Krótka historia zachwytu, czyli „Niksy” Nathana Hilla

Bywają książki, o których wszędzie głośno – i ostatnio ciągle natrafiam na dwie takie głośne powieści: szeroko opisywane „Córki Wawelu” Anny Brzezińskiej (już wkrótce więcej w temacie!) oraz oklaskiwane jako nowe objawienie literatury zza oceanu „Niksy” Nathana Hilla. Obie raczej z tych powalających objętością, co w moim odczuciu jest zaletą wielką i pożądaną. Wyposażona w świetny wywiad z Hillem w najnowszym numerze „Książek” (tekst o mamie autora, przejętej ekranizacją, w której zagraj sama Meryl Streep, arcyuroczy), zabrałam się do czytania „Niks” i przez trzy wieczory przeszłam od zniesmaczenia do bezbrzeżnego zachwytu.

To, co kochasz najbardziej, kiedyś zrani cię najmocniej – słowa prosto z okładki w powieści wypowiada matka Samuela, nieuchwytna Faye, która pewnego dnia po prostu zniknęła z jego życia. Takich dni, w których zniknęli bliscy mu ludzie, było w życiu Samuela więcej: jego ukochana z dzieciństwa, jego najlepszy przyjaciel… właściwie, jak dotąd rzeczywistość przyniosła mu same rozczarowania. Ani rodzina niezbyt udana, ani życie towarzyskie, ani kariera pisarska, ani praca na uczelni. Samuel ucieka zatem w świat Elflandii, wirtualnej gry, w której wiedzie intensywne drugie życie pod postacią elfickiego rzezimieszka (rany boskie, komentuje sam siebie w przebłysku uświadomienia). Oczywiście do czasu, kiedy świat do bólu realny przypomina o sobie z całym impetem: wydawca dopomina się o dawno zarzuconą powieść, a od lat niewidziana matka nieoczekiwanie materializuje się w mediach całego kraju jako „zmora gubernatora”, niebezpieczna aktywistka, dokonująca aktu terroru w parku w Chicago.

To tylko początek Wielkiej Opowieści, w której Hill prowadzi czytelników przez całe dekady: od 1968 roku, kiedy młoda Faye zaczytywała się wierszami Allana Ginsberga, przez 1988, gdy Samuel odkrywa książeczki z cyklu „Wybierz sobie przygodę” i poznaje nowych przyjaciół, aż po 2011, plan współczesny, rozpoczynający się od ataku na gubernatora Sheldona Packera. W cieniu każdego czasu czają się niksy, skandynawskie demony, które kiedyś ukazywały się pod postacią koni, ale dziś mogą okazać się kimś najmocniej przez nas kochanym. I najmocniej przez to zranić. Faye wyniosła przestrogi przed niksami jeszcze z czasów dziecięcych – ojciec radził jej uważać na chochliki w piwnicy – a swojemu synowi przekazała nowy morał, jak echo powracający na kartach książki: to, co kochasz najbardziej, kiedyś zrani cię najmocniej. Zarówno Samuelowi, jak i Faye przyjdzie tego doświadczyć z całą mocą.

Wieczór pierwszy w towarzystwie „Niks” minął pod znakiem skrępowania i lekkiego zniesmaczenia. Nieudolność Pwnage’a, fajtłapowatość Samuela (i cały ten wątek ze studentką plagiatującą pracę o „Hamlecie”), enigmatyczność Faye, dziwaczne opowieści o czasach minionych… byłam wręcz obrażona, że tak wszyscy zachwalają tego Hilla, a ja brnę przez kolejne strony coraz bardziej rozczarowana. Ale stopniowo, powoli, powolutku, uwiodła mnie ta cała historia, ten kołowrót nieszczęśliwych zdarzeń i przypadków-przeznaczeń, które doprowadziły bohaterów do obecnego stanu rzeczy. Nagle odkryłam w sobie całe pokłady empatii dla wszystkich postaci, zniknęła gdzieś pogarda i rozczarowanie, a z każdą stroną coraz mocniej, coraz intensywniej przeżywałam. Nakręcająca się spirala, w której mieszają się mityczne niksy, pikselowe elfy z komputerowej gry, studenci protestujący przeciw wojnie w Wietnamie i cyniczni politycy wraz z doradcami w pewnym momencie nabiera głębokiego sensu i wynagradza wszystkie te momenty, w których krzywiłam się z niechęcią.

Dodam jeszcze, że całość jest znakomicie napisana: styl Hilla, szlifowany przez lata, łączy w sobie zmysł bystrego obserwatora, natchnionego poety i gorzkiego komentatora rzeczywistości. Patetyczne przemowy wydawcy Samuela, przytłaczające wyliczenia w rozmaitych opisach, narratorskie dygresje i podsumowania tak trafne, że zakreślałam je ołówkiem, okraszając kilkoma wykrzyknikami – wszystko to składa się na absolutnie wspaniałą, mądrą, wzruszającą i poruszającą powieść. Arcydzieło.

PS. Za egzemplarz „Niks” dziękuję pani redaktor z Wydawnictwa Znak, a do czytania bardzo namawiała mnie Mama-Malita.
PPS. O „Niksach” pisała też Olga z Wielkiego Buka, koniecznie zajrzyjcie!

3 thoughts on “Krótka historia zachwytu, czyli „Niksy” Nathana Hilla

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s