Trzech kobiet godziny. Cunnigham.

Pamiętacie moje pierwsze spotkanie z prozą Virginii Woolf? Jak można się łatwo domyślić, jedno spotkanie prowadzi do drugiego – tym razem wszystko za sprawą Hadyny, która to (dobra dusza!) ofiarowała mi kieszonkowy egzemplarz „Godzin” Michaela Cunnighama (kolejna rzecz obiecywana sobie wieki temu do nadrobienia!). Książka rozmiarowo idealnie nadawała się do noszenia ze sobą wszędzie – i kiedy pewnego dnia między jednym tramwajowym przystankiem a drugim wreszcie ją otworzyłam, po prostu z miejsca przepadłam.

Ale zaraz, chwilkę, najpierw wytłumaczmy, w czym rzecz. Otóż odmierzamy godzinami rytm życia trzech kobiet na przestrzeni XX wieku. Pani Woolf, niechętnie wstająca o poranku, obawiająca się służby i nękana bólami głowy, pisze nową powieść – o pani nazwiskiem Dalloway. Ten przydomek nosi Clarissa, która mieszka w Nowym Jorku kilkadziesiąt lat później i właśnie tego dnia wydaje przyjęcie, a przygotowania do niego rozpoczyna od kupna kwiatów. Jednocześnie odwiedza starego przyjaciela (pisarza, na którego cześć odbędzie cała feta) i rozpamiętuje ich dawne dzieje, zastanawiając się, co by było, gdyby…? Jest i trzecia z bohaterek, pani Brown, typowa, zdałoby się, gospodyni domowa w powojennej Ameryce. Tak naprawdę pozostaje skrajnie nieszczęśliwa w małżeństwie i jednocześnie czuje się nękana przez wyrzuty sumienia – niby ma kochającego męża i cudownego synka, dom i bezpieczeństwo, a jakoś nie wystarcza, wciąż mało, wciąż nie tak.

Nawet mniejsza o to, co się przydarzy, ale jak się przydarzy, jak to jest opisane! Nieprawdopodobne to jest, jak Cunnigham w kilku słowach potrafił mnie z zatłoczonego tramwaju przenieść w zupełnie inne światy. Nie minęło półtorej strony, a ja już rzuciłam się wyciągać ołówek i zaznaczać fragmenty, które mnie zachwyciły – od całych paragrafów strumienia świadomości (jakie to piękne nawiązania do Woolf!) aż po perełki w stylu „wywieszki z ceną tonącą wśród wybujałej interpunkcji” (tu ukłony dla tłumaczek, Mai Charkiewicz i Beaty Gontar).

Godzina za godziną mija dzień  życia pani Woolf, pani Dalloway, pani Brown – ich losy przedziwnie splecione, choć tak oddalone w czasie i przestrzeni. Cunnigham kreśli trzy kobiece portrety bardzo subtelnie, a jednocześnie przejmująco – mam ostatnio szczęście do powieści, w których nic się nie dzieje, a dzieje się wszystko. Namiętności i małe-wielkie rozpaczania, miłość i o miłości rozmyślanie, cierpienie, widmo nieuchronnej śmierci, niezależnie od tego, czy sięgamy do lat dwudziestych, czterdziestych czy końcówki XX wieku. Niezwykła rzecz!

PS. Hadynie dziękując bardzo za prezent!
PPS. Teraz to już muszę obejrzeć film!

5 thoughts on “Trzech kobiet godziny. Cunnigham.

  1. Ostatnio po raz kolejny przeczytałam „Panią Dalloway” i dopiero teraz po latach wszystko do mnie dociera. <3 Obejrzałam "Godziny" zaraz po lekturze – BOŻE. Jak to działa. Tylko lekki wstyd, że moja przyjaciółka wieki temu pożyczyła mi powieść, a ja wciąż nie przeczytałam! Teraz obowiązkowo!
    Ściskam!

  2. Tak, film teraz koniecznie, bo te aktorki tak świetnie dobrali!

    Bardzo się cieszę, że przyczyniłam się do radości i że tyle w tej książce odkryłaś dla siebie, aż Cię z tramwaju wywiało:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s