Jak się wiedzie na Księżycu, czyli Artemis, czyli Andy Weir

Nie tak dawno temu świat oszalał na punkcie Marka Watneya, botanika i inżyniera, który wskutek wypadku został sam, jeden jedyny, na Marsie. A potem cały świat dokonywał cudów, by go uratować. Marsjańska ekspedycja, opisana w błyskotliwym debiucie Andy’ego Weira, zachwyciła także w wersji filmowej z idealnie pasującym do roli Mattem Damonem. Olbrzymi sukces powieści pozwolił Weirowi na całkowite poświęcenie się pisaniu i oto mamy efekty: po „Marsjaninie” przyszła kolej na „Artemis”, niedawno wydaną także w Polsce.

Rzecz dzieje się w kosmosie, ale tym bliższym – konkretniej, na Księżycu. Dumne miasto Artemis mieści się w pięciu olbrzymich bańkach na powierzchni i w kondygnacjach sięgających kilkanaście pięter w głąb. Obowiązuje tu dokładnie taka sama strefa czasowa, jak w Nairobi – Artemis to placówka zaziemska Kenii – a grawitacja jest sześć razy słabsza, niż na Ziemi, co oznacza, że można wbiec na piętnaste piętro i nawet się nie zmachać. To nie jedyna z atrakcji, jaka czeka przybywających na dwutygodniowy turnus turystów, choć większość zaczyna przygodę w Artemis od obowiązkowej wizyty w Centrum Wycieczkowym Apollo 11 i podróży pociągiem przez księżycowy krajobraz (nomen omen!). Można się nawet szarpnąć na spacer lunarny  w skafandrze, a potem odpocząć w luksusowym Ritzu w pokoju z prawdziwą łazienką.

Wiadomo, że na takie przyjemności mogą sobie pozwolić głównie przybysze, ewentualnie bogaci mieszkańcy miasta (czytaj: miliarderzy). Pozostali mają nieco mniej komfortowe warunki życia, a nikt nie poznał ich tak dogłębnie, jak Jazz Bashara. Doręczycielka na etacie i przemytniczka po godzinach, artemizjanka od dzieciństwa, wiecznie uwikłana w długi i balansująca na granicy prawa. Jej życie wypełnia pogoń za pieniędzmi i marzenia o tym wspaniałym momencie, kiedy będzie miała mieszkanie z łazienką i kuchnią, a nie tylko trumno-sypialnię, a zakupy będzie robić na Arcade („jeśli musisz pytać o cenę, to znaczy, że cię nie stać”, stwierdza Jazz o księżycowym odpowiedniku Piątej Alei). Nic dziwnego, że kiedy dostaje propozycję zlecenia podejrzanego, ale za to bardzo (czytaj: BARDZO) lukratywnego, zgadza się z miejsca. I, rzecz jasna, wikła się w sprawę dużo poważniejszą niż kontrabanda złożona z kubańskich cygar. Już mniejsza o potencjalną karę deportacji, cała przyszłość miasta może być zagrożona…

alvernia kopułki
Jak czytałam o artemiskich bańkach, to miałam przed oczami wyłącznie kopułki z Alwerni…

Porównania „Marsjanina” i „Artemis” nasuwają się same, zresztą trudno się dziwić. Mniejsza o pozaziemskie okoliczności przyrody; podobny jest też sam zabieg pokazania całej historii głównie z perspektywy pierwszoosobowej narracji. Jazz Basarę łączy z Watneyem bystrość, błyskotliwość rozwiązań (pamiętacie akcję z ziemniakami?) i zadziorność charakteru, łącznie z kreatywnym podejściem do stosowanych przekleństw. Nie chciałabym tutaj bynajmniej popaść w potępieńczy ton i fukać na powtarzalność – Weir raczej wykorzystuje sprawdzone pomysły i robi to nadzwyczaj sprawnie. Po raz kolejny pieczołowicie buduje kosmiczny świat przedstawiony, precyzyjnie opisując rozmaite techniczne szczegóły: od składu anortytu do zapalania płomienia w próżni. Nie będę tutaj buńczucznie twierdzić, że znam się na rzeczy, ale, laboga, brzmi to wszystko szalenie przekonująco, a jednocześnie nie jest nachalne w naukowości wywodu.

Najbardziej podobał mi się w „Artemis” aspekt społeczny: Jazz i jej silne poczucie tożsamości lokalnej, duma ze swojego księżycowego miasteczka, różne przekręty kolejnych mieszkańców – po prostu cały ten kolorowy tłum artemizjan, którzy sami w sobie nie są bardzo szczególni, po prostu żyją w trochę nietypowym miejscu. Podobnie księżycowe miasto nie jest utopią ani przygnębiającą wizją przyszłości, prędzej sprawnie zarządzaną placówką z obowiązkowymi porządnymi obywatelami i szemranymi typami, wszystko pod wodzą energicznej administratorki.

Innymi słowy, choć druga powieść nie oczarowała mnie tak jak pierwsza, to jednak Weir trzyma formę i potrafi przykuć uwagę. Otrzymujemy wciągającą historię z sympatyczną łobuziarą w roli głównej, której nie sposób nie polubić, a wszystko w naprawdę interesującym świecie. Zwłaszcza, że „Artemis” wcale nie leży tak daleko od naszych dzisiejszych możliwości!

PS. Za książkę uprzejmie dziękuję wydawnictwu Akurat.


„Artemis” Andy Weir
(„Artemis”, 2017)
Tłum. Radosław Madejski, wydawnictwo Akurat 2017

6 myśli w temacie “Jak się wiedzie na Księżycu, czyli Artemis, czyli Andy Weir

    1. Dziękuję – acz czasem ogólne wrażenie bywa równie skuteczne w zachęceniu (lub zniechęceniu) do książki. Poza tym, ja nie miałam wrażenia ogólników w Twoim tekście! :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.