Purezento, czyli złote blizny doskonałości

Niektóre książki są zapowiadane i oczekiwane na wiele miesięcy przed premierą, a inne pojawiają się niespodziewanie – i właśnie słowo „niespodzianka” dominowało przy ogłaszaniu nowej powieści Joanny Bator. „Joanna Bator wszystkich nas zaskoczyła – jej plany dotyczące kolejnej książki aż do tego momentu owiane były tajemnicą”, donosił mail od wydawnictwa Znak, zwiastujący premierę „Purezento” o nitkowanej złotymi żyłkami okładce. Puściłam zatem w niepamięć moje ubolewania nad „Rokiem Królika”, bo oto nadeszła opowieść na wskroś japońska. Czytaj dalej „Purezento, czyli złote blizny doskonałości”

Jak się wiedzie na Księżycu, czyli Artemis, czyli Andy Weir

Nie tak dawno temu świat oszalał na punkcie Marka Watneya, botanika i inżyniera, który wskutek wypadku został sam, jeden jedyny, na Marsie. A potem cały świat dokonywał cudów, by go uratować. Marsjańska ekspedycja, opisana w błyskotliwym debiucie Andy’ego Weira, zachwyciła także w wersji filmowej z idealnie pasującym do roli Mattem Damonem. Olbrzymi sukces powieści pozwolił Weirowi na całkowite poświęcenie się pisaniu i oto mamy efekty: po „Marsjaninie” przyszła kolej na „Artemis”, niedawno wydaną także w Polsce. Czytaj dalej „Jak się wiedzie na Księżycu, czyli Artemis, czyli Andy Weir”

Dmitry Glukhovsky o backupie życia i byciu przyzwoitym, czyli Tekst

Nie jestem wielką entuzjastką narracji post-apokaliptycznych, choć zdarzało mi się czytać co nieco – od Stephena Kinga po Uniwersum Metro 2033. I to ostatnie jest tutaj kluczowe, bo jak się słyszy „Dmitry Glukhovsky”, to od razu myśli się „Metro”, poniekąd słusznie, ale jeden z najpopularniejszych współczesnych rosyjskich autorów popełnił także inne powieści. W tym tygodniu do księgarni trafiła najnowsza jego książka, „Tekst”, reklamowany jako „pierwsza realistyczna powieść” autora. I jest to bardzo przykry realizm, nie da się ukryć. Czytaj dalej „Dmitry Glukhovsky o backupie życia i byciu przyzwoitym, czyli Tekst”

Pielgrzym, czyli sensacyjna rewelacja a.k.a. rewelacyjna sensacja

Ostatnio toczyłyśmy z Mamą-Malitą dyskusję o tym, jak nieprzebrane ilości wydaje się obecnie książek i jak wiele znakomitych lektur może nam po prostu umknąć, bo po prostu o nich nie usłyszymy. Zwłaszcza, że na szeroko zakrojoną promocję nie zawsze mogą liczyć naprawdę dobre książki. Uczciwszy całe to zagadnienie, trzeba przyznać, że tym bardziej dobrze jest liczyć na czytających znajomych online i offline, którzy coś odkryją i będą innych również do tego odkrycia nakłaniać. I tak połowa mojej rodziny już dawno przeczytała mocarną – objętościowo i treściowo – powieść sensacyjną „Pielgrzym” Terry’ego Hayesa, odnotowując ten fakt autografami na szmucpaginie, a mnie się jakoś nie zbierało. Ale nakłonili mnie. O, jak dobrze, że mnie nakłonili. O, jak ja się raduję Czytaj dalej „Pielgrzym, czyli sensacyjna rewelacja a.k.a. rewelacyjna sensacja”

Frida Kahlo prywatnie, czyli wstęp do dalszej znajomości

Nie pamiętam, które dzieło kultury jako pierwsze przybliżyło mi postać Fridy: czy opowieść, którą popełniła Bárbara Mujica (Marginesy wznowiły ją jakiś czas temu), czy też film z Salmą Hayek w roli głównej. Frida przemyka też w jednym z moich ukochanych filmów, „Modigliani – pasja tworzenia”, co jest o tyle zabawne, że w 1920, gdy toczy się akcja, była nastolatką i jeszcze jej się nie śniło małżeństwo z Rivierą. Tak czy tak, wydaje mi się, że od zawsze wiedziałam, kim była señora Kahlo, a jej charakterystyczne autoportrety z nutką surrealizmu rozpoznaję bezbłędnie i w ułamku sekundy. Co ciekawe, to kompletnie nie jest typ malarstwa, który lubię (team prerafaelici, jakby co). Niemniej, ta drobna, temperamentna istota, naznaczona wieloletnim cierpieniem i niezłomnością charakteru ma w sobie jakąś dziwną moc przyciągania. Więc gdy tylko pojawiła się w zapowiedziach nowa książka o Fridzie, od razu ujawniłam zainteresowanie. Czytaj dalej „Frida Kahlo prywatnie, czyli wstęp do dalszej znajomości”

Yanagihary debiut antropologiczny, czyli nie wiem, co myśleć

Jedną z Książek Roku 2016 było dla mnie zdecydowanie „Małe życie” Hanyi Yanagihary – olbrzymia powieść, jak mało która kompletnie zmiotła mnie emocjonalnie. Na fali sukcesu czytelniczego tejże książki wydano jakiś czas temu debiut autorki, czyli „Ludzi na drzewach”, rzecz o zabarwieniu antropologicznym. Nie dalej jak w sierpniu zachwycałam się podobną lekturą, czyli „Euforią” – Yanagihara uderza w nieco, ale tylko nieco, podobne tony. Sięgnęła po inspiracje z prawdziwego życia, konkretniej, do życiorysu wirusologa i pediatry Daniela Carletona Gajduska, który stał się pierwowzorem powieściowego Periny. Czytaj dalej „Yanagihary debiut antropologiczny, czyli nie wiem, co myśleć”

Poliglotyczni kochankowi, czyli wszystkiemu winien maszynopis

„Daj znać koniecznie jak Poliglotyczni kochankowie!”, piknęła do mnie wiadomość od Ani wprost ze Skandynawii, zaraz po tym, kiedy Facebook uprzejmie doniósł światu, co akurat czytam. Ania, ekspertka od spraw szwedzkich i nie tylko, uprzejmie doniosła, że był w Szwecji szał – wszak Lina Wolff za „Poliglotycznych kochanków” dostała w 2016 nagrodę Augustpriset („nominacje do niej śledzi się, jakby to była nagroda Nobla niemal”, objaśniała Ania). Więc dokonałam kilku przetasowań na liście „do przeczytania” i wsunęłam osławioną powieść Wolff do plecaka. Dwa dni podróżowania tramwajem i oto poznałam trójgłos osnuty wokół pewnego maszynopisu. Czytaj dalej „Poliglotyczni kochankowi, czyli wszystkiemu winien maszynopis”

Stulecie chirurgów, czyli książka makabryczno-świetna

Nie tak dawno zachwycałam się barwną opowieścią o życiu codziennym w czternastym wieku, a tu proszę, kolejna świetna książka na horyzoncie: pasjonujący dziennik początków chirurgii, plasujący się gdzieś między powieścią historyczną a zbeletryzowanym reportażem. Otóż Jürgen Thorwald, niemiecki pisarz i dziennikarz, stworzył fikcyjną postać swojego dziadka, Henry’ego Stevena Hartmanna, i na jego zapiskach oparł „Stulecie chirurgów”, wydane po raz pierwszy w 1956 roku. Wiek współczesnej chirurgii rozpoczał się wydarzeniem ze wszech miar epokowym: 16 października 1846 na sali operacyjnej skutecznie zastosowano opary eteru do uśpienia pacjenta, po czym bezboleśnie usunięto mu guza gruczoły szczękowego. „Oto zlikwidowano ból, pisze Hartmann/Thorwald, najstraszliwszą z przeszkód, bezlitośnie ograniczający zakres chirurgicznego działania – przez tysiąclecia aż do dziś” (s. 164). Innymi słowy – rozpoczęła się epoka narkozy. Czytaj dalej „Stulecie chirurgów, czyli książka makabryczno-świetna”

Dożywocie lepiej późno niż wcale, czyli Kisiel-prozę nadrabiam

Nie kisiel to, a galaretka, pun intended.

Miewałam niekiedy wrażenie, że jestem jedyną osobą w blogosferze, która nie czytała jeszcze żadnego dzieła Marty Kisiel – gorącym orędownikiem tejże jest na przykład Janek z Tramwaju nr 4, zresztą myszkovska również stosowała na mnie łagodną perswazję w stylu „oj, musisz”. Więc na tegorocznych Targach Książki podjęłam męską decyzję – nadrabiam zaległości – i nabyłam drogą kupna najnowsze wydanie pierwszej powieści Ałtorki (czuły ten epitet wywodzi się z forum Fahrenheita), mianowicie „Dożywocie”. Jeden przyjemny wieczór upłynął mi na podróży do Lichotki i spotkaniu z całym dożywotnim tałatajstwem. Oj, musiałam. Czytaj dalej „Dożywocie lepiej późno niż wcale, czyli Kisiel-prozę nadrabiam”