Pielgrzym, czyli sensacyjna rewelacja a.k.a. rewelacyjna sensacja

Ostatnio toczyłyśmy z Mamą-Malitą dyskusję o tym, jak nieprzebrane ilości wydaje się obecnie książek i jak wiele znakomitych lektur może nam po prostu umknąć, bo po prostu o nich nie usłyszymy. Zwłaszcza, że na szeroko zakrojoną promocję nie zawsze mogą liczyć naprawdę dobre książki. Uczciwszy całe to zagadnienie, trzeba przyznać, że tym bardziej dobrze jest liczyć na czytających znajomych online i offline, którzy coś odkryją i będą innych również do tego odkrycia nakłaniać. I tak połowa mojej rodziny już dawno przeczytała mocarną – objętościowo i treściowo – powieść sensacyjną „Pielgrzym” Terry’ego Hayesa, odnotowując ten fakt autografami na szmucpaginie, a mnie się jakoś nie zbierało. Ale nakłonili mnie. O, jak dobrze, że mnie nakłonili. O, jak ja się raduję

Terry Hayes może pochwalić się bogatym CV: nagradzany scenarzysta („Mad Max 2”, jak choćby) i dziennikarz śledczy, mieszkał i pracował na trzech kontynentach, a „Pielgrzym” to jego debiut powieściowy, wydany w 2013 roku (w Polsce w 2014). „Thriller, w którym Terminator spotyka się z Polowaniem na Czerwony Październik” – tak o powieści mówi sam autor, opisując ją jako mariaż intrygi szpiegowskiej z nauką i technologią. I choć to brzmi znów jak powtórka z rozrywki i odtwarzanie tego, co już było po stokroć, to jednocześnie słusznie brzmi i niesłusznie. Bo co prawda znów trzeba ratować świat przed terroryzmem, ale za to w jakim stylu!

Otóż jest i szpieg, najlepszy agent najtajniejszej agencji, jaką znały Stany Zjednoczone. Agent ów, znany później pod kryptonimem „Pielgrzym”, wycofał się ze służby i napisał wnikliwą książkę na temat technik śledczych. Książkę, która okazała się wybornym zestawem wskazówek dla pewnego nowojorskiego mordercy. Ale Nowy Jork to tylko pierwszy przystanek podróży, która zakończy się szalonym wyścigiem z czasem, w którym stawką jest ocalenie ludzkości. Pozornie niepowiązane ze sobą wydarzenia i miejsca okazują się być kolejnymi kawałkami przerażającej układanki: tajne laboratorium gdzieś w Syrii, opuszczona wioska na zboczu góry w Hindukuszu, nieszczęśliwy wypadek w luksusowej tureckie rezydencji, egzekucja pewnego mężczyzny w Arabii Saudyjskiej i morderstwo nieznanej dziewczyny na Manhattanie. Jeden człowiek, który pragnie zemsty na dalekim wrogu. I jeden człowiek, który może go powstrzymać.

To, co wyróżnia powieść Hayesa, to świetnie poprowadzona narracja – całość opowiada nam sam Pielgrzym, który zna już całą historię, więc może pozwolić sobie na dramatyczne antycypujące komentarze na końcu rozdziału w stylu „nie mogłem oczekiwać, że…” albo „bardzo się myliłem”. Nie zawsze prowadzi nas chronologicznie: oprócz bieżących wydarzeń (spisek niszczący ludzkość, pamiętajmy) wraca także do początków swojej służby i do wydarzeń, które ukształtowały jego powieściową nemezis, niedościgłego Saracena. Czasem bardzo gorzko komentuje kondycję współczesnego świata i zagrożenia, jakie zupełnie ignorujemy albo jakie sami sobie stwarzamy. Ot, pierwszy przykład z brzegu: amerykańscy uczeni napisali artykuł o odtwarzaniu „z niczego” wirusa choroby Heinego-Medina (czytaj: z powszechnie dostępnych chemikaliów) i opisali to w naukowym artykule (równie powszechnie dostępnym), jednocześnie troskając się, że terroryści będą mogli wytworzyć broń biologiczną, nie mając dostępu do oryginalnego wirusa. „Pomysł był świetny i co najmniej jeden terrorysta nie wpadł nań, póki nie przeczytał tego artykułu”, ironicznie stwierdza Pielgrzym.

To jest ten typ książki, przy której obgryza się paznokcie i leje łzy przejęcia (są dzieła kultury, które przeżywam bardzo… fizycznie). Pieczołowicie skonstruowana intryga i splot tych wszystkich wydarzeń to jedno, świetny styl narracji to drugie, ale poza tym, pełno tu drobnych zdarzeń, wątków, wspaniałych postaci i rozwiązań (historia pewnego tureckiego basisty jest chyba moją ulubioną), które mają mniejsze przełożenie na Ostateczny Rozwój Akcji, ale czynią tę powieść po prostu wspaniałą. Mogłabym wymieniać i wymieniać te moje zachwyty, ale o ileż lepiej byłoby je odkryć osobiście?

Innymi słowy, spędziłam kilka dni, dawkując sobie ostrożnie tę przyjemność i siłą powstrzymując się, by nie czytać do rana. Absolutna rewelacja.

PS. Na razie nie widać kolejnych książek Hayesa w księgarniach, ale zapowiedziany „The Year of the Locust” czeka na wydanie, i krążą też ploteczki o ciągu dalszym „Pielgrzyma”.
PPS. Dziękując Mamie-Malicie i Tacie-Malicie, oczywiście.


„Pielgrzym” Terry Hayes
(„I A Pilgrim”, 2013
Tłum. Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis 2014

7 myśli w temacie “Pielgrzym, czyli sensacyjna rewelacja a.k.a. rewelacyjna sensacja

    1. @tanayah Tak, tak, pamiętam, że obiecałaś się za nią wziąć, kiedy ja o niej pisałam :D :D
      @MalitaKrólowa Ale się cieszę, że Ci się spodobało. Czasem okazuje się, że nie trzeba było aż tyle czasu zwlekać :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.