Rzecz o córkach Wawelu, czyli nowa Brzezińskiej propozycja

cc3b3rki-wawelu.jpgGdy kilka tygodni temu internetowe okolice dookoła mnie zdobyła przebojem wieść o nowej książce Anny Brzezińskiej, byłam zachwycona. „Córki Wawelu”, historia prosto ze złotej epoki Jagiellonów, jawiła się jako spełnienie marzeń: lubuję się w powieściach historycznych, a już szczególnie takich z silnymi postaciami kobiecymi. Podobnych powieści, dziejących się w polskich realiach, miałam okazję czytać o wiele mniej niż zagranicznych, a jedyna z tego okresu – dość leciwe dzieło, „Czterej królowie Katarzyny” Małgorzaty Duczmal – solidnie mnie rozczarowała. Tym bardziej czekałam niecierpliwie, słałam natchnione maile błagalne do Wydawnictwa Literackiego i odliczałam dni do premiery. Marzenia jednak nie do końca zostały spełnione – bo „Córki Wawelu” okazały się być dziełem gatunkowo nietypowym.

Przyjemnie gruba książka Brzezińskiej za przewodniczkę po świecie jagiellońskich królewien obiera Dosię, bystrą karliczkę. Dosia, porzucona przez matkę i wychowana przez krakowskie ladacznice, cudownym niemal zbiegiem okoliczności trafia na dwór i staje się nieodłączną towarzyszką królewien, trzech najmłodszych córek Zygmunta Starego i Bony Sforzy: Zofii, Anny i Katarzyny. „Królewiczki”, mówi o nich czule, i służy im wiernie aż do końca życia. Jednocześnie odkrywa tajemnice zamku i całego tego skomplikowanego dworskiego świata, w którym spotykają się polityczne rozgrywki, religijne uniesienia, uczone traktaty i zwykłe, ludzkie historie.

Niemniej fabularna opowieść o Dosi i pozostałych to tylko pretekst do potoczystej, eseistycznej narracji o renesansowej Europie i nie tylko. Właściwie, ta pierwsza w stosunku do tej drugiej w „Córkach Wawelu” pozostaje w mniejszości, a Brzezińska tak naprawdę snuje rozważania o całej epoce i o wszystkich, co się z nią wiązało. Instytucja służby, astronomia, czarownice, księgi, medycyna, tańce, trucizny… wymieniać można tak długo i wciąż.  Kolejne strony zaludniają coraz to nowe postaci historyczne, konteksty kulturowe i statystyki. Przykładowo, mamy fragment o ochmistrzyni dworu, Zofii Szydłowieckiej, która być może – zastanawia się autorka – mogłaby Dosi opowiedzieć nie tylko o bohaterskiej wdowie Penelopie (była o niej mowa parę stron wcześniej), ale i o starożytnej Lukrecji, do śmierci broniącej swej niewinności (tu strona opowieści o Lukrecji). Ale pani Szydłowiecka i Dosia nie rozmawiały na takie tematy, a ich rozmowy toczyły się wokół kobiecych zajęć, jak przędzenie i haftowanie. Jednym zdaniem przechodzimy gładko do opony z wizerunkiem królowej Estery, którą w podarku królewnie Izabeli wyhaftowały jej młodsze siostry (tu strona opowieści, kim była biblijna Estera, całość przykładu około stron 451-454). I tak przez ponad osiemset stron. Brzezińska wpada przez to niekiedy w koleiny powtarzalności – ciągnąc wątek robótek ręcznych, jęknęłam, kiedy po raz trzeci przeczytałam, że przeznaczeniem płci niewieściej był kołowrotek, krosno i igła, a przędzenie stanowiło wyraz najwyższej cnoty.

Tytułowe córki Wawelu, jagiellońskie królewny, przyćmione w historii przez swoją potężną matkę i zaniedbane przez królewskiego brata, tutaj także wydają się nieco ginąć na tle tych eseistycznej narracji. W książce Brzezińskiej znajdujemy ich portret, ale mam wrażenie, że mógłby być wyraźniejszy. Tak, królewna Zofia była pobożna, poważna i miała problemy ze zdrowiem, najmłodsza Katarzyna była urocza i uwielbiana przez wszystkich, a środkowa, Anna, nabożna, lecz brzydka, potrafiła zaskoczyć gorzkim realizmem, ale ostatecznie wydały mi się mniej barwnymi postaciami niż na przykład ich dwórki, jak sama Dosia, ale także pani Szydłowiecka czy Diana di Cordona, przybyła ze słonecznej Italii z młodziutką Boną Sforzą.

Brzezińska proponuje zatem coś nowego i innego, ale rozczarują się ci, którzy oczekiwali klasycznej powieści historycznej. Nie rozczarują się natomiast ci, którzy będą chcieli pogłębić swoją wiedzę na temat kultury szesnastego wieku w bardzo wielu aspektach. Mnie jednak taka formuła dzieła totalnego nie przekonuje: wolę czytać osobno powieści historyczne i osobno książki popularnonaukowe czy stricte naukowe. Innymi słowy – doceniam pomysł, olbrzymi nakład pracy i starannie przygotowane zaplecze historyczne, ale „Córki Wawelu” okazały się czymś innym, niż się spodziewałam.

PS. Za książkę dziękuję pani redaktor z Wydawnictwa Literackiego!
PPS. O „Córkach” pisał też Janek z Tramwaju nr 4, jego określenie „reportaż jagielloński” uważam za bardzo trafne!

9 myśli w temacie “Rzecz o córkach Wawelu, czyli nowa Brzezińskiej propozycja

  1. Ciągnęło mnie do tych „Córek…”, bo odkąd kiedyś w podstawówce jeszcze czytałam grube tomiszcze, porywającą powieść historyczną fabularyzowaną o Królowej Bonie, bliskie są mi te czasy. Ale po tym, co napisałaś, chyba póki co spasuję.

  2. Tak właśnie czytałam i czytałam o „Córkach Wawelu” i nie mogłam dojść, co to właściwie takiego: a tu wychodzi mi, że sposób na opowiedzenie historii, który miałby zadowolić i lubujących się w powieściach, i chcących eseju na temat. Trochę szkoda, że nie powieść jednak (dobrych historycznych powieści nieuwspółcześniających brakuje), ale muszę sprawdzić przy jakiejś okazji, jak do mnie taka forma przemawia. Choć z tego, co piszesz, może być trudno ;-).

  3. Szkoda… Jestem świadkiem, że się doczekać nie mogłaś i z radością paczkę odebrałaś. Później tylko słyszałem dochodzące pomruki niezadowolenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.