Dożywocie lepiej późno niż wcale, czyli Kisiel-prozę nadrabiam

Nie kisiel to, a galaretka, pun intended.

Miewałam niekiedy wrażenie, że jestem jedyną osobą w blogosferze, która nie czytała jeszcze żadnego dzieła Marty Kisiel – gorącym orędownikiem tejże jest na przykład Janek z Tramwaju nr 4, zresztą myszkovska również stosowała na mnie łagodną perswazję w stylu „oj, musisz”. Więc na tegorocznych Targach Książki podjęłam męską decyzję – nadrabiam zaległości – i nabyłam drogą kupna najnowsze wydanie pierwszej powieści Ałtorki (czuły ten epitet wywodzi się z forum Fahrenheita), mianowicie „Dożywocie”. Jeden przyjemny wieczór upłynął mi na podróży do Lichotki i spotkaniu z całym dożywotnim tałatajstwem. Oj, musiałam.

Rzeczy mają się następująco: Konrad Romańczuk, pisarz w wieku okołochrystusowym, o nieco mrocznej aparycji i raczej poczciwej duszy (do czasu), pewnego dnia pakuje dobytek życiowy do zdezelowanego tico i wynosi się do lasu. Dokładniej, do przybytku zwanego Lichotką, odziedziczonym po dalekim krewnym, którego Konrad nigdy w życiu na oczy nie widział. Przybytek okazuje się być ceglanym domeczkiem w stylu koszmarno-gotyckim, z obowiązkową wieżyczką. A co najbardziej kłopotliwe, zamieszkany jest przez dożywotników, których testament pociotka absolutnie zakazuje z Lichotki usuwać. Siła wyższa musiała niecnie chichotać, gdy Konrad po kolei poznawał swoich lokatorów: a był wśród nich uczulony na pierze anioł ‘alleluja’ Licho w bamboszkach, widmo romantyka samobójcy, oddające się wyrobowi konfitur i haftowi krzyżykowemu  oraz wielomackowy potwór imieniem Krakers, odległy krewny Cthulu, który rezyduje w piwnicy i znakomicie gotuje. Aha, w łazience mieszkają utopce. Cztery. A i to nie koniec kłopotów…

Ten kolorowy zawrót głowy, oprócz iście ułańskiej fantazji autorki w tworzeniu bohaterów, ma jeszcze jedną zaletę: jest świetnie napisany. Przez pierwsze strony można się czuć co prawda nieco oszołomionym dawką potoczystego, kipiącego humorem stylu, ale w miarę przebijania się przez te wszystkie językowe zawijańce i żarciki można coraz bardziej docenić całokształt. Kichające Licho (mówiące o sobie w rodzaju nijakim), mroczny panicz, milczący, ale troskliwy Krakers oraz inne przyległości z Lichotki budzą w nieszczęsnym dziedzicu pierwotnie tylko przerażenie, ale, dlaboga, jest z tego przednia zabawa. A potem coraz głębiej i głębiej zanurzamy się w tę radosną historię – czy raczej, historie, jako że książka składa się z pięciu rozdziałów opowieści.

Zasadniczo, „Dożywocie” okazało się dokładnie tym, czego oczekiwałam – arcyprzyjemną rozrywką z całą paletą arcykomicznych postaci, starannie przemyślanych i zarysowanych. To przede wszystkim one, wraz z rubasznym, barokowym stylem autorki, stanowią o sile tej książki. Fabuła wydaje się być raczej pretekstem dla pokazywania coraz to nowych sposobów testowania zakresu cierpliwości Konrada (a jest on niewielki, tak naprawdę, zakres, nie Konrad), choć przyznaję, cała wycieczka z trio zatroskanych sąsiadów-społeczników była naprawdę przednia. Tegoroczne wydanie książki zawiera także miły bonusik, mianowicie opowiadanie „Szaławiła” (przy okazji, jestem fanką tego, jak autorka odgrzebuje takie wspaniale draczne słowa), w którym raz jeszcze możemy wrócić do Lichotkowego lasu śladami bardzo przebojowej, choć nietuzinkowej bohaterki.

Tak na marginesie – Feliks Kres bodajże w „Galerii dla dorosłych”  napisał, że nie czyta fantastyki, bo jak książka jest zła, to żałuje, że stracił na nią czas, a jak dobra, to żałuje, że sam jej nie napisał (cytuję z głowy, czyli z niczego, ale sens był właśnie taki). Coraz klarowniej uświadamiam sobie, że wszystkie pomysły, które pielęgnuję w różnych zakamarkach dysku mojego laptopa, ktoś już w taki czy inny sposób wykorzystał. Mniejsza o literackie ciągoty Mality – prozę Marty Kisiel planuję nadrabiać w ciągu dalszym. Nawet na cito, jako że aura zaokienna wymaga odprężenia w postaci właśnie takiego dożywotniego absurdu.

PS. Zachwycam się jeszcze imieniem dla królika. Po-ez-ja!
PPS. „Szaławiłę” doczytywałam dziś w tramwaju w ramach dawkowania sobie przyjemności i skutek był taki, że prawie przegapiłam przystanek. Dwa razy. Jadąc tam i z powrotem.


„Dożywocie” Marta Kisiel
Grupa Wydawnicza Foksal & Uroboros, Warszawa 2017 (wydanie drugie)

12 myśli w temacie “Dożywocie lepiej późno niż wcale, czyli Kisiel-prozę nadrabiam

  1. O, również jestem gorącą orędowniczką prozy Marty Kisiel :) Czytałam już wszystko poza nową „Szaławiłą”, muszę nabyć ebooka, bo chyba w papierze osobno tego opowiadanka nie ma?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.