Dzieła zebrane #25 z nutką fantastyczną: Arwen Elys Dayton & Brandon Sanderson

Cykl #dziełzebranych zbiera w sobie krótkie impresje – krótsze niż w zwykłych wpisach – a często są to drugie czy kolejne tomy danego cyklu, o których nie chcę się wywnętrzać zbyt długo. Więc gdy pochłonęłam (to idealne słowo, zarówno jeśli idzie o rozmiar książki, jak i tempo jej przyjęcia) „Słowa światłości” Brandona Sandersona – peany poniżej – to doszłam do wniosku, że dobrze byłoby we wpisowym mariażu dołożyć też coś fantastycznego. Najbardziej na wierzchu leżała jeszcze przywieziona z Polconu „Poszukiwaczka” Arwen Elys Dayton (tak, ta autorka naprawdę ma na imię Arwen!). Poniewczasie zrozumiałam, że jakiekolwiek zestawienie rzeczonych powieści będzie krzywdzące – więc potraktujcie je jako osobne mini-impresje.

„Poszukiwaczka” Arwen Elys Dayton

Otóż w świecie całkiem podobnym do naszego mamy instytucję Poszukiwaczy, którzy od wieków poprzez niezwykłe umiejętności zmieniają ów świat na lepsze. Dokładniej, wiemy, że są wyszkoleni we władaniu różną bronią i mniej lub bardziej tajemniczymi artefaktami, ale oczywiście misja zmiany przez lata zdegenerowała się do pilnowania własnych interesów i zdobywania bogactwa, a z dzielnych Poszukiwaczy ewoluowali płatni zabójcy. Acz piętnastoletnia Quin Kincaid, jej kuzyn Shinobu (pół Japończyk, pół Szkot) i ich przyjaciel/ukochany Quin, John, jeszcze są pełni ideałów. Dopiero ostateczna noc ceremonii, gdy dwójka z nich będzie składać przysięgę, zmieni te ideały w jeden wielki chaos, w którym wszyscy zaczną walczyć ze wszystkimi. Zdrady i ucieczki, a do tego poszukiwanie starożytnych przedmiotów stanowiących dziedzictwo rodowe… kłębi się to wszystko i kłębi, a sensu nie bardzo widać.

Zdaję sobie sprawę w pełni, że to jest young adult, ale od każdej książki trzeba wymagać jakiegoś standardu. „Poszukiwaczka” jest przede wszystkich niezgrabnie napisana – vide szereg błędów stylistycznych i logicznych (mój ulubiony fragment, gdy koń skubał Quin „przyjaźnie po dłoniach, podczas gdy ona energicznie szczotkowała mu grzbiet” – jak to nieszczęsne zwierzę musiało się wyginać…). Szkocko-japońsko-angielsko-chińska mieszanka postaci i miejsc akcji wydała mi się absurdalna, a obowiązkowy trójkąt miłosny między głównymi bohaterami wyjątkowo naciągany. Zasadniczo, przekartkowałam książkę do końca, czując się w obowiązku choć pobieżnie ją doczytać, ale nic – ani bohaterowie, ani świat, ani cała ta intryga – nic nie spowodowało, że chciałam się zagłębić i zrozumieć więcej.

Może po prostu powinnam przestać czytać young adult.

meh

„Słowa światłości” Brandon Sanderson

Drugi tom cyklu „Archiwum Burzowego Światła” odkładałam sobie jak Kubuś Puchatek miodek (wszak chwila przed zjedzeniem jeszcze milsza niż właściwa chwila jedzenia, rozumiecie). Kontynuacja epickiej ze wszech miar „Drogi Królów” ponownie przenosi nas do Rosharu, gdzie po tysiącach lat powracają Świetliści Rycerze. Oto na wpół zapomniane opowieści znów stają się rzeczywistością, ale odradzają się nie tylko Rycerze, ale i groza, z jaką przyszło im ongiś walczyć… Kowal Więzi, Tkaczka Światła, Wiatrowy odkrywają swoje zdolności i coraz lepiej zaczynają rozumieć wielkie dzieło, wielką burzę, która stanie się ich udziałem i która zmieni oblicze świata.

Tym razem chyba było jeszcze lepiej – bo o ile w poprzednim tomie wszyscy najważniejsi bohaterowie zanurzeni byli w połączone, ale jednak odrębne historie, to tutaj wszystko zaczyna się pięknie splatać. Mam tu na myśli prosty fakt spotkań i coraz to ściślejszej współpracy kolejnych postaci, jak Kaladin i Dalinar (na marginesie – jakie piękne ilustracje popełniają zdolni ludzie!) Nabrałam też dużo więcej sympatii do postaci Shallan – nie chodzi o to, że jej nie lubiłam, ale na tle znakomicie skonstruowanych pozostałych historii jakoś mniej mnie zachwycała. A tutaj naprawdę dowiodła swej wartości i okazała się dużo bardziej złożoną bohaterką, niż można się było domyślać.

Zresztą, donoszę, że czytanie „Słów światłości” w pociągu budzi duże rozbawienie pasażerów: głośno i wyraźnie przeżywałam lekturę (szczęśliwie, raczej parlamentarnymi wtrętami w stylu „nie, nie on!” albo „tylko nie to!”), co budziło szczere rozbawienie mojej współtowarzyszki podróży i Polconowego anioła stróża (Kasiu, pozdrawiam). Zaskoczenie przeplata się z zachwytem, emocje wylewają się strumieniami (rozbawienie i wzruszenie), a ja z ulgą stwierdzam, że tom drugi trzyma poziom jak najwyższy i odliczam niecierpliwie dni do premiery tomu trzeciego (a to już niedługo, w połowie listopada!).

Może powinnam czytać więcej dzieł Sandersona.

PS. Wiola i Ania zasługują na podziękowania w kwestii książkowych dostaw!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s