Morderczyni. Alias Grace.

alias graceOd kilku miesięcy tu i ówdzie natykam się, kartkuję, przerzucam książki Margaret Atwood. Ot, choćby wstrząsająca antyutopia „Oryks i Derkacz” (na tyle wstrząsająca, że puściłam mimo oczu dalszy ciąg), albo wyborny „Czarci pomiot” (jakkolwiek by to nie brzmiało), albo przeczytana ponownie, tym razem w oryginale, „Opowieść podręcznej”, okraszona obietnicą obejrzenia serialowej ekranizacji. Zresztą serialowe ekranizacje dzieł Atwood teraz w modzie, bo nie tak dawno na srebrne ekrany trafił serial „Alias Grace” – a ja postanowiłam nadrobić książkowy pierwowzór. Continue reading „Morderczyni. Alias Grace.”

Kolej podziemna, czyli nieskończona ucieczka

Pamiętacie moje zachwyty nad „Ptakiem dobrego Boga”? Otóż finałem tych zachwytów była obietnica książki następnej, to jest „Kolei podziemnej” Colsona Whiteheada. Najnowsza powieść Amerykanina została obsypana rozmaitymi nagrodami, w tym Pulitzerem w 2017 roku i Arthur C. Clarke Award. „Ulubiona powieść Baracka Obamy i Oprah Winfrey!”, głosi entuzjastycznie okładka polskiego wydania. U mnie, przyznaję, entuzjazm nieco mniejszy, ale książka jest warta uwagi. Continue reading „Kolej podziemna, czyli nieskończona ucieczka”

Exodus Orbitowski z finałem rozczarowującym

Już od dawna obiecywałam sobie, że nadrobię książki Łukasza Orbitowskiego. Obiecywałam jednak jakoś mało skutecznie – przeczytałam lata temu „Święty Wrocław” i byłam nastawiona na więcej, a w międzyczasie minęły choćby „Szczęśliwa ziemia” czy „Inna dusza” nagrodzona Paszportem Polityki, ale jakoś… nie udało się. Ale nabyliśmy sobie najnowsze Orbitowskie opus, zdecydowanie od fantastyki odchodzące – mianowicie powieść „Exodus”, przeczytaliśmy i starannie wraz z Królem Małżonkiem przedyskutowaliśmy. Continue reading „Exodus Orbitowski z finałem rozczarowującym”

Kisiel na Blue Monday, czyli jak życie umilić wraz z siłą niższą

Tym razem w pucharku budyń, ale dążę do kisielu.

Kiedy za oknem chłodna, przejmująca, styczniowa wilgoć lub mróz, żywot zdaje się być ponury i nudnawy, a organizm po cichu woła o wiosnę – idzie nam inwestować w środki pomagające przetrwać mniej przyjemne zimowe momenta. Na przykład w książki. I powiem Wam, że dwa wieczory spędzone na kanapie z herbatką, kocykiem i „Siłą niższą” Marty Kisiel zdecydowanie przyczyniły się do wzrostu jakości dnia codziennego. Oj, zdecydowanie. Continue reading „Kisiel na Blue Monday, czyli jak życie umilić wraz z siłą niższą”

O baronie, co siedział na drzewach, czyli Italo Calvino

Nie da się ukryć, że cudza rekomendacja czyni cuda. Więc kiedy Król Małżonek zachwycał się oryginalną wersją powieści Italo Calvino „Baron drzewołaz”, streszczając mi tudzież tłumacząc na bieżąco co ciekawsze fragmenty, od razu przepadłam i wiedziałam, że też chcę. Zwłaszcza, gdy dowiedziałam się, że w powieści występuje il bassotto dwojga imion, Ottimo Massimo. Czyli jamnik. Nabyłam zatem w prezencie tłumaczenie – dla Króla Małżonka, żeby mógł porównać, i trochę dla siebie, bom jednak leniwa – i przepadłam. Continue reading „O baronie, co siedział na drzewach, czyli Italo Calvino”

Nierówny splot opowieści, czyli Karpowicz i Miłość

Ignacy Karpowicz zachwycił mnie bezbrzeżnie powieścią „ości”, byłam także pod dużym wrażeniem „Sońki”. Gdy zatem pojawiła się w księgarniach najnowsza jego „Miłość”, poczułam się zainteresowana. Książka, pierwotnie zakupiona w ramach prezentu, niespecjalnie się obdarowanej Mamie-Malicie spodobała. Zabrałam się zatem ja, chcąc wyrobić sobie opinię, niemniej rezultat jest taki, że sama nie do końca wiem, co myśleć. Continue reading „Nierówny splot opowieści, czyli Karpowicz i Miłość”

Krivoklatowy monolog nadrabiam, czyli zachwyty u progu 2018 roku

Jeśli cały rok czytelniczy będzie taki, jak moja pierwsza lektura w 2018, to, laboga, będzie to dobry rok. Albowiem przeczytałam „Krivoklata” Jacka Dehnela. Tak, nihil novi, wszak powieść tę wydano przeszło rok temu w serii Proza.pl (jak „On” Zośki Papużanki, pamiętacie?). I przeszło mi w okolicach premiery przez myśl, że może by przeczytać, ale jakoś myśl ta rozmyła się i trzeba mi było dopiero popaść w bezbrzeżny zachwyt po „Dzienniku roku Chrystusowego”, żeby się za Dehnelową prozę zabrać. Lepiej późno niż wcale! Continue reading „Krivoklatowy monolog nadrabiam, czyli zachwyty u progu 2018 roku”