Purezento, czyli złote blizny doskonałości

Niektóre książki są zapowiadane i oczekiwane na wiele miesięcy przed premierą, a inne pojawiają się niespodziewanie – i właśnie słowo „niespodzianka” dominowało przy ogłaszaniu nowej powieści Joanny Bator. „Joanna Bator wszystkich nas zaskoczyła – jej plany dotyczące kolejnej książki aż do tego momentu owiane były tajemnicą”, donosił mail od wydawnictwa Znak, zwiastujący premierę „Purezento” o nitkowanej złotymi żyłkami okładce. Puściłam zatem w niepamięć moje ubolewania nad „Rokiem Królika”, bo oto nadeszła opowieść na wskroś japońska.

Życiowe rozdroża jawią się niekiedy jako czasoprzestrzeń pełna marazmu i beznadziei. Spotykamy główną bohaterkę, a zarazem bezimienną narratorkę „Purezento” właśnie w takim momencie – kiedy straciła poczucie sensu, trwając całymi dniami w ołowianym stuporze (jej własne słowa). Tragiczna śmierć chłopaka (również bezimiennego), pasjonata rowerów i ogólne poczucie beznadziejności otępiają bohaterkę. Traci pracę w szkole, przesypia całe dnie, bezwiednie brnie przez kolejne godziny. Zaczyna widzieć rekiny ludojady, znamionujące wspomnienia o zmarłym chłopaku i utraconym z nim życiu. Ale przeznaczenie ma inne plany i zsyła panią Myōko, podróżniczkę uczącą się polskiego. Za sprawą uczennicy bohaterka wyjeżdża do Japonii, by na tokijskich włościach spędzić kilka miesięcy. Za sprawą uczennicy bohaterka-nauczycielka sama staje się uczennicą i szkoli się w szlachetnej sztuce kintsugi, naprawiania stłuczonej ceramiki za pomocą złota. Czarka sklejona złotymi nitkami staje się oczywistą metaforą dla bohaterki: oto może skleić swoje życie na nowo, jeśli będzie na tyle gotowa.

Purezento, prezent od losu, budzi wątpliwości (i narratorki, i moje) swoją nierealnością: oto nagle pojawia się cel w życiu, cel tak rozpaczliwie potrzebny, że aż wydaje się niemożliwy do znalezienia. A jednak jest, i okazuje się być nim malownicza tradycyjna rezydencja. I jeszcze opieka nad kotem o ludzkim niemalże zachowaniu i zagadkowym imieniu, czarną kulką karmioną wyrafinowanym posiłkami rybnymi. I jeszcze uczucie majaczące na horyzoncie, miłość, która zacznie się na stromych wzgórzach Kamakury. Takie rzeczy się nie dzieją.

W prozie Bator jednak nie ma rzeczy niemożliwych i to, co pozornie nierealne śmiało wkracza w zwykłą szarą rzeczywistość. Nie każdy jednak metafizyczno-oniryczny wtręt mi się podobał: wszechobecne rekiny ludojady o stu dwudziestu siedmiu ostrych zębach wydały mi się zanadto wydumane, ba, wręcz powodowały, że miałam ochotę potrząsnąć bohaterką i błagać ją o pozbieranie się na nowo. Drażniła mnie, także w formie wypowiedzi – męczyło to jej urywkowe cedzenie zdań. Ten dłuższy fragment dobrze pokazuje jedno i drugie:

Skorupy [czarki] wyglądały jak pokryte białym lukrem. Poczułam w ustach słodycz, którą pamiętałam z innego miejsca. Innego życia. Spod szklistej glazury przebijał kolor gliny. Widoczny był jakiś wzór. Pionowe i poziome ciemnobrunatne kreski. Słodki smak przywoływał obrazy. Lukier i piernikowe ciasto. Zamieszkałam z moim chłopakiem przed Bożym Narodzeniem (…). Upiekliśmy pierniki, ja i mój chłopak. Według przepisu z internetu. Wyszły za słodkie, a w garnku zostało dużo lukru. Na drugi dzień stwardniał jak lód. Spojrzałam w okno pracowni. Rekin ludojad przemknął przez ogród. Jego ślepia lśniły trupim blaskiem.

Ale muszę też przyznać, że nagle, nieoczekiwanie, nie wiedzieć nawet kiedy przyszedł taki moment, że przestało mi to wszystko przeszkadzać i na fali zauroczenia dopłynęłam do zakończenia. Zauroczenie to wyrosło z instytucji samego kintsugi – to bardzo nośny wątek, jako się rzekło – oraz postaci Makoto, który jest tak uroczy, że aż nierzeczywisty, ale wybaczam. Jak widać, purezento od losu nie zawsze musi być realne.

Przyznaję, łatwo mnie ugłaskać japońskością treści. Zaczynałam czytać najnowszą powieść Joanny Bator z pewnym niepokojem, który szybko przerodził się w irytację, by potem jakoś rozpłynąć się w stan zadowolenia. Sztuka kintsugi raz jeszcze okazuje się być znakomitą przenośnią: zniszczony i potrzaskany przedmiot może zyskać nowe życie i pielęgnować swoje złote blizny, doskonałość w niedoskonałości. Podobnie jak doświadczony przez los człowiek.

PS. Pięknie dziękuję Pani Redaktor z wydawnictwa Znak za egzemplarz powieści!


„Purezento” Joanna Bator
Wydawnictwo Znak, 2017

3 myśli w temacie “Purezento, czyli złote blizny doskonałości

  1. „Purezento” to książka, po którą z pewnością warto sięgnąć – i to najlepiej tuż przed Świętami. Joanna Bator udowadnia, że zawsze istnieje szansa na coś nowego, a sama fabuła wprowadza nieco magii. Polecamy! :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.