Teatr złoczyńców, czyli ostrożnie z tym Szekspirem

Dużo ciastek, dużo książek, czyli jak przetrwać zimę

Opowiadanie na nowo dzieł Szekspira chyba nigdy mi się nie znudzi. Dzieła mistrza ze Stratfordu inspirują od lat twórców do rozmaitych adaptacji i retellingów, w tym do tak cudownych rzeczy, jak mariaż elżbietańskiego teatru i Gwiezdnych Wojen czy Projekt Szekspir w 400 rocznicę śmierci dramaturga z udziałem poczytnych współczesnych pisarzy. M. L. Rio sięgnęła do dzieł Szekspira nieco inaczej – jej bohaterowie Szekspirem właściwie rozmawiają, wręcz nim żyją, co może mieć niebezpieczne konsekwencje. W końcu… to „Teatr złoczyńców”!

Jest bowiem zbrodnia i jest teatr. Zbrodnia o tyle niejasna, że z początku właściwie jeszcze nie wiemy, ani kto zginął, ani kto zabił. Wiemy natomiast, kto nie dokonał morderstwa, ale odsiedział za nie prawie pełen wymiar kary. Olivier Marks wychodzi na wolność po dziesięciu latach i wreszcie decyduje się opowiedzieć swoją historię eks-policjantowi prowadzącemu sprawę. I tak cofa jego i nas do błogosławionych, do przeklętych lat studenckich w Dellecher Classical Conservatory, postępowej uczelni artystycznej. Było ich siedmioro, studentów ostatniego roku aktorstwa, otoczonych przez książki, uwielbianych przed młodszych kolegów i wykładowców. Przed sobą widzieli tylko świetlaną przyszłość i świat ścielący się u stóp.

Cóż, przynajmniej część z nich tak uważała, bo sam Oliver, chłopiec przeciętny, bez większych sentymentów i uraz wiedział, że jest przeznaczony do grania ról drugoplanowych. Mniejszy talent, mniejsza charyzma. Nie to, co Richard, grający postacie wzbudzające strach i podziw, albo nieziemsko piękny i zdolny James, albo zagadkowa Filippa, zdolna wcielić się zarówno w Horacego, jak i w Emilię. To ważne: w Dellecher gra się wyłącznie Szekspira i gdy na czwartym roku przychodzi czas na wystawienie „Juliusza Cezara”, napięcie sięga zenitu… a emocje zrodzone przez sztukę i wzajemne relacje siódemki aktorów znajdą ujście nie tylko na deskach sceny. Wszyscy są winni i jednocześnie nikt nie nosi w sobie winy.

M. L. Rio popełniła szalenie ciekawą książkę: ciekawą w konstrukcji powieściowej, ale też dramatycznej (część dialogów jest rozpisana jak kwestie w sztuce), ciekawą w klimacie obyczajowym, psychologicznym i kryminalnym jednocześnie. „Teatr złoczyńców” to zresztą też historia o tym, jak niebezpieczne jest utracenie granicy między grą a realnym życiem. Gdzie kończą się rzucane jak z rękawa adekwatne cytaty z Szekspira, a gdzie faktyczne ich znaczenie. „Zbyt wiele razy zadawałem sobie pytanie, czy to sztuka naśladuje życie, czy odwrotnie”, myśli Oliver zaraz w pierwszej scenie swojej opowieści i pewnie jeszcze nie zdaje sobie sprawy, jak prorocze to słowa.

Tutaj należą się ukłony dla tłumaczki, bo przełożenie takiej ilości szekspirowskich nawiązań nie było łatwe: bohaterowie wręcz dosłownie mówią Szekspirem, sypiąc cytatami z ponad dwudziestu sztuk w zwyczajnych, codziennych rozmowach. Odnalezienie tych cytatów w polskich tłumaczeniach (u Barańczaka, Paszkowskiego, Ulricha i Koźmiana) było pracą żmudną, i wiem co mówię, bo zaglądałam tłumaczce przez ramię w trakcie – „Teatr Złoczyńców” spolszczyła Katarzyna Malita, znana w internetach także jako Mama-Malita. Brawo Mama!

Zatem Szekspir, nieoczywista zbrodnia i jeszcze bardziej nieoczywiści złoczyńcy. M. L. Rio zręcznie prowadzi przez splątane ścieżki zazdrości, miłości, podziwu i nienawiści. A zakończenie… ha! Słowa więcej nie powiem. Trwajcie w tym śnie, jak w zabawie, a co złe, to ja naprawię.
(exeunt omnes)

PS. Mama-Malita podarowała mi egzemplarz autorski tłumaczki, dziękuję!


„Teatr złoczyńców” M. L. Rio
(„If We Were Villains”, 2017)
Tłum. Katarzyna Malita, Świat Książki 2017

4 myśli w temacie “Teatr złoczyńców, czyli ostrożnie z tym Szekspirem

  1. „I can no other answer make but thanks. And thanks, and ever thanks” – William Shakespeare, The Twelfth Night. Przepraszam, że tym razem bez tłumaczenia…

  2. Wow! Gratulacje dla mamy, ale i Tobie z powodu takiej wspanialej rodzicielki! Nie lada wyzwanie tłumaczeniowe :)
    Przypomniałaś mi przez ten wpis, a raczej przez wspomnienie o mariażu Szekspira i Gwiezdnych Wojen, że przecież miałam „Verily, a New Hope”, tylko komuś pożyczyłam… ale komu? Oto jest pytanie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.