Czas przeszły niedoskonały, ale doskonały

Fellowes a prspektywa tatrzańska.

Baron Julian Fellowes zasłużył się popkulturze w kilku dziedzinach – choć ostatnio najwięcej mówi się o jego działalności serialowej (aka scenariusz „Downtown Abbey”), a także pisarskiej. Jeśli chodzi o tę ostatnią, to może pamiętacie powieść historyczną „Belgravia”? Kolejna powieść Fellowesa, która ukazała się w Polsce (acz w oryginale wcześniejsza niż „Belgravia”), to „Czas przeszły niedoskonały”, traktujący o latach nieco bardziej współczesnych. Jakoś nie składało się, by czytać zaraz po wydaniu i dopiero zachęcona entuzjastycznymi pochwałami Mamy-Mality zapakowałam książkę, jadąc na górski relaks. Rzecz jasna, okazało się to świetnym pomysłem i raz jeszcze dowiodło, że matek należy słuchać zawsze i wszędzie.

Sama opowieść toczy się na dwóch planach, które dzieli czterdzieści lat. Otóż w 2008 roku Damian Baxter jest niebotycznie bogaty i śmiertelnie chory. Ostatnie kilka miesięcy życia poświęca na uporządkowanie spraw wszelakich, w tym kwestii dziedzictwa – bardzo możliwe, że doczekał się potomka z jedną z młodych arystokratek, z którymi wiele lat wcześniej utrzymywał dość bliskie kontakty (nie tylko w ramach alkowy). Zleca zatem coś na kształt delikatnego śledztwa dawnemu przyjacielowi – a Baxter to osoba, u której nawet łagodna prośba nosi znamiona niepodważalnego rozkazu. Ów przyjaciel, bezimienny narrator (znamienna ta jego bezimienność!), odwiedza zatem wyznaczone panie i jednocześnie snuje historię Sezonu z 1968 roku, kiedy to sam wprowadził nie-arystokratę Baxtera na salony. Przyszło mu gorzko tego pożałować, zwłaszcza w obliczu tajemniczego wieczoru w Portugalii, który wisi niczym fatum nad całością opowieści.

Na okładce sławią „Czas przeszły niedoskonały” jako powrót do swingującego Londynu lat 60-tych. I tak, to gorzka wycieczka do czasów minionych, przede wszystkich do zarzuconej dziś instytucji Sezonu, czyli dorocznego cyklu arystokratycznych wydarzeń, pełnego bali, rautów, koncertów i, oczywiście, debiutów „w towarzystwie” córek hrabiów, baronów, markizów czy książąt. Od przyjęć po wyścigi w Ascott (Elizo Doolittle, do boju!), otwiera się przed nami nieznany, fascynujący, ale i nieco przerażający świat. Fellowes wybornie go opisuje, wychodząc czasem od takich pozornych drobiazgów, jak frak:

Frak należał do odwiecznego układu zawieranego przez arystokratę z ludźmi mniej od niego obdarzonymi przez fortunę, według którego zainteresowany miał obowiązek całymi dniami chodzić w niewygodnym stroju, aby propagować przekonujący i uspokajający wizerunek władzy (…). Przed pierwszą wojną światową goście z towarzystwa, zaproszeni do wiejskiej rezydencji, musieli codziennie przebierać się sześciokrotnie – na spacer, na polowanie, do śniadania, do obiadu, do podwieczorku i do kolacji – a żeby spędzić dzień w Londynie, de riguer były co najmniej trzy stroje. Tych nieznośnych rytuałów arystokraci przestrzegali z jednego powodu – wiedzieli, że z chwilą, gdy przestaną wyglądać jak klasa rządząca, wkrótce przestaną być klasą rządzącą (s. 86-87).

Na okładce, znów, głoszą, że to powieść nostalgiczna. Ja w narracji przyjaciela Damiana nie czuję nostalgii za czasem przeszłym, niezależnie od tego, czy było doskonały, czy nie. Pojawia się tęsknota za dawną miłością i tym, co mogłoby być, ale czego jednak nie było, niemniej narrator nie wypływa na szerokie wody sentymentalizmu: częściej prezentuje lekkie niedowierzanie, a także krytykę. Damianowy przyjaciel dość stanowczo stawia diagnozę ówczesnej arystokracji, wciąż pozostającej w cieniu wojny, która ostatecznie położyła kres pewnemu stylowi życia. Część szlachetnie urodzonych woli udawać, że nic się nie stało, inni zaś nie chcą iść na dno i szukają nowych wrażeń i pomysłów na życie. Wspaniale ten rozdźwięk ukazuje rozmowa z matką jednej z debiutantek, która zapewnia, że chce, żeby jej córka była „szczęśliwa w sposób, który możemy zrozumieć”.

Zastanawia mnie, ile sam Julian Fellowes włożył własnych przekonań w usta bohaterów – w roku 1968 miał dziewiętnaście lat, w sam raz, by zacząć brylować na balach, polowaniach i proszonych herbatkach. Niezależnie od tego, w „Czasie” daje popis jako obserwator zarówno historycznych detali (vide frak), jak i ludzkich charakterów (vide typ kontrolera, czyli męża Jennifer, strona 229 dla zainteresowanych). Zarówno dzięki tym pierwszym, jak i tym drugim powieść okazuje się znakomita i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Całość zaś aż kipi od brytyjskości – czy raczej od pewnego jej rodzaju. I choć w miarę szybko można się domyślić rozwiązania dylematu Baxtera (jeśli chodzi o potencjalnego potomka), to nie zmienia to faktu, że „Czas przeszły niedoskonały” jest powieścią świetną: przeżywałam wszystko razem z bohaterami (łącznie z uronieniem współczujących łez, naprawdę było mi ich bardzo żal) i chłonęłam kronikarskie opisy, jednocześnie doceniając wyśmienity styl narracji. Bardzo na tak!

PS. Mamie-Malicie dziękując za pożyczenie!
PPS. Zachwycam się tym tytułem. Po prostu idealnie dobrany.
PPPS. Mniej zachwycam się przypisami od redakcji i/lub tłumaczki, które w beletrystyce uważam za raczej zbędne, a tutaj były trochę niekonsekwetne (dlaczego, na przykład, w przypisie mamy słumaczenie „de rigueur”, a „comme il faut” już nie?). Ale to jest inna kwestia na inną okazję.
PPPPS. O powieści Fellowesa bardzo zacnie pisała też Stalowa Magnolia, aka Blanka Katarzyna Dżugaj.

9 thoughts on “Czas przeszły niedoskonały, ale doskonały

  1. Dziękuję za tak miłe słowa :D :* Cieszę się ogromnie, że książka przypadła Ci do gustu :) Dla mnie to było pierwsze spotkanie z tym autorem, nie licząc serialu „Downton Abbey”. Ale już czaję się na „Belgravię” :)

  2. Oj, jak mi się to podobało. Choć trochę się początkowo do Fellowesa zniechęciłam, bo „Belgravia” mnie nie zachwyciła. Ale „Czas” to zacność wielka i smutek też taki jakoś zacny. Podobnie jak Tobie było mi ogromnie ich wszystkich żal, bo żałość ogarnia, gdy na twoich oczach pewien świat odchodzi do przeszłości. I też mnie denerwowały przypisy!

    1. Tak, właśnie jeszcze ten odchodzący w przeszłość świat – jaki by nie był – dodatkowo porusza czułe struny, niezależnie od losów osobistych samych bohaterów…

  3. Nie mogę Cię czytać, jak piszesz, że dany tytuł Ci się spodobał, bo mię potem męczy kac, że nie czytałam danej książki i pragnę czem prędzej udać się do miejsca, w którym mogę tę pozycję nabyć/pożyczyć od ręki i mimo pierdyliarda nieprzeczytanych innych książek czytać tę Twoją :)

    1. …przepraszam…
      Nie, tak naprawdę wcale mi nie jest przykro, idź czytaj, bo świetne!
      A pierdyliard innych nieprzeczytanych to dość powszechna bolączka, też tak mam ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s