają sprzeczne opinie, korzystać z szydełkowych podpasek, a także z aluminiowych guzików w roli kapturków dopochwowych. Niekiedy popada w histerię (przynajmniej taką słyszy diagnozę), ewentualnie słucha gromów ciskanych na niebezpieczeństwa wynikające z masturbacji. Innymi słowy, prócz standardowego przeglądu obyczajów i garderoby zaglądamy w miejsca, o których pruderyjna kobieta oficjalnie wiedzieć nie powinna. Niestety, całość podana w tonie usilnego szukania sensacji.

Zasadnicza większość tej książki polega na tym, że autorka proponuje nam wypisy z rozmaitych poradników i innych mądrych dzieł, napisanych głównie przez mężczyzn. Dzieł, które naturalnie nie przystają do wiedzy medyczno-biologiczno-fizjologicznej i/lub społecznej, jaką możemy się poszczycić w XXI wieku. Daje to rzecz jasna asumpt do tego, żeby wykpić ówczesne poglądy – albo surowo je potępić – co może jest zabawne i dowcipne na jeden rozdział, ale cała książka utrzymana w tym tomie robi się nieco nużąca. Niemniej to, co mi najbardziej w tej książce przeszkadza, to narracja. Otóż, moi drodzy, narracja jest drugoosobowa, czyli autorka zwraca się familiarnym monologiem do swojej czytelniczki PRZEZ CAŁĄ KSIĄŻKĘ. No, może wyjąwszy te miejsca, kiedy cytuje światłych dżentelmenów i ich poglądy na zaloty/zabiegi kosmetyczne/poprawną menstruację. Zaczyna się to wszystko następująco:

Dziękuję, że się zjawiłaś. Może zechciałabyś posiedzieć ze mną przez chwilę, moja przyjaciółko? Mam nadzieję, ze wybaczysz mi poufałość, ale upieram się przy tym, że moją towarzyszkę podróży powinny charakteryzować swoboda i otwartość. Wyprawa tego rodzaju jest sprawą intymną. Przyszłaś do mnie, ponieważ usłyszałaś o tym, co mogę zrobić. gdzie mogę cię zabrać. Jesteś, jak podejrzewam, gorliwą fanką czasów, w których wszystko było prostsze. Nie potrafisz oprzeć się urokowi filmu, którego bohaterka nosi halki (…). Jesteś przekonana o tym, że dobrze znasz wiek XIX, sądzisz, że to okres rycerskości i honoru, olśniewających piękności i radosnych służących. Byłaś już w tych czasach wiele razy, ale tylko jako gość, obserwator (s. 9).

Innymi słowy – ja, autorka, jestem tu po to, aby zrewidować twoje romantyczne poglądy na brudny wiek XIX, na czele z epoką wiktoriańską w wydaniu głównie amerykańskim, i zabiorę cię do prawdziwego świata przeszłości, gdzie oprócz wytwornych koków i liścików od ukochanych damy musiały się przejmować wypadającą macicą tudzież odpowiednimi proporcjami amoniaku i gorącej wody do mycia włosów. Sama idea szczytna, ale to nieustanne zwracanie się do czytelniczki wybitnie mi nie odpowiada jako koncept narracyjny.

Podsumowując, mam wrażenie, że jest to trochę wyważanie otwartych drzwi, to nieustanne podkreślanie, że TERAZ to mamy inaczej, a DAWNIEJ, hohoho, ale się działo. Ja naprawdę jestem już świadoma, że XIX wiek wyglądał inaczej niż współczesność i owszem, chciałam poznać jakieś pikantniejsze szczegóły (ciekawość pierwszym stopniem do piekła, ja wiem). Nie przeczę, Therese Oneill przemyca sporą dawkę wiedzy, ale ton i sposób działały mi na nerwy od pierwszej do ostatniej strony. Na plus zaliczam naprawdę ładne wydanie, z dużą ilością stosownych ilustracji. Ergo, pomysł – niezły. Ale wykonanie – trója z minusem. A szkoda.

PS. Dziękuję uprzejmie za egzemplarz wydawnictwu MUZA!


„Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna o seksie, małżeństwie i dobrych manierach, a o czym mówić nie wypada” Therese Oneill
(“Unmentionable”, 2016)
Tłum. Jolanta Sawicka, Wydawnictwo MUZA 2018

2 myśli w temacie “Niedyskretnik z irytującą narracją, czyli szukamy wiktoriańskiej sensacji

  1. Tematycznie brzmi jak książka dla mnie, ale narracji drugoosobowej nie znoszę i unikam, więc ciężki orzech do zgryzienia ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.